Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Mężczyzna z kilkuletnim synkiem czekając na kogoś przed centrum handlowym zajadają się czymś. Mężczyzna mówi: 'Ależ to dobre! Jej takie drogie, ale dobre!" Dużo w tym było uznania i delektowania się, ale też zaskoczenia czy zdziwienia, że coś drogiego może być aż tak dobre. Taka urocza scenka skłoniła mnie do szybkiego rozważenia, jak to jest z relacją drogości do dobrości. Przyszły mi natychmiast na myśl lody we Florencji za 15 euro  - o cenie dowiedziałam się przy płaceniu, to, co myślałam, że zapłacę okazało się oferta na coś innego. Były pyszne, ale nie byłam szczęśliwa, że się dałam zrobić jak pierwsza lepsza turystka (choć nią byłam). Stella Artois (chyba) - piwo, które swojego czasu, nie wiem, jak teraz, reklamowało się jako najdroższe z piw na świecie i wokół ceny rozwijało komunikację marketingową - smakowało jak zwykłe piwo, byłam rozczarowana kawa Kopi Luwac - ta uwielbiane przez bohatera 'Póki goni nas czas' kawa o szczególnym procesie pozyskiwania. 50g kosztuje ok. 150 PLN, za filiżankę zaparzonej zapłaciłam 38 PLN. W sumie kawa jak kawa, na co dzień bym się na nią nie zdecydowała (nie tylko z powodu kosztów), ale rozumiem, że jej cena ściśle wiąże się z trudnością w pozyskiwaniu (ziarna wydobywa się z odchodów cywety - indonezyjskiego drapieżnika żywiącego się ziarnami kawowca, czyści się je, a potem tradycyjnie wypala. Soki trawienne zwierzęcia zmieniają jej smak). pięciogwiazdkowy hotel, w którym spałam kiedyś służbowo - byłam zachwycona, bo wszystko było takie jak lubię i potrzebuję, a wszystkie moje potrzeby zaspokojone. (Nieustannie sprawdzam, czy byłabym skłonna zapłacić za ten nocleg z własnej kieszeni :-)) mocno wypasiony wyjazd narciarski (opłacony z własnej kieszeni), na którym wszystko było... read more

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Wtorek. Jakaś 20:00. Stoję w ogonku na poczcie w hipermarkecie. Spieszę się na urodziny przyjaciółki, moja mama, która została z małą Alą, powinna być w domu około dziesiątej. Każda minuta po prostu boli, krew mnie zalewa ze złości. Ale muszę wysłać ten list i to z dzisiejszą datą! Za mną stoi mama z chłopczykiem, na oko dwuletnim. Mały biega. Dopada do pocztowej lady. Zrzuca na dół pojemnik z karteczkami na polecony. Piszczy. Mama usiłuje wypisać kwitek na polecony. - Niech pani coś z nim zrobi! Dziecko nie może tak się zachowywać - podnosi głos jakaś pani w kolejce. W zasadzie miałabym ochotę dołączyć do kolejkowego pomruku aprobaty. Jest po 20:00. To dziecko powinno już spać. W dodatku kaszle. Wiadomo, że jak dziecko chore i śpiące, to ciężko upilnować. No i biedne takie w tej kolejce. A ona jeszcze zaczyna na niego krzyczeć. Sama nie ogarnęła, a teraz na dziecko wrzeszczy. A krzyk to przemoc! Wszystko prawda. Mój krytyk ma rację. Tak nie powinno być. Tylko, kurczę, CO Z TEGO? Czy moja racja coś tutaj doda? Wzbogaci jakoś świat tej kobiety? Raczej wątpię. - Może zajmę pani kolejkę, a pani podejdzie z małym tam obok; tam jest taki jakby plac zabaw? Łatwiej go będzie zająć. Patrząc na to, jak idzie, to dziesięć minut macie na pewno - mówię. Kobieta patrzy na mnie zaskoczona. - No wiem, on kaszle. Ale może pojeździmy wózkiem dookoła - mówi z ulgą. - Wózio! Wózio! - mały, nie czekając, biegnie w stronę sklepowych wózków - samochodzików. Przyjemna cisza... Nie wiem, czemu ta kobieta zabrała wieczorem chore dziecko do supermarketu. Nie wiem, czy to kwestia złej... read more

