Prosty wzór na przyjaźń z budżetem

Prosty wzór na przyjaźń z budżetem

Jaka jesteś w kwestii pieniędzy? Twardo stąpasz po ziemi czy raczej bujasz w obłokach?

Ja jestem raczej marzycielką i chciałabym wierzyć, że pieniądze przyjdą, gdy będą potrzebne, że starczy ich dla wszystkich i że mogą mnożyć dobro.

Mam jednak wystarczająco dużo lat, żeby wiedzieć, że to się samo nie zrobi i że prawo przyciągania;-) potrzebuje działania. Nie wiem jak Tobie, ale mnie łatwiej działać, kiedy wiem, dokąd zmierzam.

Dlatego dawno temu, kiedy zaczęłam przyglądać się tematom związanym z pieniędzmi, zaczęłam szukać odpowiedzi na pytanie, ile wynosi ta osławiona wolność finansowa? Czy to przysłowiowy milion? A może mniej? Jak to jest???

Zachwycił mnie wtedy prosty wzór Briana Tracy, który jest ze mną do dzisiaj i sięgam po niego za każdym razem, kiedy chcę wiedzieć na czym stoję w kwestii moich potrzeb finansowych.

Wzór mnie zachwycił, bo jest indywidualny – jego punktem wyjścia jest Twoja sytuacja, Twoje potrzeby, przyzwyczajenia i poziom życia. Nie musisz się z nikim porównywać, jedynym punktem odniesienia dla siebie jesteś Ty sama.

Jest też bardzo prosty. Bierzesz kartkę papieru i zapisujesz, ile pieniędzy potrzebujesz do życia każdego miesiąca. Czyli uzyskasz rząd wielkości, który wydajesz na mieszkanie, jedzenie, ubrania, kosmetyki, domową chemię, transport – na takim poziomie, na jakim jesteś przyzwyczajona. Jeśli masz dzieci, na ten moment skreśl te wydatki. Jest duża szansa, że Twoje dzieci, gdy już nie będziesz pracować, będą się same utrzymywać:-) Przemyśl jednak kwestię opieki zdrowotnej (z wiekiem potrzebujemy jej więcej) oraz przyjemności – wyjść do kawiarni, na basen, do kina, na jogę, książki czy innych rzeczy, z których nie chciałabyś rezygnować. Zastanów się, ile wydajesz na nie w miesiącu, kiedy potrzebujesz lub możesz i dopisz tę kwotę do poprzednich wyliczeń. A teraz pomnóż wszystko x 12 (miesięcy) i x 20 (lat, bo mam nadzieję, że przynajmniej tyle będziesz żyć po zakończeniu pracy). No i masz kwotę swojej wolności finansowej, którą potrzebujesz, aby czuć swobodę na emeryturze.

Ania mieszka w małym mieście i wyszło jej tak:

2300 x 12 x 20 = 552 000 zł

Kasia mieszka w dużym i jej poziom wydatków wygląda inaczej: 1 440 000 zł.

Kiedy spojrzałam po raz pierwszy na moje własne wyliczenie, odjęło mi mowę. To się wydawało niemożliwe.

Wdech – wydech. I jeszcze jeden. Emocje opadły i zaczęłam liczyć.

No dobra, jestem optymistką, będzie emerytura z ZUSu (1500 x 12 x 20 = 360 000 zł).

Nie zmienia to faktu, że jednak coś trzeba będzie odłożyć…

To był ten pierwszy raz, kiedy pomyślałam, że jednak zaprzyjaźnię się z budżetem. Że nawet wtedy, kiedy nie mam wygórowanych potrzeb i zakładam pracę do końca życia, potrzebuję buforu bezpieczeństwa. I że nawet najmniejsze kwoty, odkładane regularnie, mają sens. 200 zł, odkładane każdego miesiąca, daje w takiej perspektywie 48 000 zł.

Ten wzór można wykorzystać do wyliczenia tego, ile będziesz potrzebować pieniędzy na roczne wakacje od życia albo kiedy planujesz odejście z pracy i chcesz dać sobie czas na rozruch własnej firmy.

