Przez dwa tygodnie miałam żonę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, moje ranki stały się całkiem przyjemne. Bez problemu udawało mi się wygospodarować piętnaście minut na poranne rozciąganie. Ba, mogłam nawet odpowiedzieć na poranne pilne mejle. Zerknąć na konto. Wystawić bez pośpiechu faktury.

Kiedy szykowałam się do wyjścia, spokojnie malując usta, słuchałam śmiechu mojej córeczki, bawiącej się w znajdź-mój-bucik-żeby-go-ubrać. W torbie z materiałami na warsztaty znajdowałam kanapki z żytniego chleba z avokado (dokładnie takie uwielbiam) i termos z imbirową herbatą z miodem, żeby rozgrzewać gardło. Wracałam do domu, w którym nawet pół naczynia nie wystawało ze zlewu, a na piecu czekał świeży, zdrowy obiad. W lodówce przestałam się natykać na resztki starego jedzenia, a na stole stały kwiaty. Telefon z przedszkola, że dziecko kaszle nie rujnował mi dnia. Kiedy potrzebowałam wysłać mejla po tak zwanych godzinach, nie musiałam ratować się bają w telewizorze, bo mała grała w bierki. A moje dziecko widząc mnie wracającą z pracy, po prostu się do mnie przytulało i opowiadało, jak minął dzień. Zero kaprysów. Zero marudzenia…

No cóż, wcześniej moje życie wyglądało tak:

 A teraz zaczęło wyglądać tak:
(źródło: cudowny profil FB Kasia Niewiadomska).
Te dwa tygodnie, pomimo to, że pracowałam bardzo dużo, naprawdę były przyjemne i minęły mi stosunkowo bez napięcia. Mogłam wziąć więcej zleceń i moje konto na koniec miesiąca także miało się dobrze.
Jak to możliwe?! – zapytałam w końcu mojego osobistego męża – Jak to możliwe, że mężowie nie wracają co wieczór z kwiatami (albo przynajmniej słowami wdzięczności) dla swoich żon?! Jak to możliwe, że wykłócają się w sądach, że niewiele się tym żonom należy, bo przecież „siedziały w domu”?!
No cóż – mój mąż przymknął na chwilę oczy – może chodzi o to, że my, faceci, mamy tak każdego dnia. Nawet nie przychodzi nam do głowy, że to coś specjalnego.
No dobra, rozumiem. Tak w końcu działa paradoks hedonistyczny – cudowny psychologiczny mechanizm, dzięki któremu jesteśmy w stanie przyzwyczaić się do nowej sytuacji na przykład po wypadku, w którym straciliśmy rękę i po jakimś czasie możemy funkcjonować na podobnym do wcześniejszego poziomie satysfakcji. Paradoks hedonistyczny działa w obie strony – do dobrego przyzwyczajamy się równie szybko i przestaje to na nas robić wrażenie.
Ale zupełnie nie mogę zrozumieć wszystkich kobiet, które zajmują się domem – na cały etat czy też na część etatu i niebywale zgodnym chórem twierdzą, że „nie zasługują”. Że domowe pieniądze to nie ich pieniądze. Że muszą ustawiać się na końcu domowego łańcucha pokarmowego, bo to nie one przynoszą tę większą część pieniędzy do domu. Że nie mogą pozwolić sobie na to czy tamto. Że nie są wiele warte.
Kobiety! Bez Waszej pomocy, wsparcia, energii i zarządzania całym tym domowym bajzlem, Wasi panowie mniej by zarabiali. Na serio trudniej by im było przynosić te duże pieniądze do domu! Trudniej by im było zbierać siły i zdrowo żyć. Dlatego nie zgadzajmy się na pogardliwe wzruszenia ramion i uwagi „no a ile ty niby zarabiasz”?! Nie zgadzajmy się na to, by nasz wkład nazywany był „siedzeniem w domu” i był jakąś oczywistą oczywistością. To jest konkretny czas i energia – i naprawdę można je wycenić.
Nie dziwmy się, że jeśli pół naszej energii pochłania dom, to praca przynosi tylko część domowych dochodów – resztę wnosimy inaczej! Dla mnie to oczywiste, że w takim razie to, co pojawia się w domu (w sensie kasy), również dzięki naszemu wkładowi, jest wspólnie wypracowane. Wobec czego wspólnie o tym decydujemy.
Bo zajmowanie się domem to także praca. Czasem fajna, czasem mniej. Dla wspólnego dobra. Czyli tak jak zarobkowa, prawda? Nie kupujmy tych dziwnych wyliczeń, według których nie dajemy sobie prawa do wieczornego odpoczynku, bo nasz mąż siedział w pracy 12 godzin. My też, tylko w innej. Czasem w firmie, czasem w domu, czasem i w domu, i w firmie. Zamiast wyrzucać sobie, że za mało zarabiamy, doceńmy to, co wnosimy. Nie dajmy się wpuścić w układ, w którym on idzie co wieczór na siłownię albo ogląda filmy na kanapie, a my każdego wieczoru ogarniamy dzieciaki albo kolację, bo to „on pracuje”. Nie  odpuszczajmy finansowych sterów, bo to jego domena. Nie tłumaczmy się z każdej wydanej złotówki i nie bójmy się mieć pieniędzy – żeby je wydać na głupoty albo zbierać i inwestować (jeśli on bez zmrużenia oka wydaje na przyjemności i to, co uważa za słuszne). Nie dawajmy sobie wcisnąć kitu, że zajmowanie się domem i rodziną to nasze kobiece powołanie i wstyd o nim myśleć w kategoriach finansowych.
Pamiętam burzę, która przewaliła się w internetowych komentarzach w odpowiedzi na post blogerki, która podzieliła się na blogu informacją, że jej partner wypłacił jej roczną premię za zajmowanie się ich dzieckiem. Setki gromów, jakie spadły na głowę tej kobiety o dziwo wcale nie pochodziły od panów. Tymczasem dziewczyna ta, razem ze swoim partnerem, zrobiła solidny rachunek utraconych szans zawodowych w związku z byciem kobietą domową; rachunek zysków, które dzięki jej wkładowi zyskało dziecko, rodzina, partner i dom oraz rachunek zysków, które wnosi jej partner. Wyszło na to, że biorąc pod uwagę zaangażowanie i czas, premia wcale nie była nieuzasadniona. U mnie w domu patrzymy na to jeszcze inaczej – uważamy, że równowaga jest wtedy, kiedy każde z nas wnosi to, co ma najlepszego z zasobów, co przychodzi mu z łatwością i lekkością, a to, co uzyskujemy w efekcie uważamy za wspólne. Dlatego wszelkie kluczowe decyzje podejmujemy wspólnie. Jeśli do jakiegoś tematu nie mam serca ani ja, ani mój mąż, staramy się znaleźć wsparcie z zewnątrz. Nie jest może po równo, ale oboje mamy poczucie, że jest w harmonii i równowadze.
P.S. Za te dwa cudowne tygodnie dziękuję mojej przyjaciółce Małgosi, która wsparła całą naszą rodzinę swoją dwutygodniową troską, uwagą i czasem dla naszego domu.
P.S. 2 Jeśli pracujesz na maksa i dom prowadzi za Ciebie gosposia albo masz super partnera, który na drugie imię ma Balans, proszę, nie lekceważ kobiet, które wybrały inaczej. Każda z nas jest inna i pasuje jej coś innego. Ważne, abyśmy KAŻDĄ  kobiecą pracę uważały za wartościową.