Uwielbiam,  kiedy rzeczy się dzieją i moje ustawienia fabryczne nastawione są raczej na program – ja nie zrobię?! Przewrócę się, a zrobię! Dobrze więc wiem, co znaczy przekraczanie siebie i to wcale nie w pozytywnym kontekście przekraczania swoich ograniczeń i słabości, ale gospodarki rabunkowej na swoich możliwościach i energii. Jestem fanką skuteczności – skończyłam chyba wszystkie kursy Pani Swojego Czasu i bardzo się cieszę ze zdobytych narzędzi. Korzystam z bacika, jakim są cotygodniowe mastermindowe spotkania z moją grupą i Santi (poza bacikiem mastermind z Santi gwarantuje także inne SUPER MOCE i SUPER KORZYŚCI, ale o tym kiedy indziej). Kiedy uważam, że mogę się jeszcze czegoś nauczyć i coś zrobić lepiej, zakasuję rękawy, uczę się i robię – jak w Latającej Szkole czy obecnie w programie Prosperuj jako Coach. Kiedy coś jest do zrobienia, to robię.

A jednak dlatego – a może WŁAŚNIE DLATEGO, że dobrze znam cenę robienia za wszelką cenę, nadstawiam ucha, kiedy ktoś mówi, że nie może się za coś zabrać. Czegoś zrobić. W końcu się zmobilizować. Skończyć to wreszcie. Wziąć się w garść. Coś z tym zrobić…..
Robienie na musie nie jest seksi. Co innego mały musik, szczypta motywacji, lekkie klepnięcie piętami, żeby kłus przeszedł płynnie w galop. Niby trochę się boję, ale wiem, że dam radę i w zasadzie czuję, że jestem w tej sprawie po swojej stronie. Że ciało i duch są w zgodzie i sama sobie nie będę podkładać nóg. Może trochę mi się nie chce, może trochę odsuwam te mniej fajne zadania na później, ale generalnie idę do przodu. To miejsce, w którym narzędzia do zmiany, przyspieszenia, tunningu działają najlepiej. Wdrażasz je i robota aż furczy. Robisz plan, dzielisz zadania na mniejsze części, zaczynasz od „łykania żaby” (określenie Oli Budzyńskiej – moje najukochańsze odkrycie w jej kursie)  – i się kręci. Ale gdy łapie duży mus, sprawa wygląda zupełnie inaczej.
Bardzo często rozmawiam z kobietami, które muszą załatwić coś naprawdę dla nich ważnego. Wznieść biznes na wyższy poziom. Wykorzystać maksymalnie minimalną ilość czasu, który mają, bo właśnie ich dziecko zaczęło szkołę (i jeszcze nie chodzi na świetlicę, a lekcje w szkole kończą się dużo wcześniej niż dzień w przedszkolu). Napisać kolejny rozdział książki, bo termin oddania zbliża się wielkimi krokami. Nagrać filmiki do kursu, bo promocja już za dwa tygodnie. Te sprawy są naprawdę ważne, często są to prawdziwe kroki milowe w ich działalności czy życiu. A jednak jakaś tajemnicza siła zdaje się trzymać rękę na ręcznym. I wrzucać wsteczny bieg. Każe przeładować zmywarkę, bo przecież naczynia nie będą stać w zlewie. Zrobić porządek w piwnicy. Wynajduje jakieś drobne upierdliwości, które mają to do siebie, że trzeba się nimi zająć natychmiast i nagle okazuje się, że już czas jechać po dziecko. Po jakimś czasie pojawia się uczucie niemocy, dezintegracji, jakby się stało w pokoju pełnym porozrzucanych klocków bez instrukcji obsługi i już naprawdę nie wiadomo było, co z tych klocków miało powstać. Kobiety, z którymi rozmawiam, mówią o poczuciu bezradności, o lęku, smutku, niezadowoleniu z siebie, o braku siły, o byciu jak we mgle, o niemocy i wewnętrznym braku wiary, że to się może udać jakoś poukładać. O napięciu pomiędzy myślą „muszę to zrobić”, a niemożnością działania.
