Małe rzeczy wiele znaczą

Małe rzeczy wiele znaczą

Tytuł tego posta był kiedyś hasłem reklamowym pewnej marki samochodów i tak mi się spodobał, że całkiem na poważnie brałam ten samochód pod uwagę, przymierzając się do zmiany auta:-)

A tak na poważnie…

nie od dzisiaj jestem fanką filozofii kaizen, czyli małych kroków, które, choć nie są rewolucją, dzięki systematyczności mogą przynieść rewolucyjne efekty.

W zeszłym roku zaczęłyśmy Was namawiać do takich małych kroków – w akcji „1 szuflada, 10 zł i pół godziny ruchu” (ciągle możesz dołączyć tu) oraz #jednarzeczdlaziemi.

Chciałabym się z Tobą podzielić tymi małymi krokami, które okazały się najbardziej trwałe i służą – mnie i mojemu portfelowi:-) Może spodobają się i Tobie?

Codzienne główkowanie, połączone z przeglądaniem szuflad pod hasłem „jak tu zadbać o dodatkowe 10 zł” weszło mi w nawyk.

 

Dzięki niemu:

– przestałam namiętnie kupować kolorowe magazyny, nie wydając dychy i jednocześnie dbając o środowisko. Wymieniam się na gazetki z sąsiadką albo wpadam do bliblioteki na poczytanie i wtedy to jest święto. Zdarza mi się robić jakieś notatki z interesujących mnie treści, czego wcześniej nie robiłam, bo wydawało mi się (złudnie), że dane pismo zawsze będę mieć pod ręką. Ogarniania w domu też mniej:-)
– wyprzedałam przeczytane książki, do których nie wracałam i bardzo się z tego cieszę. Zarobiłam ponad 400 zł i zyskałam sporo miejsca w domu;
– przestałam kupować kosmetyki, wprowadzając zasadę – kupuję nowy, gdy skończy się poprzedni. W skali roku zyskałam ok 500 zł. Au!
– w temacie ciuchów i butów nieodmienne trzymam się zasady – nie kupuję ubrań, jeśli nie uważam, że wyglądam w nich jak milion dolarów;-). Szafa zmniejszyła mi się dwukrotnie, rano nie mam problemu, co założyć, bo wybór mnie nie przerasta:-) i raczej wszystko ze sobą gra – to akurat dzięki skorzystaniu z coachingu ubrań, który polecam zwłaszcza, gdy chcesz mieć małą szafę, a nie masz zaufania do własnych wyborów (ja nie miałam zupełnie). Niewydane prawie trzy tysiące w skali roku (dodawałam do siebie kwoty, które bym wydała, kupując rzeczy, na które miałam chęć). Ubocznym, bardzo przyjemnym skutkiem jest łatwość pakowania się w podróże. W wielkości (małości:-) bagażu osiągnęłam mistrzostwo.
– podpatruję koleżanki, których styl mi się podoba, a rozmiarowo dam radę ogarnąć i poprosiłam, aby dawały znać, gdy będą zmieniać szafę – chętnie odkupuję niektóre ciuchy. Obie strony zadowolone, a ja nie musze tak często chodzić po sklepach, czego bardzo, ale to bardzo nie lubię;
– jeśli podoba mi się jakaś rzecz do domu, robię jej zdjęcie. Noszę ze sobą. Jeśli przez dwa dni mi nie przechodzi (zwykle przechodzi), sprawdzam, jak się ma jej zamiennik w domu. Gdy go nadal lubię, odpuszczam. Uznaję, że już czas na zmianę – zmieniam;
– kiedy już kupuję, staram się wybierać rzeczy robione lokalnie – są piękne, niesztampowe i dają mi poczucie wpływu na los lokalnych rzemieślników/sprzedawców;
– zamiast na kawę na mieście zaczęłam z niektórymi osobami umawiać się na spacery. Genialne. i mój cel – pół godziny ruchu (lub bardziej ambitny 10 000 kroków) okazał się całkiem realny. Zainspirowana działaniami pewnej Kasi z Krakowa, która powiedziała mi kiedyś, że kasę, którą wydałaby na kawę, wysyła potrzebującym, umówiłam sie ze sobą na to samo. Nie wypiję kawki – wspieram 10 zł fundacje, które co i rusz przysyłają maile z naprawdę smutnymi historiami ludzi, którzy potrzebują pomocy;
– specjalizuję się w szukaniu strategii na łączenie potrzeby piękna i troski o finanse. Chcę mieć w domu ładnie. Ale nie chcę na to wydawać kroci, przykro mi wyrzucać rzeczy, które mogą jeszcze służyć. Moge je oczywiście oddać innym, ale zanim to robię, stawiam sobie pytanie: czy ta rzecz nie mogłaby jeszcze posłużyć mnie? Ostatnio bardzo drażniły mnie drzwi w moim mieszkaniu. Stare, wyglądały jak z poprzedniej epoki. Ale, kurczę, solidne. Wymieniłam w nich szkło na nowoczesne, mleczne, takie jak w hotelach;-) Drzwi zyskały całkiem nowy sznyt, mój przedpokój również, a cena była kilkanaście razy niższa, niż gdybym wymieniła drzwi;
– znalazłam firmę regenerującą buty. To nie jest tania impreza, ale jeśli buty nie były tanie, warto. I wyglądają jak nowe;
– codziennie zadaję sobie w firmie pytanie, czy zrobiłam dzisiaj coś w kierunku zarobienia pieniędzy. Nie tylko wykonania pracy, ale zarobienia pieniędzy – a to motywuje mnie do dbania o działania marketingowe i myślenia o produktach.

