Prosty wzór na przyjaźń z budżetem

Prosty wzór na przyjaźń z budżetem

Jaka jesteś w kwestii pieniędzy? Twardo stąpasz po ziemi czy raczej bujasz w obłokach?

Ja jestem raczej marzycielką i chciałabym wierzyć, że pieniądze przyjdą, gdy będą potrzebne, że starczy ich dla wszystkich i że mogą mnożyć dobro.

Mam jednak wystarczająco dużo lat, żeby wiedzieć, że to się samo nie zrobi i że prawo przyciągania;-) potrzebuje działania. Nie wiem jak Tobie, ale mnie łatwiej działać, kiedy wiem, dokąd zmierzam.

Dlatego dawno temu, kiedy zaczęłam przyglądać się tematom związanym z pieniędzmi, zaczęłam szukać odpowiedzi na pytanie, ile wynosi ta osławiona wolność finansowa? Czy to przysłowiowy milion? A może mniej? Jak to jest???

Zachwycił mnie wtedy prosty wzór Briana Tracy, który jest ze mną do dzisiaj i sięgam po niego za każdym razem, kiedy chcę wiedzieć na czym stoję w kwestii moich potrzeb finansowych.

Wzór mnie zachwycił, bo jest indywidualny – jego punktem wyjścia jest Twoja sytuacja, Twoje potrzeby, przyzwyczajenia i poziom życia. Nie musisz się z nikim porównywać, jedynym punktem odniesienia dla siebie jesteś Ty sama.

Jest też bardzo prosty. Bierzesz kartkę papieru i zapisujesz, ile pieniędzy potrzebujesz do życia każdego miesiąca. Czyli uzyskasz rząd wielkości, który wydajesz na mieszkanie, jedzenie, ubrania, kosmetyki, domową chemię, transport – na takim poziomie, na jakim jesteś przyzwyczajona. Jeśli masz dzieci, na ten moment skreśl te wydatki. Jest duża szansa, że Twoje dzieci, gdy już nie będziesz pracować, będą się same utrzymywać:-) Przemyśl jednak kwestię opieki zdrowotnej (z wiekiem potrzebujemy jej więcej) oraz przyjemności – wyjść do kawiarni, na basen, do kina, na jogę, książki czy innych rzeczy, z których nie chciałabyś rezygnować. Zastanów się, ile wydajesz na nie w miesiącu, kiedy potrzebujesz lub możesz i dopisz tę kwotę do poprzednich wyliczeń. A teraz pomnóż wszystko x 12 (miesięcy) i x 20 (lat, bo mam nadzieję, że przynajmniej tyle będziesz żyć po zakończeniu pracy). No i masz kwotę swojej wolności finansowej, którą potrzebujesz, aby czuć swobodę na emeryturze.

Ania mieszka w małym mieście i wyszło jej tak:

2300 x 12 x 20 = 552 000 zł

Kasia mieszka w dużym i jej poziom wydatków wygląda inaczej: 1 440 000 zł.

Kiedy spojrzałam po raz pierwszy na moje własne wyliczenie, odjęło mi mowę. To się wydawało niemożliwe.

Wdech – wydech. I jeszcze jeden. Emocje opadły i zaczęłam liczyć.

No dobra, jestem optymistką, będzie emerytura z ZUSu (1500 x 12 x 20 = 360 000 zł).

Nie zmienia to faktu, że jednak coś trzeba będzie odłożyć…

To był ten pierwszy raz, kiedy pomyślałam, że jednak zaprzyjaźnię się z budżetem. Że nawet wtedy, kiedy nie mam wygórowanych potrzeb i zakładam pracę do końca życia, potrzebuję buforu bezpieczeństwa. I że nawet najmniejsze kwoty, odkładane regularnie, mają sens. 200 zł, odkładane każdego miesiąca, daje w takiej perspektywie 48 000 zł.

Ten wzór można wykorzystać do wyliczenia tego, ile będziesz potrzebować pieniędzy na roczne wakacje od życia albo kiedy planujesz odejście z pracy i chcesz dać sobie czas na rozruch własnej firmy.

Oczywiście wiem, że rynek jest nieprzewidywalny, grozi nam wojna, a podwyższenie temperatury o pół stopnia skończy się globalną katastrofą klimatyczną, która wykończy nas wszystkich i moje wyliczenia będę sobie mogła w.. włożyć.

I jednocześnie wiem, że to, co mogę zrobić dla swoich pieniędzy, zaczyna się tu i teraz, z wiedzą, jaką mam i możliwościami, jakie posiadam. Dlatego mimo wszystko co jakiś czas sprawdzam, jak się mam z tym wzorem.

