Cześć! Ten weekend spędziłam świętując pełnoletność mojego małżeństwa. Ale nie o związkach damsko-męskich dzisiaj będzie, chociaż uważam, że warto o nie dbać tak samo, jak o swoje relacje z pieniędzmi;-)

Dzisiejszy post będzie o zasłyszanej przeze mnie rozmowie. Uciekliśmy z mężem za miasto. Sami, bez dzieci. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mieliśmy taką okazję. Było bardzo miło. Bliskość, cisza, spokój, śniadanie, które ktoś podaje nam, a nie my robimy dla kogoś. Przy stoliku obok, a w zasadzie nawet trochę dalej niż obok, grupa osób na wyjeździe integracyjnym z pracy. Nie lubię podsłuchiwać, ale, no cóż, od dzieciństwa mam bardzo dobry słuch, piłowany w dodatku latami w szkole muzycznej. I chociaż bardzo staram się nie słyszeć, to jednak zwykle słyszę, choćby strzępki rozmów. Rozmowa dotyczyła pań, które dzień wcześniej prowadziły szkolenie. W ucho wpadł mi taki fragment: kiedy panie pracowały w dużej firmie szkoleniowej, to „razem ze wszystkimi jadły kolację, spały w jedynkach, a teraz na swoim to bidują, wspólna trójka, a na kolacji nie były, bo niby mają jeszcze coś do przygotowania”.

Zrobiło mi się gorąco ze złości. Sama dosyć często prowadzę szkolenia i przypomniało mi się wiele momentów, w których sama doświadczyłam, że jeśli chce się komuś coś zaoferować na własny rachunek, często nie jest lekko. Przede wszystkim musisz długo udowadniać, że nie masz gorszych kompetencji niż ktoś zatrudniony. No bo przecież, gdybyś była taka świetna, to pracowałabyś w jakiejś dobrej firmie, prawda? I zupełnie nie chodzi mi tutaj o sprawdzanie jakości pracy trenera, to oczywiste, że klient musi nabrać zaufania. Denerwuje mnie takie wstępne przekonanie, że jak nie z dużej firmy, to jakiś podejrzany. (Podobne zdanie usłyszałam zresztą ostatnio od znajomego na temat jego potencjalnej dziewczyny: „to lepiej, że rozwódka niż panna, bo ktoś już ją przynajmniej chciał”. Taa…)

Poczułam również bunt na „bidowanie” we własnej firmie. Nie wiem, jakie motywy kierowały paniami, które nocowały w jednym pokoju. Może optymalizowały koszty (i super!), a może nie. Dla mnie możliwość wspólnego mieszkania z koleżankami, z którymi prowadzę warsztat to po prostu wielka przyjemność. Pamiętam jedną z ostatnich konferencji, podczas której nocowałam z kilkoma trenerkami w wynajętym mieszkaniu. Pewnie, że było taniej, niż gdybyśmy mieszkały każda osobno w hotelu. Ale też przyjemność ze wspólnej jogi, kolacji, porannego malowania się w roześmianym, kobiecym gronie była olbrzymia. Nie oddałabym tego wieczoru za żaden apartament, nawet z jacuzzi:-)

Nie lubię popularnej interpretacji przekonania, że „duży może więcej”. Zwykle rozumiemy je tak, że jakaś wielka firma, instytucja, korporacja może więcej, niż my możemy. Duży może zapłacić za jedynki w luksusowym hotelu. Kupić reklamę w TV, zatrudnić sztab ludzi i mieć specjalny zespół do pisania wniosków unijnych. Może. A Ty? Co możesz?

Najstarszy w Polsce (i największy, bo udział w nim wzięło już ponad 80 tysięcy kobiet) Festiwal Rozwojowy dla Kobiet PROGRESSteron powstał w mieszkaniu jednej z trzech pomysłodawczyń. Latające kręgi puściła w ruch jedna Agata Dutkowska. Michał Szafrański stworzył po godzinach blogowy biznes – imperium. Jedna Olga Kozierowska rozwinęła medialnie koncept Sukces pisany szminką . Krystyna Janda stworzyła swój teatr… Przykłady sypią mi się jak z rękawa, a to, co je łączy, to wizja ich Twórców i Ich wiara w coś DUŻEGO.

I to jest właśnie cel tego wpisu. Marzy mi się świat, w którym my, mali przedsiębiorcy, wierzymy w naszą wielkość i umiemy ją pokazać światu. Marzy mi się świat, w którym zamiast „Jesteś na swoim? Zwolnili cię?” słyszymy: „Wow! Jesteś na swoim! To musisz być świetna!”.

Chciałabym pamiętać o tym na co dzień. Od dzisiaj chciałabym pielęgnować szacunek do tego, co robię, do odwagi, którą podejmuję każdego dnia, bo w moim biznesie to ja jestem odpowiedzialna za to, jak będzie wyglądał mój dzień, moje jutro, moja przyszłość. I mówić o tym głośno.