Oczywiście wiem, że rynek jest nieprzewidywalny, grozi nam wojna, a podwyższenie temperatury o pół stopnia skończy się globalną katastrofą klimatyczną, która wykończy nas wszystkich i moje wyliczenia będę sobie mogła w.. włożyć.

I jednocześnie wiem, że to, co mogę zrobić dla swoich pieniędzy, zaczyna się tu i teraz, z wiedzą, jaką mam i możliwościami, jakie posiadam. Dlatego mimo wszystko co jakiś czas sprawdzam, jak się mam z tym wzorem.

I jednak zaprzyjaźniłam się z budżetem:-)

 

Jeśli relacje między Tobą a twoim budżetem jeszcze są oziębłe, a chciałabyś wprowadzić w nie trochę przyjaźni, zapraszamy Cię do pierwszego kroku z naszym ebookiem :Jak dogadać się z budżetem”

Jeśli relacje między Tobą a twoim budżetem jeszcze są oziębłe, a chciałabyś wprowadzić w nie trochę przyjaźni, zapraszamy Cię do pierwszego kroku z naszym ebookiem :Jak dogadać się z budżetem".

Nie tylko dowiesz się, jak budżet zaplanować (i co to w ogóle jest), ale też dostaniesz proste, wykonalne wskazówki co zrobić, by przy dochodach które już masz było miejsce i na to, co potrzeba, co powinnaś, i na to, co Ci się marzy, co byś chciała i co sprawia, że czujesz się bogata.


Po więcej informacji zapraszamy tutaj (klik).


W kuźni przekonań – jak przekułam niechęć do sprzedaży w luz

W kuźni przekonań – jak przekułam niechęć do sprzedaży w luz

To było dawno temu. Siedzieliśmy na kawie i zastanawialiśmy się nad biznesem. On, psycholog pracujący z młodzieżą i ja, świeża ekskorporatka, szczęśliwa, że NARESZCIE mogę robić to, do czego rwie mi się dusza.

– Wiesz, czasem myślę, że ten zawód to taka prostytucja. Branie pieniędzy za coś, co każdy człowiek powinien mieć za darmo – wysłuchanie, szacunek, rozmowę.

Poczułam wtedy, że zabolał mnie brzuch. Jego słowa zapadły we mnie gdzieś głęboko, choć „na wierzchu” solidnie się oburzyłam i zaczęłam go przekonywać, że nie ma racji, że to praca, że przecież jest wolny wybór, ze nikt nie każe komuś mi płacić. Argumenty sypały się jak z rękawa, ale nie z serca, z głowy…

Minęło trochę czasu, korporacyjne zapasy kasy topniały, a ja z wielką łatwością wchodziłam we wszystkie darmowe akcje, jakie proponowały. mi udział i serce mi rosło, że tak bardzo pomagam.

I tylko jakoś zabranie się za sprzedaż nie wychodziło mi za bardzo.

To było dziwne uczucie. Ja, sprawcza, ja, która kiedyś walczyłam o sprzedaż prowadzonych przeze mnie magazynów jak lwica, nagle nie mogę sprzedawać. Co się dzieje??? Przecież znam ten proces, mam narzędzia, a kursów efektywnej sprzedaży, w których wzięłam udział, nie zliczę!!!

Pomogło mi uświadomienie sobie, że każdym razem, kiedy myślę o sprzedaży boli mnie brzuch. Już to skądś znałam…

Tym razem nie uciekłam w przekonywanie siebie, ale skupiłam się na tym bólu brzucha. Co chcesz mi powiedzieć, kochany? Po co tu jesteś? Nie pomagasz mi, wiesz? – szepnęłam.

Cisza.

Co chcesz mi powiedzieć? – nie odpuszczałam. Myśli szamotały się w mojej głowie, wewnętrzny krytyk nie próżnował, a ja, na przekór im wszystkim, dalej skupiałam się na bólu brzucha.

CO CHCESZ MI POWIEDZIEĆ?!