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Umiejętne przyjmowanie jest sztuką, która bardzo się w życiu przydaje. Podobnie jak odmawianie. Dzięki umiejętności przyjmowania pielęgnujemy nasze prawo do decydowania o sobie, które jest jedną z fundamentalnych ludzkich potrzeb.Pozwala nam bowiem być wolnymi, niezależnymi, nie musieć rezygnować z tego, co dla nas ważne.(A tak się składa, że jest to główny powód, dla którego chcemy mieć więcej pieniędzy). Są jednak relacje, w których odmówić bardzo trudno albo wręcz jest to niemożliwe. Mama, która z miłością pakuje Ci świąteczne czy niedzielne jedzenie mimo Twoich zapewnień, że masz pełną lodówkę. Teściowa, która ciągle narzeka i marudzi jaka to ona biedna. Partner czy znajomy, który obdarza Cię komplementami, które wywołują u Ciebie gotującą się złość. Klient, który przesuwa Twoje granice poza Twoją strefę komfortu. Są ludzie, których życiową misją jest jest dzielić się i nie przyjmują, że ktoś nie chce przyjąć tego, co oferują. (Przeczytaj więcej o tym, jak się dzielić, gdy nie chcą brać) Czasami po protu nie możesz odmówić. Bo mamie będzie przykro. Bo partner przecież chce dobrze, bo klientowi się nie odmawia. Dla dobra relacji przyjmujesz zatem i dusisz złość, albo i frustrację. Odbiera to energię i wbrew pozorom psuje to relacje, bo stłumiona złość nakręca spiralę negatywnych uczuć. Jeśli mierzysz się z podobną sytuacją i szukasz dla niej innych rozwiązań, przede wszystkim 1. Sprawdź, jaka Twoja potrzeba zostałaby zaspokojona, gdybyś odmówiła. Może to potrzeba niezależności, a może troski o siebie? Równowagi? Bycia usłyszanym? Zmiany/rozwoju? Często lokujemy uwagę w drugiej stronie i zapominamy o swoich własnych potrzebach (przecież nieładnie być egoistką, prawda?). Tymczasem to nasze niezaspokojone potrzeby domagają się spełnienia i dają nam to do zrozumienia poprzez emocje: złość, zdenerwowanie,... read more

Nie rób tego dziewczynkom!

Ważna dla mnie osoba opowiedziała mi ostatnio historię. O dziewczynie, którą w szkole otoczyło kilku chłopaków i zaczęło zarzucać krzyżowym ogniem bardzo bezpośrednich pytań. Czy powinno się zabronić sprzedaży mięsa? Jesteś socjalistką? Ile jest płci?... Niby nic takiego, można nawet pokusić się o interpretację, że może oni byli po prostu ciekawi, ale jednak ta dziewczyna odebrała to jako atak. Znam tę małą, jest wrażliwa, delikatna i bardzo uważna, żeby komuś nie zrobić krzywdy. I zachciało mi się płakać, bo znam, i to bardzo dobrze, podobną małą. Mieszka we mnie. Przypomniały mi się te wszystkie razy, kiedy niby nic się nie działo, ktoś przekraczał moją przestrzeń w białych rękawiczkach, a ja czułam tylko, że energia ze mnie ucieka. I że jestem jakaś "niestosowna". Tylko nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Ocieranie się o mój biust w autobusie. No przecież autobus jest zatłoczony! Czy kobiety, które mają dzieci, powinny zarabiać tyle samo, co te, które ich nie mają? No przecież ja tylko pytam. Ciekawe dlaczego baby przez lata zgadzały się na to, gdzie ich miejsce - w kuchni, a teraz to nie chcą? Ale o co chodzi, tak tylko filozoficznie sobie dyskutujemy!  Chyba oszalałaś! W głowie ci się poprzewracało! No może jednak on ma rację, wie lepiej, że tego się nie da? Dziewczynka, a tak się złości! Oj, zawstydziłam się. Nie wściekaj się, masz okres czy co? ... Rzuca się, że to jej się nie podoba, i tamto, i siamto, dawno widać faceta nie miała... Te dziewczynki zachowują się, jakby mamy nie miały... (to znaczyło biegają i krzyczą). No fajnie, że wygrałaś konkurs matematyczny, a chłopaka już masz? Mam nadzieję, że się cieszysz,... read more