I jednak zaprzyjaźniłam się z budżetem:-)

 

Jeśli relacje między Tobą a twoim budżetem jeszcze są oziębłe, a chciałabyś wprowadzić w nie trochę przyjaźni, zapraszamy Cię do pierwszego kroku z naszym ebookiem :Jak dogadać się z budżetem”

Jeśli relacje między Tobą a twoim budżetem jeszcze są oziębłe, a chciałabyś wprowadzić w nie trochę przyjaźni, zapraszamy Cię do pierwszego kroku z naszym ebookiem :Jak dogadać się z budżetem".

Nie tylko dowiesz się, jak budżet zaplanować (i co to w ogóle jest), ale też dostaniesz proste, wykonalne wskazówki co zrobić, by przy dochodach które już masz było miejsce i na to, co potrzeba, co powinnaś, i na to, co Ci się marzy, co byś chciała i co sprawia, że czujesz się bogata.


Po więcej informacji zapraszamy tutaj (klik).


W kuźni przekonań – jak przekułam niechęć do sprzedaży w luz

W kuźni przekonań – jak przekułam niechęć do sprzedaży w luz

To było dawno temu. Siedzieliśmy na kawie i zastanawialiśmy się nad biznesem. On, psycholog pracujący z młodzieżą i ja, świeża ekskorporatka, szczęśliwa, że NARESZCIE mogę robić to, do czego rwie mi się dusza.

– Wiesz, czasem myślę, że ten zawód to taka prostytucja. Branie pieniędzy za coś, co każdy człowiek powinien mieć za darmo – wysłuchanie, szacunek, rozmowę.

Poczułam wtedy, że zabolał mnie brzuch. Jego słowa zapadły we mnie gdzieś głęboko, choć „na wierzchu” solidnie się oburzyłam i zaczęłam go przekonywać, że nie ma racji, że to praca, że przecież jest wolny wybór, ze nikt nie każe komuś mi płacić. Argumenty sypały się jak z rękawa, ale nie z serca, z głowy…

Minęło trochę czasu, korporacyjne zapasy kasy topniały, a ja z wielką łatwością wchodziłam we wszystkie darmowe akcje, jakie proponowały. mi udział i serce mi rosło, że tak bardzo pomagam.

I tylko jakoś zabranie się za sprzedaż nie wychodziło mi za bardzo.

To było dziwne uczucie. Ja, sprawcza, ja, która kiedyś walczyłam o sprzedaż prowadzonych przeze mnie magazynów jak lwica, nagle nie mogę sprzedawać. Co się dzieje??? Przecież znam ten proces, mam narzędzia, a kursów efektywnej sprzedaży, w których wzięłam udział, nie zliczę!!!

Pomogło mi uświadomienie sobie, że każdym razem, kiedy myślę o sprzedaży boli mnie brzuch. Już to skądś znałam…

Tym razem nie uciekłam w przekonywanie siebie, ale skupiłam się na tym bólu brzucha. Co chcesz mi powiedzieć, kochany? Po co tu jesteś? Nie pomagasz mi, wiesz? – szepnęłam.

Cisza.

Co chcesz mi powiedzieć? – nie odpuszczałam. Myśli szamotały się w mojej głowie, wewnętrzny krytyk nie próżnował, a ja, na przekór im wszystkim, dalej skupiałam się na bólu brzucha.

CO CHCESZ MI POWIEDZIEĆ?!

Pomaganie innym za pieniądze nie jest fair. To żerowanie na cudzej biedzie! Usłyszałam w końcu cichy głos. Bang.

To przekonanie było we mnie mocno ukryte, zakopane pod stertą racjonalizacji, a jednak miało moc wpływania na moje działania.

Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Lubię sprzedawać. I jednocześnie nadal lubię móc pomóc spontanicznie, bo poczułam jakiś zew ze środka.

Co pomogło mi rozcieńczyć przekonanie o żerowaniu na cudzej biedzie?

Po pierwsze – szukanie przykładów, że jest inaczej, czyli rozglądanie się za osobami, które pomagają innym i biorą za to pieniądze, a ci inni dziękują im za to wszem i wobec.

Po drugie – pozwolenie sobie posmakowania własnego doświadczenia – wszak największe zmiany w moim dorosłym życiu wniosła mi terapia oraz udział w zajęciach Studium Integralnego Szkoły Trenerów (gdzie teraz, spełniając moje marzenie, pracuję). Za obie aktywności zapłaciłam. I nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Ten trop naprowadził mnie na myślenie o korzyściach – co takiego się zmieniło w moim życiu, że byłam skłonna za to zapłacić? Znalazłam ich sporo.

No to odniosłam to do siebie – co takiego zyskują inne osoby po pracy ze mną czy z Izą w naszym projekcie? Czy to korzyści warte są zainwestowania pieniędzy?