Pomaganie innym za pieniądze nie jest fair. To żerowanie na cudzej biedzie! Usłyszałam w końcu cichy głos. Bang.

To przekonanie było we mnie mocno ukryte, zakopane pod stertą racjonalizacji, a jednak miało moc wpływania na moje działania.

Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Lubię sprzedawać. I jednocześnie nadal lubię móc pomóc spontanicznie, bo poczułam jakiś zew ze środka.

Co pomogło mi rozcieńczyć przekonanie o żerowaniu na cudzej biedzie?

Po pierwsze – szukanie przykładów, że jest inaczej, czyli rozglądanie się za osobami, które pomagają innym i biorą za to pieniądze, a ci inni dziękują im za to wszem i wobec.

Po drugie – pozwolenie sobie posmakowania własnego doświadczenia – wszak największe zmiany w moim dorosłym życiu wniosła mi terapia oraz udział w zajęciach Studium Integralnego Szkoły Trenerów (gdzie teraz, spełniając moje marzenie, pracuję). Za obie aktywności zapłaciłam. I nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Ten trop naprowadził mnie na myślenie o korzyściach – co takiego się zmieniło w moim życiu, że byłam skłonna za to zapłacić? Znalazłam ich sporo.

No to odniosłam to do siebie – co takiego zyskują inne osoby po pracy ze mną czy z Izą w naszym projekcie? Czy to korzyści warte są zainwestowania pieniędzy?

Okazało się, że gdy korzyści przekładają się na jakość życia lub rozwiązują konkretny problem, klienci płacą, są zadowoleni, a ja wiem za co:-) Bo jeśli ktoś zaczął negocjować wyższe stawki z klientami albo zajął się swoim budżetem i odkłada miesięcznie 600 zł, a dotychczas ciągle miał minus 600, albo przestał się kłócić z mężem o kasę, to jednak jest konkret, prawda?

Po trzecie – bardzo pomogło mi odnalezienie wartości kryjącej się pod tym przekonaniem, która jest dla mnie bardzo ważna. Tą wartością jest życzliwość i hojność. Przede wszystkim uświadomiłam sobie, że jednostronna hojność i życzliwość (praca za darmo) wobec innych jest całkowitym brakiem hojności i życzliwości wobec siebie. To było duże odkrycie i podprowadziło mnie do kolejnego przekonania – tym razem o obowiązku służenia innym. (Tak to jest z tymi przekonaniami, że jedna nitka prowadzi do drugiej. Ale kiedy wyłapie się te najważniejsze, nagle wszystko staje się prostsze.). Uświadomiłam sobie także, że trochę tej życzliwości i hojności dla innych jest dla mnie ważne jak powietrze i że nie chcę z tego całkowicie rezygnować, ale potrzebuję mieć na to zasoby. A żeby mieć zasoby – potrzebuję sprzedawać i zarabiać.

 

Pozostało mi tylko umówienie się ze sobą, że będę się przyglądać tematowi hojności i życzliwości i szukać w nim równowagi – i rzeczywiście przez jakiś czas uważnie obserwowałam siebie przy rozważaniu ofert – darmowych i wchodzeniu w obszary płatne. Pomogła mi empatia, a zwłaszcza empatia dla siebie i coachingowe rozmowy z Izą. Na taki etap przejściowy wsparcie bezcenne.

Po takie wsparcie sięgam również teraz, kiedy przekonanie o żerowaniu na ludzkiej biedzie nie jest już w mojej głowie prawdą ostateczną. Ale przecież zupełnie nie zniknęło. Czasem mi się przypomina, tyle, że nie zarządza mną z automatu. Raczej jest sygnałem do przyjrzenia się, że czegoś w moim życiu potrzebuję i to coś zaczyna być „głodne”. Może potrzebuję zwrócić się do innych po informację zwrotną, co wnoszę w ich życie? A może potrzebuję poczuć połączenie z sercem i radością dawania? A może chciałabym wziąć coś dla siebie…

I zauważyłam, że już w ogóle nie boli mnie brzuch, gdy mam sprzedawać. I że nawet rwę się do tego! I nadal lubię dać coś z siebie zupełnie bez pieniędzy:-)

Jakże mało wiemy o tym, kim jesteśmy! O ileż mniej o tym, kim byśmy być mogli!