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Wiele kobiet, z którymi rozmawiam o pieniądzach mówi, że chciałaby mieć ich tyle, by nie musieć się nimi zajmować. Bierze się to z połączenia znaczeń: zajmować się pieniędzmi = martwić się o nie. Bo na ogół musimy się nimi zająć, czy o nich pomyśleć, gdy ich za mało, by wystarczyło na wszystko, czego potrzebujemy. Albo raczej chcemy. O tym, że czas zajmowania się pieniędzmi może być czasem mocy, a nie męki, pisałam tutaj, dziś pokażę Ci parę sztuczek, które pozwolą Ci mniej się o pieniądze martwić, nie tracić ich nie obciążać głowy rzeczami, które są oczywiste. Cały dzisiejszy świat dąży do zwiększenia komfortu i wygody: technologia pozwala nam robić zakupy za granicą bez wychodzenia z domu, nawiązywać znajomości i relacje za pomocą jednego kliknięcia, rejestrować osiągi sportowe, to, co jemy, ile spalamy, wydajemy, co myślimy i co robimy. Przy pomocy jednego kliknięcia czy jednej aplikacji, z jednego telefonu. Dzięki temu nie trzeba szukać, martwić się, bo wszystko jest pod ręką i na wyciągniecie ręki. I jedyny problem z tym związany, że dzięki tej wygodzie i jednemu przyciskowi całkowicie tracimy anonimowość i wpływ na to, co kto o nas wie. Ostatnio głośno wokół mnie o próbach (udanych) finansowych oszustw. Duża firma przelała milion euro na fałszywy rachunek za transakcję, której nigdy nie dokonała ani nie planowała. Inna firma odzyskała dostęp do swoich chmur danych po zapłaceniu kosmicznego rachunku. Znana mi osoba ze zdziwieniem dowiedziała się, że zapłaciła kartą firmową 10 tys. za transakcję, o której nic nie wiedziała. Inna osoba została obciążona dwukrotnie za tę samą, niemałą, transakcję. To kilka przykładów z tych, o których ktoś powiedział głośno. A ile jest takich, o których... read more

Twoja córka milionerka?

Co myślisz, kiedy słyszysz o 10-letniej dziewczynce, która do grupy milionerów dostała się własnymi siłami? Jak byś się miała w sytuacji, gdyby taka historia zdarzyła się Twojej córce? Albo synowi? Jako pasjonatka relacji z pieniędzmi i jako mama nastolatki nie pozostałam obojętna na zapowiedź programu zagranicznej stacji na temat 10 letniej milionerki własnej roboty. Podobnie jak ponad 1,5 tys. innych osób, które zabrały głos w dyskusji pod filmem. W komentarzach pod filmem dużo emocji – od zachwytu nad pewnością siebie przez powątpiewanie, czy na pewno to jej zasługa przez narzekania, jakie to niesprawiedliwe, że jednym się wiedzie, a innymi nie. A ponieważ i ja oglądałam film z mieszanymi uczuciami, za to pamiętając, że emocje są cudownym sygnałem o ważnych potrzebach, zaspokojonych lub nie, postanowiłam się im przyjrzeć. Całego programu nie widziałam, opieram się na zajawce, którą możesz zobaczyć tutaj, i na przyglądam się emocjom na podstawie tego, co zarejestrowałam, a mianowicie: dziewczynka ma 10 lat i 3 firmy projektuje ubrania, nie wykluczam, że dla dzieci/nastolatków, ale chyba też dla dorosłych pojawiła się na okładkach kilku magazynów modowych wygląda na pewną siebie i szczęśliwą zajmuje się biznesem w weekendy, a w tygodniu chodzi normalnie do szkoły. Pierwsza rzecz, jaką namierzyłam u siebie w reakcji na film to zachwyt, radość i satysfakcja – to przecież cudowne w wieku 10 lat mieć zarobiony milion. Wiele bym się spodziewała po takim początku kariery (bo ta wszak zazwyczaj się rozwija :-)). Poza tym, to kolejny dowód na to, że można robić to, co się kocha i zarabiać na tym duże pieniądze. Niezależnie od wieku. A takich dowodów potrzeba, gdy mierzymy się z przekonaniami o tym, co trzeba,... read more