Okazało się, że gdy korzyści przekładają się na jakość życia lub rozwiązują konkretny problem, klienci płacą, są zadowoleni, a ja wiem za co:-) Bo jeśli ktoś zaczął negocjować wyższe stawki z klientami albo zajął się swoim budżetem i odkłada miesięcznie 600 zł, a dotychczas ciągle miał minus 600, albo przestał się kłócić z mężem o kasę, to jednak jest konkret, prawda?

Po trzecie – bardzo pomogło mi odnalezienie wartości kryjącej się pod tym przekonaniem, która jest dla mnie bardzo ważna. Tą wartością jest życzliwość i hojność. Przede wszystkim uświadomiłam sobie, że jednostronna hojność i życzliwość (praca za darmo) wobec innych jest całkowitym brakiem hojności i życzliwości wobec siebie. To było duże odkrycie i podprowadziło mnie do kolejnego przekonania – tym razem o obowiązku służenia innym. (Tak to jest z tymi przekonaniami, że jedna nitka prowadzi do drugiej. Ale kiedy wyłapie się te najważniejsze, nagle wszystko staje się prostsze.). Uświadomiłam sobie także, że trochę tej życzliwości i hojności dla innych jest dla mnie ważne jak powietrze i że nie chcę z tego całkowicie rezygnować, ale potrzebuję mieć na to zasoby. A żeby mieć zasoby – potrzebuję sprzedawać i zarabiać.

 

Pozostało mi tylko umówienie się ze sobą, że będę się przyglądać tematowi hojności i życzliwości i szukać w nim równowagi – i rzeczywiście przez jakiś czas uważnie obserwowałam siebie przy rozważaniu ofert – darmowych i wchodzeniu w obszary płatne. Pomogła mi empatia, a zwłaszcza empatia dla siebie i coachingowe rozmowy z Izą. Na taki etap przejściowy wsparcie bezcenne.

Po takie wsparcie sięgam również teraz, kiedy przekonanie o żerowaniu na ludzkiej biedzie nie jest już w mojej głowie prawdą ostateczną. Ale przecież zupełnie nie zniknęło. Czasem mi się przypomina, tyle, że nie zarządza mną z automatu. Raczej jest sygnałem do przyjrzenia się, że czegoś w moim życiu potrzebuję i to coś zaczyna być „głodne”. Może potrzebuję zwrócić się do innych po informację zwrotną, co wnoszę w ich życie? A może potrzebuję poczuć połączenie z sercem i radością dawania? A może chciałabym wziąć coś dla siebie…

I zauważyłam, że już w ogóle nie boli mnie brzuch, gdy mam sprzedawać. I że nawet rwę się do tego! I nadal lubię dać coś z siebie zupełnie bez pieniędzy:-)

Jakże mało wiemy o tym, kim jesteśmy! O ileż mniej o tym, kim byśmy być mogli!

Jakże mało wiemy o tym, kim jesteśmy! O ileż mniej o tym, kim byśmy być mogli!

Mam przyjaciółkę, która właśnie poszła na kolejne w swoim życiu studia. Zafascynowana kierunkiem studiów i zajęciami, opowiedziała mi o pewnym ćwiczeniu, które właśnie robili na lektoracie angielskiego.

Ćwiczenie polegało na słuchaniu piosenki, o której prowadzący powiedział, że jest zaśpiewana trudnym do zrozumienia dialektem. Zadanie polegało na wynotowaniu, pomimo trudności,  jak największej ilości rozpoznanych słów. Wyniki były różne – od dwóch do dwudziestu.
Następnie prowadzący rozdał studentom tekst piosenki, napisany po angielsku. I poprosił o ponowne odsłuchanie. Czy tym razem było łatwiej zrozumieć tekst? W stu procentach. Większość osób, patrząc na rozpisany tekst, „wysłyszała” niemal wszystko. Tekst był może nieco dziecinny i hmm, głupawy, ale zrozumieć dało się każde słowo.

To jeszcze nie koniec tej historii.

Bo na końcu okazało się, że ta piosenka W OGÓLE nie była śpiewana po angielsku…

A jednak, ponieważ lektor powiedział, że tekst jest po angielsku, mózg wszystkich studentów nastawił się na usłyszenie angielskiego.

Zakochałam się w tej historii, gdy tylko ją usłyszałam. Bo w mojej pracy nieustannie widzę, jak działają na ludzi przekonania, ale czasem tak trudno uwierzyć im, że jakieś zdanko może mieć jakikolwiek wpływ na ich życie, relacje, czy stan portfela. A naprawdę może!!!

Dobrze pamiętam czasy, kiedy na samą myśl o rozmowie o podwyżce serce trzepotało mi jak szalone albo zamierało jak przestraszony ptak. Na wszelki wypadek wolałam o nią nie prosić, bo dobrze wiedziałam, że i tak słowa będą mi utykać w gardle i raczej nie będę przekonująca.