Jakże mało wiemy o tym, kim jesteśmy! O ileż mniej o tym, kim byśmy być mogli!

Mam przyjaciółkę, która właśnie poszła na kolejne w swoim życiu studia. Zafascynowana kierunkiem studiów i zajęciami, opowiedziała mi o pewnym ćwiczeniu, które właśnie robili na lektoracie angielskiego.

Ćwiczenie polegało na słuchaniu piosenki, o której prowadzący powiedział, że jest zaśpiewana trudnym do zrozumienia dialektem. Zadanie polegało na wynotowaniu, pomimo trudności,  jak największej ilości rozpoznanych słów. Wyniki były różne – od dwóch do dwudziestu.
Następnie prowadzący rozdał studentom tekst piosenki, napisany po angielsku. I poprosił o ponowne odsłuchanie. Czy tym razem było łatwiej zrozumieć tekst? W stu procentach. Większość osób, patrząc na rozpisany tekst, „wysłyszała” niemal wszystko. Tekst był może nieco dziecinny i hmm, głupawy, ale zrozumieć dało się każde słowo.

To jeszcze nie koniec tej historii.

Bo na końcu okazało się, że ta piosenka W OGÓLE nie była śpiewana po angielsku…

A jednak, ponieważ lektor powiedział, że tekst jest po angielsku, mózg wszystkich studentów nastawił się na usłyszenie angielskiego.

Zakochałam się w tej historii, gdy tylko ją usłyszałam. Bo w mojej pracy nieustannie widzę, jak działają na ludzi przekonania, ale czasem tak trudno uwierzyć im, że jakieś zdanko może mieć jakikolwiek wpływ na ich życie, relacje, czy stan portfela. A naprawdę może!!!

Dobrze pamiętam czasy, kiedy na samą myśl o rozmowie o podwyżce serce trzepotało mi jak szalone albo zamierało jak przestraszony ptak. Na wszelki wypadek wolałam o nią nie prosić, bo dobrze wiedziałam, że i tak słowa będą mi utykać w gardle i raczej nie będę przekonująca.

Podczas terapii odkryłam, że za moją niezdolnością do stanięcia za sobą były zestaw delikatnie mówiąc, niezbyt wspierających przekonań bazowych na temat mnie samej. Przekonania te powstają w nas, gdy jesteśmy bardzo małymi dziećmi i interpretujemy rzeczywistość, ustalając w niej swoje miejsce. A warto pamiętać, że – jak mówi twórczyni pozytywnej dyscypliny, Jane Nielsen, dzieci są znakomitymi obserwatorami rzeczywistości, ale są jej kiepskimi interpretatorami. Nie dość, że na własną niekorzyść mogą zinterpretować przydarzające im się trudne i bolesne zdarzenia, to również mogą tak zinterpretować wydarzenia, które wcale trudnymi miały nie być i za którymi kryła się najlepsza intencja rodziców czy opiekunów.

Przekonania bazowe mówią o tym, że jesteś zdolna do miłości, kochana, bezpieczna, wartościowa i kompletna. Są nazywane bazowymi dlatego, bo dają nam prawo do miłości, bezpieczeństwa, szacunku oraz kompletności z racji samego istnienia.

Jednak często przybierają one formę warunkową, a wtedy stają się bazowymi przekonaniami ograniczającymi, np.
• będę bezpieczna, jeśli…
• mogę kochać, gdy…
• zasługuję na szacunek, jeżeli…
• jestem wartościowa, pod warunkiem, że…
• będę kompletna, dopiero kiedy…

Kiedy kierujemy się tymi przekonaniami, naszą motywacją do działania staje się lęk lub ambicja. Robimy coś, albo czegoś nie robimy, aby nie bać się, aby zasłużyć, aby udowodnić komuś lub samemu sobie, że zasługujemy. Moje przekonanie było takie, że jestem wartościowa, jeśli to, co robię jest idealne, bez zarzutu (jeśli jesteś perfekcjonistką, wiesz, co mam na myśli). A ponieważ według mojej oceny nigdy nie było, jakże miałam prawo zasługiwać na szacunek, docenienie i podwyżkę?!