3 zimowe lekcje biznesu do odrobienia od zaraz

Czujesz wiosnę? Ja bardzo. Jak mały miś, który za chwilę wyjdzie na świat ze swojej gawry, kręcę się coraz bliżej wyjścia i nie mogę się doczekać nowego. Ale choć cieszę się na to, co będzie, zimowa gawra była mi bardzo potrzebna. Dzięki niej odrobiłam cenne zimowe lekcje biznesowe i właśnie myślę, jak z nich skorzystać przy wiosennych porządkach. Jeśli któraś z nich może Ci się przydać, korzystaj do woli:-) Lekcja numer jeden KORPO CZY NIE KORPO? Pamiętam ten dzień, kiedy na dobre zdecydowałam się odejść z korporacji. Kochałam moją pracę, ale kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko, nie wyobrażałam sobie, że da się te dwie miłości pogodzić. Tak, chciałam pracować, ale chciałam też mieć czas dla mojej małej, dla związku, dla domu. Pracę po 16 godzin znałam od podszewki! Tak, chciałam zarabiać, ale chciałam także żyć tak, jak lubię - wstawać trochę później, pisać, czytać dla przyjemności, posadzić kwiaty na balkonie, spotkać się z przyjaciółką, posadzić z sąsiadką pigwy na podwórku. Tak, chciałam odnieść sukces, ale chciałam też pozostać wierna sobie i żyć w zgodzie z moimi wartościami. Pewnego dnia tej zimy, zasuwając między wymyślaniem kolejnego zadania w wyzwaniu, pisaniem postu, szkoleniem i wgryzaniem się w temat lejka sprzedażowego, szykowałam się na spotkanie z moją wieczorną grupą mastermind. Moje młodsze dziecko marudziło, bo, prawdę mówiąc, cały dzień moja głowa była zupełnie gdzieś indziej. A ja, sfrustrowana niedoczasem, fukałam na nią i na męża, który nie bardzo potrafił małą uspokoić. - Skoro pracujesz jak w korporacji, może nie warto było odchodzić z korpo - mruknął mój mąż. W pierwszym odruchu się żachnęłam. Ale wsparcie!!! Ale kiedy pierwsze ukłucie minęło,  pomyślałam,... read more

3 działania na kobiecą moc, która trwa

  Przyszła do mnie dziś bajka i poprosiła, by ją przypomnieć i opowiedzieć, bo dawno jej nikt nie słyszał, a chce być usłyszana. Więc opowiadam, jak umiem: Dawno, dawno temu był sobie król. Czasami sprawdzał, czy jest królem szanowanym i lubianym, pytał swoich poddanych jak bardzo go kochają, szanują. Kiedyś zapytał królową, jak bardzo ona go kocha. A ta mądra i uważna kobieta odpowiedziała, że kocha go tak jak sól. Król się bardzo zdziwił i zezłościł, bo spodziewał się odpowiedzi bardziej standardowej: że jak życie, szlachetne kamienie albo inne drogocenne rzeczy. Ale sól? Mogło to oznaczać tylko jedno: że królowa lekce go sobie waży. Przecież o soli nikt nie marzy, nikt jej nie potrzebuje. Sól to sól, nic szczególnego. Ponieważ był człowiekiem czynu i cenił sobie swój majestat, a potrzebę szacunku miał rozwiniętą, wygonił królową z królestwa. Szacunek i poważanie wszak się królowi należy! Jeśli ma być kochany jak sól, to królowej już dziękujemy. Traf chciał, że królowa była nie tylko mądra i uważna, ale też umocowana w sposób niezwykły. Razem z nią z królestwa zniknęła też sól. Nie można jej było kupić, zapasy szybko się wyczerpały i zaczęły się kłopoty. Jedzenie przestało smakować: było mdłe, niesłone i niesmaczne. W dodatku nie można go było przechowywać (lodówki nie były w królestwie powszechne), bo szybko się psuło. Zaczęło to rzutować na samopoczucie wszystkich zamieszkałych w królestwie. Nie było im dobrze, chodzili znudzeni, albo poddenerwowani, czegoś im cały czas było brak. Nie za bardzo było co z tym zrobić, bo nawet paluszki i czipsy były podejrzanie słodkie - jak tu żyć? Co mądrzejsi zadawali sobie pytanie: Dlaczego wcześniej nie uświadamialiśmy sobie ile taka... read more