Podczas terapii odkryłam, że za moją niezdolnością do stanięcia za sobą były zestaw delikatnie mówiąc, niezbyt wspierających przekonań bazowych na temat mnie samej. Przekonania te powstają w nas, gdy jesteśmy bardzo małymi dziećmi i interpretujemy rzeczywistość, ustalając w niej swoje miejsce. A warto pamiętać, że – jak mówi twórczyni pozytywnej dyscypliny, Jane Nielsen, dzieci są znakomitymi obserwatorami rzeczywistości, ale są jej kiepskimi interpretatorami. Nie dość, że na własną niekorzyść mogą zinterpretować przydarzające im się trudne i bolesne zdarzenia, to również mogą tak zinterpretować wydarzenia, które wcale trudnymi miały nie być i za którymi kryła się najlepsza intencja rodziców czy opiekunów.

Przekonania bazowe mówią o tym, że jesteś zdolna do miłości, kochana, bezpieczna, wartościowa i kompletna. Są nazywane bazowymi dlatego, bo dają nam prawo do miłości, bezpieczeństwa, szacunku oraz kompletności z racji samego istnienia.

Jednak często przybierają one formę warunkową, a wtedy stają się bazowymi przekonaniami ograniczającymi, np.
• będę bezpieczna, jeśli…
• mogę kochać, gdy…
• zasługuję na szacunek, jeżeli…
• jestem wartościowa, pod warunkiem, że…
• będę kompletna, dopiero kiedy…

Kiedy kierujemy się tymi przekonaniami, naszą motywacją do działania staje się lęk lub ambicja. Robimy coś, albo czegoś nie robimy, aby nie bać się, aby zasłużyć, aby udowodnić komuś lub samemu sobie, że zasługujemy. Moje przekonanie było takie, że jestem wartościowa, jeśli to, co robię jest idealne, bez zarzutu (jeśli jesteś perfekcjonistką, wiesz, co mam na myśli). A ponieważ według mojej oceny nigdy nie było, jakże miałam prawo zasługiwać na szacunek, docenienie i podwyżkę?!

Prócz przekonań bazowych, istnieje wiele przekonań znacznie mniejszego kalibru, które jednak całkiem solidnie mogą nam w życiu (także finansowym) namieszać. Na przykład takie, że pieniądze nie są ważne. Albo takie na temat pracy z pasją. Wszak, jeśli kochasz, to, co robisz, to nie przepracujesz ani godziny, prawda? Szkoda, że w mojej głowie skleiło się to z przekonaniem, że „bez pracy nie ma kołaczy”. Uzbrojona w dwa przeciwstawne przekonania, w które równie mocno (i oczywiście nieświadomie) wierzyłam, jak gąska łykałam wszystkie darmowe propozycje. No bo serce rwało się do pracy i jednocześnie nie czuło, że należy się za nią płaca, bo przecież to przyjemność.

Czym są te przekonania, które tab bardzo potrafią nam namieszać w życiu? Są to, jak już wcześniej wspomniałam, ustalone przemyślenia na temat nas samych, innych ludzi, rzeczy, sytuacji. Są filtrami, przez które postrzegamy i porządkujemy rzeczywistość. Są drogowskazami, które ułatwiają naszemu mózgowi podejmowanie decyzji.

Dlaczego czasem prowadzą nas na manowce? Bo nie zdajemy sobie sprawy, że nami kierują, gdyż nie jesteśmy ich świadomi.

Na szczęście przekonania są zmienne – są przecież zasadami działania, które można zmienić, a nie są rzeczywistością samą w sobie – one po prostu odzwierciedlają nasze myślenie na temat rzeczywistości. I jednocześnie powodują, że reagujemy na nią w taki, a nie inny sposób, poniekąd więc również ją współtworzą.

Najłatwiej zidentyfikować niezdrowe przekonania wtedy, gdy coś idzie nie po naszej myśli, odczuwamy ból emocjonalny, czujemy się̨ sfrustrowani, zablokowani, brakuje nam motywacji albo dwie siły ciągną nas w przeciwne strony.

A my zapraszamy Cię do wyłapania Twoich przekonań podczas zabawy w FINANSOWE ŁOWY.
Będziemy łowić przekonania, które pomagają nam zarabiać z lekkością, ale i te, które sprawiają, że pieniądze to kwestie trudne i wstydliwe.
Z tym drugim się rozprawimy – z radością i miłością.

Zapisy tu.

Tytuł tego postu jest cytatem Byrona.

 

Czy zdążysz ze wszystkim?

Czy zdążysz ze wszystkim?

‚Strasznie się boję, że mam za mało czasu, żeby się wszystkiego z tej medycyny chińskiej nauczyć. I zazdroszczę moim młodszym koleżankom, że one tego czasu mają więcej!