Prócz przekonań bazowych, istnieje wiele przekonań znacznie mniejszego kalibru, które jednak całkiem solidnie mogą nam w życiu (także finansowym) namieszać. Na przykład takie, że pieniądze nie są ważne. Albo takie na temat pracy z pasją. Wszak, jeśli kochasz, to, co robisz, to nie przepracujesz ani godziny, prawda? Szkoda, że w mojej głowie skleiło się to z przekonaniem, że „bez pracy nie ma kołaczy”. Uzbrojona w dwa przeciwstawne przekonania, w które równie mocno (i oczywiście nieświadomie) wierzyłam, jak gąska łykałam wszystkie darmowe propozycje. No bo serce rwało się do pracy i jednocześnie nie czuło, że należy się za nią płaca, bo przecież to przyjemność.

Czym są te przekonania, które tab bardzo potrafią nam namieszać w życiu? Są to, jak już wcześniej wspomniałam, ustalone przemyślenia na temat nas samych, innych ludzi, rzeczy, sytuacji. Są filtrami, przez które postrzegamy i porządkujemy rzeczywistość. Są drogowskazami, które ułatwiają naszemu mózgowi podejmowanie decyzji.

Dlaczego czasem prowadzą nas na manowce? Bo nie zdajemy sobie sprawy, że nami kierują, gdyż nie jesteśmy ich świadomi.

Na szczęście przekonania są zmienne – są przecież zasadami działania, które można zmienić, a nie są rzeczywistością samą w sobie – one po prostu odzwierciedlają nasze myślenie na temat rzeczywistości. I jednocześnie powodują, że reagujemy na nią w taki, a nie inny sposób, poniekąd więc również ją współtworzą.

Najłatwiej zidentyfikować niezdrowe przekonania wtedy, gdy coś idzie nie po naszej myśli, odczuwamy ból emocjonalny, czujemy się̨ sfrustrowani, zablokowani, brakuje nam motywacji albo dwie siły ciągną nas w przeciwne strony.

A my zapraszamy Cię do wyłapania Twoich przekonań podczas zabawy w FINANSOWE ŁOWY.
Będziemy łowić przekonania, które pomagają nam zarabiać z lekkością, ale i te, które sprawiają, że pieniądze to kwestie trudne i wstydliwe.
Z tym drugim się rozprawimy – z radością i miłością.

Zapisy tu.

Tytuł tego postu jest cytatem Byrona.

 

Miej wpływ!

Miej wpływ!

– Nie pójdę teraz na wybory, pójdę, jak będzie druga tura.

– No ale jak nie pójdziesz, to może tej drugiej tury nie być.

– No co ty, mój głos nie ma aż takiego znaczenia!

Podobnych rozmów przeprowadziłam ostatnio wcale nie mało. I nie mogę wyjść ze zdumienia, jak wiele (wielu) z nas nie wierzy, że jej/jego głos ma znaczenie. A przecież ma, chociaż rzeczywiście można mieć poczucie, że pojedyncza deklaracja niczego nie znaczy.

Na Facebooku przewijają mi się przed oczami akcje – a to Anja Rubik namawia, aby nie używać jednorazowych słomek, a to wpadam na zdjęcia ciężarnych świń rodzących (i żyjących) w koszmarnych warunkach, które śnią mi się potem po nocach. Albo wyświetlają mi się prośby ludzi dotkniętych przez los chorobami czy innymi nieszczęściami.

Kiedy byłam nastolatką, moi rodzice trochę się ze mnie podśmiewali, że jestem idealistką, ale pewnie życie mnie naprostuje. Nie naprostowało! Daleka jestem od umierania za jakąś ideę, czy nawet wciskania tej mojej najlepszej komuś do gardła na siłę, ale ciągle wierzę, że pomimo tego mam wpływ i że moje wybory mają znaczenie.