Kiedy podliczyłam pieniądze, które wydałabym, gdybym nie brała udziału w naszej akcji i nie wyczuliła się na nowy sposób myślenia, wyszło mi ponad 10 000 zł (drzwi zrobiłyby swoje:-)

Gdybym dodała zakup nowego samochodu, mogłabym spokojnie pomnożyć tę kwotę kilka razy. Chciałoby się, oj chciało, bo fajne są nowe samochody i fajnie się z nich pokazać… Ale mój Ford dalej jeździ, nic a nic się nie psuje, ubezpieczenie kosztuje mnie trzy razy mniej niż przy nowym. Więc jeździmy dalej razem i składamy na mieszkanie na wynajem:-)

W akcji #jednarzeczdlaziemi sprawdziło się:

– zbieranie pustych opakowań po jedzeniu i kosmetykach. Zbieram je dla koleżanki, która uczy robić własne kremy. Albo oddaję do przedszkola, gdzie zostają zamieniane na rakiety, samochody, ludziki i inne twórcze historie:-)
– chodzę z kubkiem termicznym i własną butelką z filtrem na wodę. Szczególnie ta woda to był strzał w dziesiątkę. Podczas wakacji nie wydałam dzięki niej ok. 150 EURP, a to już całkiem sporo! Nie przyczyniam się też do powstawania gór plastiku, a na jakości wody nie straciłam;
– torby materiałowe (shopperki albo siatki, jak kto woli;-) to żadne halo, podobnie jak noszenie własnej słomki i łyżeczki do lodów. Ale mam frajdę i moja młodsza córcia też;
– gdzie mogę, przyczyniam się do sadzenia drzewa. To fajne:-)
– ciągle układam się z kupowaniem jedzenia w takich ilościach, aby nie wyrzucać. To jeszcze wyzwanie. Na razie widzę, że pomaga planowanie, ale nie mam jeszcze algorytmu we krwi:-)
– negocjuję z młodszą córką decyzje zakupowe. Zamiast małych, plastikowych, kuszących „cośków”, zapisujemy kwotę w notesie i zbieramy na jedną dużą, fajną rzecz. Dobra szkoła dla nas obu;
– kiedy mogę, zamiast jechać samochodem, jadę pociągiem, komunikacją miejską i chodzę. Służy.
Nasze akcje nadal trwają i mam nadzieję, że trwać będą. Mam nadzieję, że za pół roku pojawią się kolejne sprawdzone pomysły. A może podrzucisz jakiś swój??? Będę wdzięczna!

 

AUTOPROMOCJA

Jeśli relacje między Tobą a twoim budżetem jeszcze są oziębłe, a chciałabyś wprowadzić w nie trochę przyjaźni, zapraszamy Cię do pierwszego kroku z naszym zeszytem ćwiczeń „Jak dogadać się z budżetem”

Nie tylko dowiesz się z niego, jak budżet zaplanować (i co to w ogóle jest), ale też dostaniesz proste do wprowadzenia wskazówki co zrobić, by przy dochodach które już masz było miejsce i na to, co potrzeba, co powinnaś, i na to, co Ci się marzy, co byś chciała i co sprawia, że czujesz się bogata.

Po więcej informacji zapraszamy tutaj.

468 ad