Stwierdzenie ‚mam za mało’ zawsze budzą we mnie ciekawość i pragnienie usłyszenia więcej. Bo wchodzą w konflikt z moim przekonaniem, że świat jest pełen obfitości i wszystkiego wystarczy. A, że lubię weryfikować to, co mnie prowadzi, nie odpuściłam sobie, żeby nie skorzystać z okazji. Dlatego nie mogłam nie skorzystać z okazji i nie przyjrzeć się powyższemu stwierdzeniu.

Pewna piękna i mądra kobieta opowiadała niedawno, że ma świadomość, że po prostu nie zdąży się wszystkiego nauczyć, bo przy tej ilości wiedzy po prostu nie ma fizycznie szans. Ale jest też z tym pogodzona i akceptuje ten fakt. Czasem jej jednak żal, że tak późno na ten obszar trafiła, że tak późno się za niego zabrała. I że już nic z tym nie może zrobić.

To, jak to opowiadała, pokazywał coś bardzo ważnego: akceptację, o tym, na co mamy wpływ, o tym, co nas nakręca i prowadzi, czy o tym wiemy, czy nie. Ale i tak mi coś zgrzytało. Nie wiedziałam, czy to moje, czy jej i postanowiłam pogłębić.

Na poziomie faktów wszystko wyglądało w porządku. Nie da się przecież zaprzeczyć, że niezależnie od nakładów czasu i energii całej wiedzy z danego tematu nie wchłoniemy. Bo wiedza jest obszarem nieograniczonym i nieskończonym. Cały czas jej przybywa i zawsze można dotrzeć do kolejnego badania, artykułu czy polemiki z tym, co już znamy, a co będzie zawierało linki do kolejnych źródeł. To taka zabawa w ‚Zobacz, ile jeszcze nie wiesz’. Pamiętam ją dobrze ze szkoły.

(Ale może to tylko moje przekonanie, internet też jest nieograniczony, a Chuck Norris  podobno go przeczytał w całości. Słyszałam o tym wprawdzie kilka lat temu, sytuacja mogła się zmienić i w tym przypadku :-)).

W każdym razie, w porządku, nie da rady się nauczyć wszystkiego. Natomiast nie mogłam się zgodzić z drugą częścią stwierdzenia – z tym, że młodszym jest lepiej, bo mają więcej czasu.

Jeśli wiedzy przybywa, to młodszym jest gorzej, bo będą mieć jeszcze więcej do nauczenia się. I nie mając uruchomionego trybu „nie zdążę, nie wystarczy’ ci młodsi mogą swobodniej do kwestii czasu i nauki podchodzić i słabiej z tego czasu korzystać. Ci, którzy czują się nieśmiertelni (większość tak ma gdzieś do 30 :-)), o śmierci nie myślą, ale też w związku z tym podejmują bardziej ryzykowne decyzje. Ci, którzy mają dużo czasu też niekoniecznie wykorzystują go lepiej czy efektywniej.

Powiedzenie ‚mam za mało’ widzę jako przejaw trybu braku, przekonania o ograniczoności tego, co mamy. Dla mnie trudny do zniesienia, ale w tym przypadku wyglądał na całkiem pomocny. Jego dobrą stroną jest właśnie motywacja, by ograniczony zasób, czas, wykorzystać jak najlepiej.  Ta piękna i mądra kobieta naprawdę miała świadomość i chęć poszerzania wiedzy, zdobywania jej i wprowadzania w praktykę. Tym wręcz emanowała. To pomocne.

Ale jest też druga strona medalu.

Stare, nieuświadomione przekonania często generują stres i napięcie, którego wcale nie potrzebujemy do realizacji tego, co nam się marzy. Bo realizując cele możemy kierować się albo brakiem albo poszukiwaniem pełni. (Świat jest bogaty i ma zawsze wiele opcji :-)).

Kiedy jesteś w braku, albo coś jest trudno dostępne, łatwo zaktywizować tryb kompulsywnego, nerwowego korzystania z tego zasobu, w chwilach dostępności. Na zasadzie: spieszmy się, róbmy to szybciej, więcej. Nie zatrzymujmy się, nie sprawdzajmy, ile potrzebujemy, ile jest wystarczająco. Jest tyle drzew do wycięcia, że nie możemy sobie pozwolić na ostrzenie piły.

‚Więcej’ wcale nie jest tożsame z ‚lepiej’.

Możemy zneutralizować to, co niesłużące i zabezpieczyć się przed kompulsywnym korzystaniem z tego co mamy, jeśli powiemy stop kierowniczej i ukrytej roli przekonania, które nas prowadzi. Kiedy mu się przyjrzymy pod kątem wartości, z jaką nas ono łączy. Bo to ta wartość nas nakręca do działania, ale można ją zasilać na różne sposoby..

Jaką wartość pielęgnowała mądra i piękna kobieta poprzez poczucie braku czas?

