Kiedyś bardzo nie lubiłam kupować tanio. Słowo TANIO wzbudzało we mnie dreszcz i odrzucało od półki na drugą stronę sklepu. Także wtedy, gdy TANIO było najrozsądniejszym wyjściem, żeby zamknąć budżet. Wprost przeciwnie ma mój tata, któremu na hasło TANIO rozbłyska oko, niczym myśliwemu na polowaniu.

Do dzisiaj pamiętam moje rozczarowanie, kiedy tato przywiózł mi z Niemiec flet poprzeczny (pojechał tam, jak to się mawiało, dorobić). Od kilku lat ćwiczyłam na pożyczonym i wreszcie miałam dostać swój. Wymarzoną Yamahę! Lekką, zgrabną, ze specjalnie skonstruowaną główką, dzięki której wygodniej się grało. Tato przywiózł flet. O połowę tańszy, co go wprost uszczęśliwiło. Ale i o połowę cięższy, co po dwóch godzinach ćwiczeń czułam w rękach. Miałam jedenaście lat. Od wtedy TANIO zaczęło znaczyć dla mnie KIEPSKO. A świat dodatkowo wspierał moje przekonanie: „tanie mięso dla lisa”, „lepiej drogo i dobrze niż tanio i kiepsko”, „jeśli klient chce coś kupić tanio i najwyższej jakości, pytam, po co panu dwa urządzenia”, „co tanio wychodzi, drogo wraca”.

Takie przekonanie ma sporo plusów i stoi na straży wielu potrzeb. Takie przekonanie także sporo kosztuje, zwłaszcza, kiedy uświadomimy sobie, że nie zawsze to, co kupujemy, jest tym, co nam służy, albo zaczynamy dumać nad związkiem między wartością tej rzeczy a ceną, którą zapłaciliśmy lub odkrywamy, że tę samą rzecz możemy znaleźć w innym miejscu o połowę taniej. Sporo nabiedziłyśmy się nad tym przekonaniem, ustalając cenę naszego kursu, a nasz dylemat dźwięczał także w pytaniach potencjalnych Uczestników. Niektórzy pytali, czy skoro jest tak tanio, to czy treść będzie warta, by się w ogóle nad nią pochylić.

W trakcie kursu Jestem Bogata w jednym z ćwiczeń przyglądamy się temu, co tak naprawdę kupujemy. Jakie potrzeby zaspokajamy przy pomocy zakupów. Twórca metody Zen-coaching, Kare Landfald twierdzi, że poprzez wszystkie nasze działania w świecie zewnętrznym szukamy czegoś, co jest dla nas ważne, tylko straciliśmy z tym kontakt. Dopóki tego kontaktu nie odzyskamy, żadna zewnętrzna rzecz nie zatrzyma naszej uwagi na dłużej. Czy będzie tania, czy droga.

Kiedy odkryłam, za czym tęskni moje serce, zyskałam więcej luzu. Już mogę kupować tanio i nie czuję się w związku z tym biedna, gorsza. Wiem, co kupuję i po co.

I wiem, że nawet, gdybym wygrała milion nie zrezygnowałabym z:

  1. żelu pod oczy ze świetlikiem, kupowanego w aptece za mniej niż 5 zł.
  2. musujących kul do kąpieli, które nauczyłam się robić podczas magicznych warsztatów Hani Sobkowskiej z Synchronii. Kula kosztuje mniej niż złotówkę za sztukę i jest w 100% naturalna.
  3. dwufazowego płynu do zmywania twarzy z olejami, kwasem hialuronowym i płynnym jedwabiem. Buteleczka z tym pachnącym cudem, wielkości tej, którą zwykle kupowałam w sklepie, wychodzi mi przy produkcji;-) na mniej niż 10 zł. Haniu, dziękuję!
  4. okularów przeciwsłonecznych z kosmetycznej sieciówki. Dbam, aby miały filtr i były bezpieczne. I jednocześnie nie chcę kupować okularów, które kosztują tyle, ile średnia krajowa. Toczę o to dyskusje z moją przyjaciółką, stylistką. Szanuję jakość, doceniam wyjątkowość, czyjś pomysł i twórczość. Piękno jest dla mnie wartością. Póki co, decyduję jednak realizować tę potrzebę w inny sposób.
  5. torebek no logo. Z tych samych powodów jak w punkcie 4.

A Ty? Z jakich pięciu niedrogich rzeczy nie zrezygnujesz, nawet gdy wygrasz milion? Napisz nam poniżej w komentarzu.

P.S. Wiem, że TANIO może znaczyć dla różnych osób coś zupełnie innego. Pisałam o moim TANIO. I jeszcze podpowiedź dla tych, którzy mają stres ze słowem TANIO – bardzo pomogło mi używanie jako zamiennika słowa BUDGET. Czułam się bogato, jak na zagranicznej wycieczce, choć kupowałam tanio:-)