Od lat nie kupuję mięsa hodowanego przemysłowo. Stać cię na fanaberie, mawiają moi rodzice. Rzeczywiście, stać mnie na to, bo w innych miejscach nie wydaję – świadomie z czegoś rezygnuję, żeby było mnie stać. To mój wybór, nie uśmiech fortuny.

Unikam marek, o których wiem, że nie są fair trade. Mam świadomość, że mój wybór niewiele dla nich znaczy. Ale dla mnie ma ogromne znaczenie.

Kiedy trafiam na prośbę o wsparcie, sprawdzam czy jest wiarygodna i wpłacam kwotę równą kawie na mieście – po prostu na nią nie pójdę. Oczywiście, że nie zbawię całego świata. Oczywiście, że te 10 zł to jest kropla w morzu potrzeb, ale kto wie, może przechyli szalę czyjegoś wyjazdu na operację, która może uratować życie?

Konsekwentnie odmawiam słomek do napojów. Są małe, więc nikt się nimi nie przejmuje, a w swej nieprzeliczonej na koniec dnia ilości są śmiertelnie niebezpieczne dla waleni, żółwi i morskich ptaków, które łykają je z wodą i się nimi duszą lub powoli zatruwają.

Plastikowa słomka przemawia do mnie jako metafora takich właśnie małych, pozornie nic nie znaczących ruchów, które jednak na koniec dnia mają swoją wagę mają!

Podobny brak wiary co do własnego wpływu obserwuję często, rozmawiając z kobietami o pieniądzach. „Mam za mało, żeby myśleć o oszczędzaniu”, „Tyle mojego, co sobie czasem kupię”, „Milionerką i tak nie zostanę”, „I tak nie dostanę tej podwyżki”…

Wszystko to jest bardzo możliwe, ale prawdą jest również to, że kiedy przez dwa miesiące kombinowałyśmy w naszej grupie codziennie, jak zarobić tylko 10 zł, udało się każdej z nas spełnić całkiem spore marzenie (a to było tylko 10 zł dziennie!). Z całego serca wierzę, że nasze finanse składają się z takich małych kroków w obszarach, gdzie możemy mieć wpływ i że ich suma może nas bardzo pozytywnie zaskoczyć.

Najbardziej dziwi mnie to, że my tak bardzo tego wpływu nie chcemy. Że wolimy jak w matrixie śnić swój sen i zamykać oczy na tak wiele…

 

Nie chcę tego oceniać, ale chcę to zmieniać. I dlatego zapraszam Cię teraz do chwili refleksji. Zrób sobie małą przerwę, ciepłą herbatę albo aromatyczną kawę i zastanów się:

 

Jaki jest Twój osobisty obszar, w którym odmawiasz wpływu?

Co się za tą niechęcią do posiadania wpływu kryje?

Co zyskujesz, kiedy wierzysz, że niewiele znaczysz, a więc nie warto działać w tym obszarze? 

Co tracisz, kiedy odpuszczasz?

Czy miałabyś chęć poeksperymentować i umówić się sama ze sobą, że następnym razem w tym obszarze podejmiesz decyzję, wyobrażając sobie, że MASZ WPŁYW?

Małe rzeczy wiele znaczą

Małe rzeczy wiele znaczą

Tytuł tego posta był kiedyś hasłem reklamowym pewnej marki samochodów i tak mi się spodobał, że całkiem na poważnie brałam ten samochód pod uwagę, przymierzając się do zmiany auta:-)

A tak na poważnie…

nie od dzisiaj jestem fanką filozofii kaizen, czyli małych kroków, które, choć nie są rewolucją, dzięki systematyczności mogą przynieść rewolucyjne efekty.

W zeszłym roku zaczęłyśmy Was namawiać do takich małych kroków – w akcji „1 szuflada, 10 zł i pół godziny ruchu” (ciągle możesz dołączyć tu) oraz #jednarzeczdlaziemi.