Trzy kroki do bogactwa

Zafascynowały nas ostatnio badania Alii Crum oraz Kelly McGonigal na temat tego, jak nastawienie wpływa na realne, biologiczne parametry naszego istnienia. Badaczki udowodniły między innymi, że stres zabija, ale... tylko tych, którzy wierzą, że stres zabija! Jeśli ktoś takiego przekonania nie ma (bo na przykład uważa, że stres to zupełnie oczekiwany objaw towarzyszący zmianie, który w dodatku jest pozytywny, bo motywuje), stres na niego nie działa niszcząco. A potwierdziły to konkretne wyniki biochemiczne, np. stosunek kortyzolu do DHEA w ślinie badanego. W uproszczeniu - jeśli stosunek tych substancji jest odpowiedni, stres nie wyniszcza organizmu, a raczej organizm radzi sobie z jego działaniem - i tak było w przypadku osób, które nie uważały, że stres zabija. W ślinie osób, które uważały stres za niszczący, stosunek kortyzolu do DHEA był zachwiany i rzeczywiście wynikały z tego realne konsekwencje zdrowotne. Fajnie zobaczyć twarde wyniki badań na temat czegoś, co wiemy, przeczuwamy, obserwujemy, a jednocześnie pozostaje to w miękkim obszarze odczuć i interpretacji. A co to ma wspólnego z pieniędzmi? Od kilku lat przekonujemy kobiety, że to, co myślą o pieniądzach, na serio przekłada się na ich finansowe życie. I uważamy, że my kobiety nie za dobrze o nich (albo o nas w finansowym kontekście) myślimy, skoro:  - średnia emerytura Polki jest o 32% niższa niż Polaka, a tylko 0,7% nas może spodziewać się emerytury wyższej niż 5000 zł; - mamy niższy wskaźnik zatrudnienia kobiet niż mężczyzn; - mamy niższe stawki za pracę (Kobiety zarabiają mniej, bo rzadziej zajmują wysokie stanowiska, mają opory przez negocjowaniem stawek, a także rezygnują z nadgodzin - wpływ tego czynnika dochodzi do 40%);  - mamy najwyższy w Europie wskaźnik przedsiębiorczości kobiet przy jednoczesnej potwierdzonej badaniami frustracji i spadku wiary we własną sprawczość w trakcie pierwszego roku prowadzenia... read more

Nierówne dochody w związku – co z budżetem?

W czasach, kiedy mężczyzna polował, a kobieta zajmowała się przygotowywaniem pożywienia i wychowaniem dzieci, kwestie ról czy podziału budżetu (szeroko rozumianego) były jasne, z góry ustalone i prawdopodobnie nie dostarczały szczególnych emocji. Chociaż, kto to wie na pewno?   W sytuacji, kiedy kobiety zaczęły wnosić materialny wkład do związku, rodziny, czy gospodarstwa domowego, cały układ się zmienił, pojawiło się wiele nowych tematów i często wiele nowych założeń, emocji i problemów, które nie zawsze sobie uświadamiamy i bardzo często rezygnujemy (świadomie lub nieświadomie) z wpływania na nie. Jeśli chodzi o kwestie pieniędzy w związku czy rodzinie, często mamy do czynienia z dwoma rozwiązaniami:   1. Budżet wspólny Z założenia wszystkie przychody trafiają do wspólnej kasy, z której opłaca się wszystkie wydatki. Takie rozwiązanie opiera się na założeniu, że gramy do wspólnej bramki i dzielimy się tym, co wspólnie upolowaliśmy (pozostając przy nomenklaturze ludzi pierwotnych). Takie ustawienie finansowania wspierane jest również prawnie, choćby przez obowiązek wyrażania zgody przez drugiego małżonka przy zawieraniu umów kredytowych. W sytuacji związków nieformalnych takie ustalenia z automatu już nie działają. Zaletą tego rozwiązania jest potraktowanie budżetu domowego  jako elementu wspólnoty - mamy wspólne życie, więc i wspólne pieniądze, wydatki. I zaufanie, że obie strony w równym stopniu dbają o wspólny dobrobyt. Z takiej konstrukcji budżetu wynikają równe prawa i zgoda na to, by każda ze stron wnosiła to, co przychodzi jej z większą łatwością. I pozostawia miejsce na to, by docenić również niematerialny wkład, jak dbanie o sprawy domowe, opiekę nad dziećmi - to wszystko, co bezcenne, a za co nie płacimy, nie tylko kartą płatniczą 😉 Wadą takiego rozwiązania jest natomiast traktowanie wszystkiego jako "nasze".... read more

Więcej inspiracji o zdrowych relacjach z pieniędzmi znajdziesz w newsletterze

Kliknij, by sięgnąć po Bilet do Szczęścia:-)