Okazało się, że chodzi o chęć pomagania. O to, by z jednej strony być w stanie jak najlepiej pomagać wszystkim pacjentom, którzy do niej przychodzą i o to, by móc pomagać możliwie największej ich liczbie. A wiadomo, że coraz więcej ludzi teraz potrzebuje takiej pomocy…

Chodziło o to, by móc więcej.

I to był początek błyskawicznej zmiany.

Bo po pierwsze, zatrzymanie się nad przekonaniem pozwoliło zobaczyć jego źródło: dom rodzinny, w którym na każdym kroku podkreślane było, jak ważna jest wiedza i jaką wartością jest umiejętność uczenia się. To miało zmotywować kobietę, wtedy dziewczynkę do tego, by chciała się uczyć

A po drugie – okazało się, że od czasu małej dziewczynki dużo się zmieniło: piękna i mądra kobieta bardzo dużo wiedzy nabyła i nie miała żadnych wątpliwości, że wiedza jet ważna. Może nawet zbyt dużą wagę do tej wiedzy przykładała. Z pewnością nie potrzebowała już więcej motywacji do tego by się uczyć.

I wtedy właśnie pojawiła się nowa, świeża myśl, która połączyła mądrą piękną kobietę zarówno z tym, że wiedza jest ważna z tym, że ona chce pomagać i wyłączyło j ej tryb braku i niewystarczalności.

Przecież nie samą wiedzą człowiek pomaga!  – jest przecież jeszcze uwaga, intuicja i doświadczenie. One też są nieograniczonym zbiorem możliwości. Ale stosowane razem uzupełniają się wzajemnie i wzmacniają. Pamiętając o nich wszystkich i rozwijając je mogę pomagać większej liczbie ludzi i lepiej.  A przecież to jest da mnie teraz najważniejsze!

Ta konstatacja była prawdziwie uwalniająca!

Ojej, ja rzeczywiście nie muszę się tak spinać na tę wiedzę! Będę ją poszerzać, bo wiem, że jest ważna, ale przecież mam jeszcze tyle innych narzędzi i naprawdę mogę pomagać.

Taka kwintesencja filozofii mieć ciastko i zjeść ciastko w praktycznym zastosowaniu.

Obie zakończyłyśmy rozmowę  z poczuciem, że coś ważnego dostałyśmy.

Mądra i piękna kobieta zobaczyła, że może z całkiem słusznego, choć trochę zdezaktualizowanego przekonania wziąć to, co ważne i służące i dzięki temu mniej musieć, a więcej móc. A ja zobaczyłam nowe korzyści trybu braku.  Zluzowało mi to napięcie i obawę przez nim i umocniło w przekonaniu, że nieważne, czy czegoś jest dużo czy mało, warto sprawdzić, co dobrego z tego dla nas wynika. Bo świat nam sprzyja wtedy, gdy to zauważamy.

 

A w jakich obszarach Ty czujesz, że wystarczy dla wszystkich? W jakich uruchamiasz tryb braku?

Już za chwilę na jestembogata.pl ruszamy z akcją rozpoznawania co nam każdy z tych trybów uruchamia. Dołącz do naszego newslettera, by dowiedzieć się o tym jako pierwsza (klik).

A tymczasem, do zobaczenia!

 

Dołącz do newslettera i dowiedz się jako pierwsza o nowym wyzwaniu, które już wkrótce!

Miej wpływ!

Miej wpływ!

– Nie pójdę teraz na wybory, pójdę, jak będzie druga tura.

– No ale jak nie pójdziesz, to może tej drugiej tury nie być.

– No co ty, mój głos nie ma aż takiego znaczenia!

Podobnych rozmów przeprowadziłam ostatnio wcale nie mało. I nie mogę wyjść ze zdumienia, jak wiele (wielu) z nas nie wierzy, że jej/jego głos ma znaczenie. A przecież ma, chociaż rzeczywiście można mieć poczucie, że pojedyncza deklaracja niczego nie znaczy.

Na Facebooku przewijają mi się przed oczami akcje – a to Anja Rubik namawia, aby nie używać jednorazowych słomek, a to wpadam na zdjęcia ciężarnych świń rodzących (i żyjących) w koszmarnych warunkach, które śnią mi się potem po nocach. Albo wyświetlają mi się prośby ludzi dotkniętych przez los chorobami czy innymi nieszczęściami.

Kiedy byłam nastolatką, moi rodzice trochę się ze mnie podśmiewali, że jestem idealistką, ale pewnie życie mnie naprostuje. Nie naprostowało! Daleka jestem od umierania za jakąś ideę, czy nawet wciskania tej mojej najlepszej komuś do gardła na siłę, ale ciągle wierzę, że pomimo tego mam wpływ i że moje wybory mają znaczenie.

Od lat nie kupuję mięsa hodowanego przemysłowo. Stać cię na fanaberie, mawiają moi rodzice. Rzeczywiście, stać mnie na to, bo w innych miejscach nie wydaję – świadomie z czegoś rezygnuję, żeby było mnie stać. To mój wybór, nie uśmiech fortuny.