Chciałabym się z Tobą podzielić tymi małymi krokami, które okazały się najbardziej trwałe i służą – mnie i mojemu portfelowi:-) Może spodobają się i Tobie?

Codzienne główkowanie, połączone z przeglądaniem szuflad pod hasłem „jak tu zadbać o dodatkowe 10 zł” weszło mi w nawyk.

 

Dzięki niemu:

– przestałam namiętnie kupować kolorowe magazyny, nie wydając dychy i jednocześnie dbając o środowisko. Wymieniam się na gazetki z sąsiadką albo wpadam do bliblioteki na poczytanie i wtedy to jest święto. Zdarza mi się robić jakieś notatki z interesujących mnie treści, czego wcześniej nie robiłam, bo wydawało mi się (złudnie), że dane pismo zawsze będę mieć pod ręką. Ogarniania w domu też mniej:-)
– wyprzedałam przeczytane książki, do których nie wracałam i bardzo się z tego cieszę. Zarobiłam ponad 400 zł i zyskałam sporo miejsca w domu;
– przestałam kupować kosmetyki, wprowadzając zasadę – kupuję nowy, gdy skończy się poprzedni. W skali roku zyskałam ok 500 zł. Au!
– w temacie ciuchów i butów nieodmienne trzymam się zasady – nie kupuję ubrań, jeśli nie uważam, że wyglądam w nich jak milion dolarów;-). Szafa zmniejszyła mi się dwukrotnie, rano nie mam problemu, co założyć, bo wybór mnie nie przerasta:-) i raczej wszystko ze sobą gra – to akurat dzięki skorzystaniu z coachingu ubrań, który polecam zwłaszcza, gdy chcesz mieć małą szafę, a nie masz zaufania do własnych wyborów (ja nie miałam zupełnie). Niewydane prawie trzy tysiące w skali roku (dodawałam do siebie kwoty, które bym wydała, kupując rzeczy, na które miałam chęć). Ubocznym, bardzo przyjemnym skutkiem jest łatwość pakowania się w podróże. W wielkości (małości:-) bagażu osiągnęłam mistrzostwo.
– podpatruję koleżanki, których styl mi się podoba, a rozmiarowo dam radę ogarnąć i poprosiłam, aby dawały znać, gdy będą zmieniać szafę – chętnie odkupuję niektóre ciuchy. Obie strony zadowolone, a ja nie musze tak często chodzić po sklepach, czego bardzo, ale to bardzo nie lubię;
– jeśli podoba mi się jakaś rzecz do domu, robię jej zdjęcie. Noszę ze sobą. Jeśli przez dwa dni mi nie przechodzi (zwykle przechodzi), sprawdzam, jak się ma jej zamiennik w domu. Gdy go nadal lubię, odpuszczam. Uznaję, że już czas na zmianę – zmieniam;
– kiedy już kupuję, staram się wybierać rzeczy robione lokalnie – są piękne, niesztampowe i dają mi poczucie wpływu na los lokalnych rzemieślników/sprzedawców;
– zamiast na kawę na mieście zaczęłam z niektórymi osobami umawiać się na spacery. Genialne. i mój cel – pół godziny ruchu (lub bardziej ambitny 10 000 kroków) okazał się całkiem realny. Zainspirowana działaniami pewnej Kasi z Krakowa, która powiedziała mi kiedyś, że kasę, którą wydałaby na kawę, wysyła potrzebującym, umówiłam sie ze sobą na to samo. Nie wypiję kawki – wspieram 10 zł fundacje, które co i rusz przysyłają maile z naprawdę smutnymi historiami ludzi, którzy potrzebują pomocy;
– specjalizuję się w szukaniu strategii na łączenie potrzeby piękna i troski o finanse. Chcę mieć w domu ładnie. Ale nie chcę na to wydawać kroci, przykro mi wyrzucać rzeczy, które mogą jeszcze służyć. Moge je oczywiście oddać innym, ale zanim to robię, stawiam sobie pytanie: czy ta rzecz nie mogłaby jeszcze posłużyć mnie? Ostatnio bardzo drażniły mnie drzwi w moim mieszkaniu. Stare, wyglądały jak z poprzedniej epoki. Ale, kurczę, solidne. Wymieniłam w nich szkło na nowoczesne, mleczne, takie jak w hotelach;-) Drzwi zyskały całkiem nowy sznyt, mój przedpokój również, a cena była kilkanaście razy niższa, niż gdybym wymieniła drzwi;
– znalazłam firmę regenerującą buty. To nie jest tania impreza, ale jeśli buty nie były tanie, warto. I wyglądają jak nowe;
– codziennie zadaję sobie w firmie pytanie, czy zrobiłam dzisiaj coś w kierunku zarobienia pieniędzy. Nie tylko wykonania pracy, ale zarobienia pieniędzy – a to motywuje mnie do dbania o działania marketingowe i myślenia o produktach.