I to jest ten moment, w którym nie zawsze pomysły, strategie, podpowiedzi czy sprawdzone rozwiązania mają szansę zadziałać. Bo skoro sprawa jest ważna, ale realizacja nie wychodzi, pod spodem kryje się jakiś wewnętrzny konflikt. Na zewnątrz słychać jeden głos – zrób! Powinnaś! To dobre i służy! Warto! Kiedy staje się bezradny, zaczyna dokładać: tobie – jesteś do niczego, nie można na ciebie liczyć, albo światu – w tym kraju się nie uda. Nie mam żadnej pomocy ze strony mojego męża, wszystko jest na mojej głowie, nie dziw, że nie daję rady. To, co mówi ten głos jest najczęściej wypadkową komunikatów, jakich używało Twoje otoczenie, aby Cię zmotywować. Niektórzy z nas byli motywowani przez strach, inni prze krytykę, innym, aby uśmierzyć ból niepowodzenia, od razu mówiono, że się nie uda. Już z samym tym głosem bywa nielekko. Tymczasem gdzieś tam w środku jest jeszcze druga strona konfliktu – drugi głos, który mniej mówi, za to więcej robi, albo raczej NIE ROBI.
Moje doświadczenie jest takie, że gdy ten drugi głos zostaje zaproszony do rozmowy i usłyszany, motywacja do działania wraca niemal z automatu. Nabieramy ochoty na wypróbowanie rad, narzędzi i sprawdzonych strategii. A gdy dodatkowo zaczynamy zajmować się wartością lub potrzebą, która kryła się pod niewyrażonym, odciągającym nas od działania głosem, włącza się dodatkowy akcelerator.
Jak odkryć, o co chodzi drugiemu głosowi? Pewnie Cię nie zdziwi, że z całego serca wierzę w rozmowę z uważnym obserwatorem – coachem czy mentorem, który pomoże go usłyszeć i odkryć nieuświadomione wartości czy potrzeby korzystając z profesjonalnych narzędzi. Sama, choć je posiadam, korzystam z dystansu, jaki niesie spojrzenie z zewnątrz i widzę tego ogromną wartość.
Pierwsze spotkanie z Twoimi dwoma głosami możesz rozpocząć również sama – i tutaj podzielę się z Tobą moją ulubioną praktyką:
Kiedy widzę, że nie robię czegoś, co bardzo chcę zrobić, zadaję sobie pytanie, co bym teraz zrobiła, gdyby wszystko było możliwe, konto pełne na wieki, a dzieci zaopiekowane przez mojego sobowtóra;-)
Myśl, która wtedy się pojawia, bardzo często pokazuje mi potrzebę, która dusi się gdzieś w środku mnie i próbuje do mnie przemówić w jedyny sposób, w jaki może.
Zdarzało mi się nie robić tego, co chciałam zrobić, bo:
– potrzebowałam odpoczynku. Ale nie pozwalałam sobie na pełen reset, bo przecież wisiało nade mną TO do zrobienia. Jak w dowcipie o drwalu, ogromnie się męczącym się przy ścinaniu drzewa tępą piłą. Dziś już wiem, że jeśli nie naostrzę, to mogę tak ścinać do końca świata…
– potrzebowałam wolności. To jedna z najważniejszych wartości w moim życiu. Dla niej zrezygnowałam z wielkiej kasy i korporacyjnych przywilejów;-) Mały tunning w temacie wolności i zadbanie o nią, choć w życiu freelancerki (hehe) wcale nie jest to łatwe, zdziałał cuda;
– sensu. Czasem tak bardzo zapędzam się w działaniu, że zapominam o prostym pytaniu – po co;
– wiary, że się uda. Nie mam w ustawieniach fabrycznych pełnej wiary w swoje możliwości, a mój wewnętrzny głos raczej dobitnie powie, co schrzaniłam albo kto w czym jest lepszy ode mnie. Jeśli o tym zapominam i nie karmię mojego zaufania do samej siebie, potrafi mnie nieźle przyblokować. I wynaleźć setki czynności zastępczych:-)
A jak to jest u Ciebie?