Unikam marek, o których wiem, że nie są fair trade. Mam świadomość, że mój wybór niewiele dla nich znaczy. Ale dla mnie ma ogromne znaczenie.

Kiedy trafiam na prośbę o wsparcie, sprawdzam czy jest wiarygodna i wpłacam kwotę równą kawie na mieście – po prostu na nią nie pójdę. Oczywiście, że nie zbawię całego świata. Oczywiście, że te 10 zł to jest kropla w morzu potrzeb, ale kto wie, może przechyli szalę czyjegoś wyjazdu na operację, która może uratować życie?

Konsekwentnie odmawiam słomek do napojów. Są małe, więc nikt się nimi nie przejmuje, a w swej nieprzeliczonej na koniec dnia ilości są śmiertelnie niebezpieczne dla waleni, żółwi i morskich ptaków, które łykają je z wodą i się nimi duszą lub powoli zatruwają.

Plastikowa słomka przemawia do mnie jako metafora takich właśnie małych, pozornie nic nie znaczących ruchów, które jednak na koniec dnia mają swoją wagę mają!

Podobny brak wiary co do własnego wpływu obserwuję często, rozmawiając z kobietami o pieniądzach. „Mam za mało, żeby myśleć o oszczędzaniu”, „Tyle mojego, co sobie czasem kupię”, „Milionerką i tak nie zostanę”, „I tak nie dostanę tej podwyżki”…

Wszystko to jest bardzo możliwe, ale prawdą jest również to, że kiedy przez dwa miesiące kombinowałyśmy w naszej grupie codziennie, jak zarobić tylko 10 zł, udało się każdej z nas spełnić całkiem spore marzenie (a to było tylko 10 zł dziennie!). Z całego serca wierzę, że nasze finanse składają się z takich małych kroków w obszarach, gdzie możemy mieć wpływ i że ich suma może nas bardzo pozytywnie zaskoczyć.

Najbardziej dziwi mnie to, że my tak bardzo tego wpływu nie chcemy. Że wolimy jak w matrixie śnić swój sen i zamykać oczy na tak wiele…

 

Nie chcę tego oceniać, ale chcę to zmieniać. I dlatego zapraszam Cię teraz do chwili refleksji. Zrób sobie małą przerwę, ciepłą herbatę albo aromatyczną kawę i zastanów się:

 

Jaki jest Twój osobisty obszar, w którym odmawiasz wpływu?

Co się za tą niechęcią do posiadania wpływu kryje?

Co zyskujesz, kiedy wierzysz, że niewiele znaczysz, a więc nie warto działać w tym obszarze? 

Co tracisz, kiedy odpuszczasz?

Czy miałabyś chęć poeksperymentować i umówić się sama ze sobą, że następnym razem w tym obszarze podejmiesz decyzję, wyobrażając sobie, że MASZ WPŁYW?

A jeśli Cię wywalą?

A jeśli Cię wywalą?

Bywają relacje, w których trwamy, mimo, że nam nie służą. Zdarza się, że nie tylko w nich trwamy, ale jeszcze dużo robimy, by je utrzymać i sprawić by trwały. Czasami w ogóle nie zadajemy sobie pytania, po co nam one i czy przypadkiem nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby się skończyły.

Całkiem niedawno zaangażowałam się w organizację, której idea przewodnia mocno do mnie przemawiała. Współpraca, wspieranie się, wspólne działanie – tego mi było potrzeba. Na początku byłam zachwycona i zaangażowana, ale z czasem entuzjazm zaczął opadać, a z nim i zaangażowanie. Okazało się, że nie nadążam, nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom. albo, że nieadekwatnie alokowałam czas i uwagę i wyszło, że się nie angażuję. Stało się, że moja strusia natura doszła do głosu i przestałam się angażować.  Odpuściłam i stwierdziłam, że to jednak nie to, czego szukałam. Nie podjęłam też żadnego działania, by z organizacji się wymiksować, na zasadzie, niech się dzieje.

I wszystko było OK do momentu weryfikacji. Kiedy ogłoszone zostało, że nadchodzi czas weryfikacji członków, zrobiło mi się zimno. „Rety, zaraz mnie wywalą! Co ja zrobię?!” (Bardzo logiczne, prawda?). Zaczęłam szukać sposobów, żeby się nie dać wyrzucić. Może zrobię jeszcze to, może tamto…

Przestraszyła mnie myśl, że będę wyłączona ze społeczności w której być nie chcę, z której praktycznie sama się wyłączyłam. I było mi przykro i smutno. Chore?

Niekoniecznie.

Bo co będzie jak mnie wykluczą?