Kiedy podliczyłam pieniądze, które wydałabym, gdybym nie brała udziału w naszej akcji i nie wyczuliła się na nowy sposób myślenia, wyszło mi ponad 10 000 zł (drzwi zrobiłyby swoje:-)

Gdybym dodała zakup nowego samochodu, mogłabym spokojnie pomnożyć tę kwotę kilka razy. Chciałoby się, oj chciało, bo fajne są nowe samochody i fajnie się z nich pokazać… Ale mój Ford dalej jeździ, nic a nic się nie psuje, ubezpieczenie kosztuje mnie trzy razy mniej niż przy nowym. Więc jeździmy dalej razem i składamy na mieszkanie na wynajem:-)

W akcji #jednarzeczdlaziemi sprawdziło się:

– zbieranie pustych opakowań po jedzeniu i kosmetykach. Zbieram je dla koleżanki, która uczy robić własne kremy. Albo oddaję do przedszkola, gdzie zostają zamieniane na rakiety, samochody, ludziki i inne twórcze historie:-)
– chodzę z kubkiem termicznym i własną butelką z filtrem na wodę. Szczególnie ta woda to był strzał w dziesiątkę. Podczas wakacji nie wydałam dzięki niej ok. 150 EURP, a to już całkiem sporo! Nie przyczyniam się też do powstawania gór plastiku, a na jakości wody nie straciłam;
– torby materiałowe (shopperki albo siatki, jak kto woli;-) to żadne halo, podobnie jak noszenie własnej słomki i łyżeczki do lodów. Ale mam frajdę i moja młodsza córcia też;
– gdzie mogę, przyczyniam się do sadzenia drzewa. To fajne:-)
– ciągle układam się z kupowaniem jedzenia w takich ilościach, aby nie wyrzucać. To jeszcze wyzwanie. Na razie widzę, że pomaga planowanie, ale nie mam jeszcze algorytmu we krwi:-)
– negocjuję z młodszą córką decyzje zakupowe. Zamiast małych, plastikowych, kuszących „cośków”, zapisujemy kwotę w notesie i zbieramy na jedną dużą, fajną rzecz. Dobra szkoła dla nas obu;
– kiedy mogę, zamiast jechać samochodem, jadę pociągiem, komunikacją miejską i chodzę. Służy.
Nasze akcje nadal trwają i mam nadzieję, że trwać będą. Mam nadzieję, że za pół roku pojawią się kolejne sprawdzone pomysły. A może podrzucisz jakiś swój??? Będę wdzięczna!

 

AUTOPROMOCJA

Jeśli relacje między Tobą a twoim budżetem jeszcze są oziębłe, a chciałabyś wprowadzić w nie trochę przyjaźni, zapraszamy Cię do pierwszego kroku z naszym zeszytem ćwiczeń „Jak dogadać się z budżetem”

Nie tylko dowiesz się z niego, jak budżet zaplanować (i co to w ogóle jest), ale też dostaniesz proste do wprowadzenia wskazówki co zrobić, by przy dochodach które już masz było miejsce i na to, co potrzeba, co powinnaś, i na to, co Ci się marzy, co byś chciała i co sprawia, że czujesz się bogata.

Po więcej informacji zapraszamy tutaj.