„Moja miłość ma już nowy adres – to Lizbona”, śpiewa Anna Maria Jopek. Moja od kilku lat również. Zakochałam się w tym mieście na długo zanim zrobiło się tak modne i nieodmiennie wybaczam mu wszystko – od tłumu turystów, przez szemranych sprzedawców, zaczepiających przechodniów w cieniu piniowych drzew, po zabójców małych winniczków, piętrzących się na talerzach leniwie sączących piwo smakoszy…
Jak to się ma do pieniędzy? Właśnie w Lizbonie po raz pierwszy poczułam tak naprawdę, że bogactwo to stan umysłu. To było ponad ze dwa lata temu. Z lotniska odebrał nas znajomy. Po serdecznym powitaniu wsiedliśmy do samochodu. W drodze do domu, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Nasz znajomy zatankował ćwierć litra paliwa i ruszyliśmy dalej. W tym tygodniu nie było wielu turystów, powiedział. Takie czasy, kryzys, uśmiechnął się lekko. Martinho bardzo dobrze zna angielski, co dla pana (nie tylko w jego wieku) nie jest w Portugalii takie częste. Kiedyś pracował w dużej firmie i szefował grupie kilkunastu pracowników, teraz pomaga odnaleźć się w Lizbonie zagranicznym turystom, którzy przyjechali tu na trochę dłużej albo i krócej. Jego syn jest młodym architektem, ale ponieważ zleceń nie było, uczy gry w tenisa dzieci tych, którym kryzys nie zaszkodził (a niektórym nawet pomógł). Żona nie pracuje, bo kiedyś zajmowała się dziećmi i nie było to potrzebne, a teraz nie ma dla niej pracy. Tak jak dla wielu młodych. I starych. Córka pracuje, ale obniżyli pensje o połowę. Opowiadał o tym spokojnie, kiedy spacerowaliśmy w cieniu drzew na Avenida da Liberdade. Nie było w nim złości, żalu, urazy, ani rozpamiętywania dawnej świetności. Jak to możliwe? – zapytałam. Ewa, życie jest zbyt sexy, żeby z niego nie korzystać, bo martwisz się o pieniądze, uśmiechnął się. Robię, co mogę, a reszta się ułoży, dodał.
A potem usiedliśmy na kawę (za euro pięćdziesiąt) przy maleńkim stoliczku na środku chodnika. Po chwili dosiadł się do nas ktoś inny. I jeszcze ktoś. A potem pojawił się młody Brazyljczyk z gitarą i w głąb ulicy popłynęły dźwięki słodkiej bossa novy. Im później, tym rytmy robiły się gorętsze. Wieczór zakończyliśmy, tańcząc ze wszystkimi innymi na ulicy. Kosztował mnie mniej niż pięć euro, a pamiętam go do dzisiaj. W dodatku Martinho miał rację. W tym roku turystów jest co niemiara, ledwo wyrabia się z pracą. Ma stałe zlecenia, bo ludzie go sobie polecają. Kryzys mija. Widać to także na ulicach. Życie jest zbyt sexy, żeby z niego nie korzystać!


Cudowna opowieść, i bardzo prawdziwa. Ale niezmiernie trudno wprowadzić w życie takie myślenie, że bogactwo to stan umysłu. Od pewnego czasu pracuję nad sobą i bardzo chciałabym w sobie zaszczepić taką pewność, że nie potrzebuję tych wszystkich gadżetów. Bardzo się staram, ale w codziennym życiu, kiedy wiele ludzi postrzega wartość człowieka przez stan posiadania, czasem daję się „wkręcać” jeszcze w takie myślenie. Rzadziej niż kiedyś, ale jednak…
Ola, trzymam za Ciebie kciuki! Początki może nie są bardzo łatwe, ale ze swojego miejsca mogę Ci powiedzieć, że im więcej masz wiary w sens swojego działania, tym mniej akceptacji dla tego działania potrzebujesz z zewnątrz.
I kusi mnie jeszcze, żeby Cie podpytać, co się najgorszego może stać, jeśli ludzie nie będą (przez jakiś czas?) doceniali Twojej wartości? I co wtedy?
Dzięki Izo za słowa otuchy. Bardzo pragnę zmienić swoje myślenie i nastawienie i widzę u siebie małe postępy:) Już nie tak bardzo przejmuję się opiniami innych, bo wiem, że mam rację. A przede wszystkim, że widzę i czuję, że zmiana nastawienia i myślenia bardzo mi służy. Zastanawiałam się nad Twoim pytaniem i doszłam do wniosku, że absolutnie nic się nie stanie, jeśli inni mnie nie docenią. Nigdy nie byłam materialistką, ale przez pewne sytuacje życiowe straciłam trochę finansowo (rozwód). I chyba wtedy poczułam się gorsza-ale to chyba normalne. Dzisiaj wiem, że w niczym nie jestem gorsza od innych, a całe bogactwo mam w sobie. Czasem tylko brakuje mi takiej 100% pewności i wiary w to, co czuje moje serce.
Aleksandro, dziękuję za to, co napisałaś. Jechałam dzisiaj do domu i myślałam sobie o tym, że wierzę w świat, w którym ludzie umieją odkryć, czego NAPRAWDĘ potrzebują i że nie muszę tego uzależniać od opinii innych ludzi. Potem się trochę przestraszyłam, że to może za duże marzenie i że wierze w świat, w którym są ludzie, którzy chcieliby tak żyć. I pojawił się Twój komentarz:-) Dziękuję!!!
Absolutnie się zgadzam, że bogactwo to stan umysłu, a raczej duszy. Odkryłam, że kiedy dziękuję za różne rzeczy, nawet te drobne, to czuję, jak wiele dostaję od otoczenia. Czuję się obdarowana!!!! A zatem bogata! I wiecie co? Zaczęłam dziękować bardziej precyzyjnie i więcej i …. nie tylko ludziom, ale także zwierzętom, słońcu, drzewom, ptakom….Np. dzisiaj rano podziękowałam mojemu psu za pilnowanie domu w nocy. Za oknem słyszę śpiewne gwizdy kosa. Uwielbiam tę muzykę i jestem temu kosowi za to bardzo wdzięczna. Naprawdę wiodę bogate życie 🙂
Ach, jak cudownie przeczytać taki komentarz na początek dnia! Dziękuję!!
A dziś rano znalazłam to:
„Bogaty jest taki człowiek,
dla którego świat jest
nieustannym odkrywaniem.”
(Georges Duhamel)
Dziękuję swojej intuicji za to, że mnie zaprowadziła do tego cytatu :))))))
Dziękuję Tobie, że pomogłaś mi go odkryć 🙂