Chłód i strach minęły, gdy usłyszałam pytanie, które przewijało mi się w głowie: „Co będzie jak mnie wywalą”. Kiedy je uchwyciłam, okazało się, że nie będzie nic szczególnego. Mniej powiadomień z grupy na FB i mniej potencjalnych oferowanych możliwości. Z których i tak nie korzystałam. Bo ich de facto nie potrzebuję. I może jeszcze pytanie, dlaczego czekałam, żeby to oni mnie, a nie wyszłam sama, choć wiem że mogłam i mimo, że były osoby, które tak robiły.

Kiedy relacja się kończy, jest smutno i przykro. Nawet, jeśli to nie był dobry związek. Kiedy kończy się praca, bywa trudno. Nawet, jeśli było w niej ciężko. Kiedy odchodzi klient, kończy się jakaś grupa czy to towarzyska czy zawodowa, jest szkoda. Bo lubimy przynależeć. Lubimy trwać. Obawiamy się zmian, Bo to, co znane, nawet jeśli niedobre, jest bardziej komfortowe niż to, nowe, nieznane.

Potrzeba przynależności. Mamy ją żywą od urodzenia. To dzięki niej byliśmy w stanie przetrwać – bo samodzielności uczymy się przez długi czas. Jesteśmy zaprogramowani, by przynależeć, być w grupie. Lęk przed odrzuceniem jest bardzo silnym motorem naszego działania. Dużo jesteśmy w stanie zrobić, by dostać akceptację grupy, być jej częścią nawet jako dorośli, samodzielni i niezależni. Wiadomo, jedni bardziej, inni mniej. Ale to, co łączy nas wszystkich to to, że często nie sprawdzamy i nie zadajemy sobie pytania Po co mi to? Co zyskuję? Dlaczego to dla mnie takie ważne?

I nie chodzi o kalkulację i transakcyjne podejście do społeczności (czy mi się to opłaca). Ale o świadomość, co jest tym magnesem, o co tak naprawdę zabiegamy. Szczególnie, gdy jakaś relacja wiele nas kosztuje.

Maria – cudowna, mądra i utalentowana przedsiębiorczyni. Pełna pomysłów, entuzjastyczna i otwarta. Od nawiązania współpracy z pewnym klientem jej firma zaczęła dobrze prosperować. Klient ma tę przypadłość, że potrzebuje wszystkiego na już. Nauczona, że o klienta i relacje trzeba dbać, wszak stoją za nim pieniądze Maria dostarcza rozwiązań na już. Mimo, że wie, że cierpią na tym inne projekty, że wiąże się z tym praca do późnych godzin nocnych. W miarę, jak Maria dostarcza rozwiązań, wymagania klienta rosną. A w Marii rośnie myśl, że już tak dłużej nie chce…

Czasami przynależymy gdzieś z przyzwyczajenia. Nie zauważamy, że sytuacja się zmieniła, potrzeby, niegdyś palące, pozostają zaspokojone, co innego pojawia się na liście priorytetów, a my trwamy. Mimo niewygody, mimo narastającej frustracji. Bo nie zatrzymujemy się, żeby odpowiedzieć sobie na te ważne pytania, zmodyfikować działania, renegocjować umowy, odpuścić i pozwolić odejść sobie czy drugiej stronie. Zanim zrobi się kwaśno. Choć trudno w to uwierzyć, czasem zakończenie współpracy, mimo, że przykre, przynosi ulgę. Obu stronom.

Krótko po postawieniu sobie tych pytań Mara pożegnała się ze złotym klientem, solennie obiecując sobie, że już nigdy więcej się nie wda w taką relację biznesową. I niedługo potem zauważyła, że jej klienci to w 100% ludzie, z którymi cudownie jej się pracuje, a firma nigdy wcześniej nie miała się lepiej. Jedyne co ucierpiało, to czas, jaki Maria spędza w firmie – zaczęła wychodzić najpóźniej koło 18 zamiast po północy…

Zachęcam Cię dziś do spojrzenia na swoje relacje, organizacje i grupy do których należysz czy klientów, z którymi pracujesz. 

Co dobrego Ci dają? Jakie twoje ważne potrzeby zaspokajasz w ten sposób? Zapisz to sobie, powiedz głośno, doceń to, co masz. To bardzo ważne, by te rzeczy dostrzegać i o nich mówić.

Czy są relacje, które więcej Cię kosztują? Jakie ważne potrzeby w nich zaspokajasz? Jakie Twoje ważne potrzeby pozostają niezaspokojone? Co możesz zrobić, by mieć z nich więcej?

Bądźmy w kontakcie, szczególnie, jeśli potrzebujesz wsparcia.

P.S.  Kliknij tutaj, jeśli chcesz listę potrzeb i emocji – ułatwi Ci zadanie

Mamy dla Ciebie listę potrzeb, która ułatwi Ci zadanie. Prześlemy na maila, jeśli ją chcesz.