Spotkałam się ostatnio z Agatą. Siedząc przy imbirowej herbacie, nagrywałyśmy podcast do jej audycji. Rozmawiałyśmy o mojej pierwszej książce (biznesowymi doświadczeniami, które zdobyłam przy okazji pisania, podzielę się tutaj już niedługo:-). A potem jakoś tak nam zeszło na kasę.

– Szukasz najemcy do mieszkania? Nie wiedziałam, że masz na wynajem – zdziwiła się w pewnym momencie Agata. Dlaczego? – tutaj ja się lekko zdziwiłam. – Jakoś tam myślałam, że nie macie z Izą kasy, tak ciągle mówicie o tych blokadach i rozkminach.
I chociaż płynnie zmieniłyśmy temat, słowa Agaty jakoś zapadły we mnie na dłużej. Może rzeczywiście za dużo u nas na blogu rozkminów, a za mało dzielimy się działaniem? Mocno motywujemy do myślenia o pieniądzach, ale może warto pocisnąć jeszcze codzienne zajmowanie się pieniędzmi?

Bo zajmowanie się pieniędzmi służy. I to nie tylko im! Moim zdaniem służy – i to bardzo -nam, kobietom.

Szukałam różnych strategii, jestem otwarta na wiele opcji, ale póki co, muszę to uczciwie przyznać, zajmowanie się pieniędzmi najbardziej służy mojemu poczuciu wpływu i sprawczości, a co za tym idzie – poczuciu wartości. Nie chodzi mi o poczucie wartości wynikające ze stanu posiadania. Nie uważam, że ten, kto ma więcej, jest więcej wart niż ten, kto ma mniej. Ilość nie jest dla mnie wyznacznikiem. Pytanie, które sobie stawiam, brzmi: ile potrzebuję, żeby spełnić moje potrzeby, te, które są naprawdę dla mnie ważne? I co robię w tym kierunku, z poszanowaniem siebie, swoich możliwości i sytuacji? Brzmi abstrakcyjnie?Mam przykład: od 15 lat jeżdżę tym samym samochodem. Większość moich znajomych zdążyła już auta zmienić co najmniej raz. Ale mój samochód jeździ bez zarzutu, serwisujący pan z zadumą na każdym przeglądzie kiwa głową: „takich już nie robią”. Roczne ubezpieczenie kosztuje mnie 4 razy mniej niż to, które zapłacę, gdy kupię nowy wóz. Rezygnując z przyjemności posiadania nowego samochodu (smutno mi trochę, ale mogę z tym żyć), umożliwiłam sobie zakup inwestycji – kawalerki na wynajem w Łodzi. Ta kawalerka daje mi poczucie bezpieczeństwa, że gdy przyjdzie mi kiedyś żyć z emerytury, będę miała jeszcze dodatkową opcję. Pewnie, że rynek najmu może się zmienić; pewnie, że może się nie udać, w końcu przede mną (oby!)  jeszcze co najmniej dwadzieścia lat pracy. Ale mam poczucie, że ważąc moje potrzeby, wybrałam tę, która póki co jest dla mnie ważniejsza i że – dzięki mojemu wyborowi – dałam radę zrobić krok ku jej spełnieniu.

Takich wyborów dokonujemy codziennie – czasem są większe, czasem dotyczą większych spraw. Ale pozwalają mi przebywać w obszarze wpływu.

Moja zasada nr 1  w zajmowaniu się pieniędzmi – wydawaj na to, czego NAPRAWDĘ potrzebujesz. Na to, co jest połączone z Twoimi wartościami. W perspektywie długofalowej wydasz mniej, a zakupy, które robisz, przez długi czas będą Cię cieszyć i dawać Ci poczucie, ze jesteś dla siebie ważna.

Nie będę ściemniać. W tej chwili mój mąż zarabia więcej niż ja, w dodatku ja pracuję na część etatu (w zasadzie nie etatu, ale umówiłam się ze sobą, że „na swoim” efektywnie zasuwam przez sześć godzin. W końcu po to zrezygnowałam z korporacji! Czasem te sześć godzin zamienia się w dwunastogodzinny dzień pracy, po którym jednak jak najszybciej staram się mieć dzień całkowicie wolny.) Ale nawet teraz, kiedy to nie z mojej strony płynie finansowy strumień, nie odpuszczam zajmowania się kasą. Nie myślę tutaj o obsesyjnym oszczędzaniu, odmawianiu sobie wszystkiego, żelaznej dyscyplinie ani napiętej kontroli. Myślę raczej o takim byciu na bieżąco, w kontakcie – z tym, co rzeczywiście się dzieje w kwestii dotyczących nas finansów. Zaskakuje mnie, jak wiele kobiet, których mężowie zarabiają lepiej, oddaje im całkowicie finansowe stery. Wydają, bo jest i póki jest. OK, ale co, jeśli u męża sytuacja się zmieniła? Znam takie historie, gdy mąż wstydził się przyznać, że firma nie zarabia tak, jak kiedyś, a nieświadoma tego faktu żona wydawała pieniądze pochodzące z kredytu. Po kilku latach, kiedy sprawa się wysypała całkowicie, była naprawdę wściekła. Bo gdyby wiedziała, przeniosłaby dzieci z płatnej szkoły do zwykłej, sama rozważyłaby powrót do pracy… Teraz mąż ma depresję, a ona zasuwa, spłacając kredyty. Daje radę, ale powtarza, że te kilka lat nieświadomości nie były tego warte.

Moja zasada nr 2 – wiem, ile wynoszą roczne koszty stałe (opłaty, podatki, koszty wynikające z podpisanych umów), wiem, ile wynoszą nasze ruchome koszty miesięczne. Rozmawiam z mężem o jego i moich przychodach, jestem upoważniona do jego kont (podobnie jak on do moich). Nadzoruję umowy ubezpieczeniowe. Monitoruję wydatki – trzymam rękę na pulsie, aby zareagować, kiedy dzieje się coś nowego.

Jest mi ogromnie przykro, kiedy słucham opowieści o tym, jak partner odszedł, choć przez dwadzieścia lat ona go wspierała i teraz nie zostało jej nic. Bo i firma była na niego, i dom, a samochód w leasingu na jego firmę. To temat na osobny post, ale wiąże się z nim moja zasada nr 3.

Nie odpuszczam, jestem tak samo ważna, jak druga strona w relacji. Sprawy własności są prawnie uregulowane. Zadbaliśmy o testamenty.

Jest jeszcze codzienne zajmowanie się pieniędzmi – budowanie nawyków, nabieranie wiedzy i pewności siebie w tym temacie – ale o nim następnym razem:-)