„Wyjeżdżam do Francji na trzynaście miesięcy” napisałam w piątkową noc na moim profilu facebookowym. Nie żeby to była prawda, po prostu wzięłam udział w pewnej kobiecej akcji marketingowej. No i zaczęło się. Od dwóch dni tłumaczę się z tego wpisu co najmniej dwa razy na godzinę. Zadzwoniło do mnie tyle osób, ile nie dzwoni na urodziny. Ha. Nawet moja mama, która chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z istnienia Facebooka, zapytała mnie, o co chodzi, że wszyscy wiedzą, że wyjeżdżam na rok za granicę, a ona nie! Zrobiło się gorąco. A że sprawa toczyła się podczas weekendu, jej świadkiem była moja nastoletnia córka. „- Mamo!” – powiedziała mi nagle pod koniec niedzieli, kiedy skończyłam kolejną rozmowę – „Jest jedna super pozytywna strona tego całego zamieszania. Przynajmniej zobaczyłaś, dla jak wielu osób jesteś ważna”.
O rany! Trafiła w sedno. Nie jestem mistrzynią Polski w docenianiu siebie i tego, co wnoszę do świata. Praktykuję wdzięczność na co dzień, jednak skupiam się raczej na tym, co inni i świat wnoszą w moje życie. To, co z siebie daję, traktuję jak oczywistość, nie przychodzi mi do głowy myśl, że dla innych to może być ważne, że to im coś zmienia.
Dopiero ciepłe słowa, które usłyszałam w trakcie zamieszania „około wyjazdowego”, pomogły mi zobaczyć także i tę stronę medalu. Właśnie, medalu…
Co musiałoby się zmienić, żebym częściej patrzała na to, co daję, jak na bogactwo, które wnoszę do świata?
Nie wymyśliłam prochu.
Nie napisałam wiekopomnego dzieła.
Nie ruszyłam z posad bryły świata:-)
Nie wyglądam jak milion dolarów.
Nie śpiewam jak słowik (ten z bajki Andersena o cesarzu).
Nie jestem celebrytką rozwojową na miarę Mateusza Grzesiaka.
Nie…
Ale:
Umiem słuchać. Umiem przepraszać. Umiem spojrzeć z dystansu i zobaczyć w człowieku coś, czego sam w sobie nie widzi. Umiem pomóc mu zobaczyć, jak wiele skarbów w sobie nosi. Umiem rozbrajać słowa, które niszczą jego samego i jego bliskich. Umiem podać rękę, kiedy ktoś się potyka. Umiem podać ramię, kiedy potrzebuje wsparcia. Umiem…
Chcę umieć to doceniać! Ten post jest krokiem w tym kierunku, choć wcale nie jest mi łatwo rysować sobie laurkę.
A Ty? Czy doceniasz to, co wnosisz do świata? Czy wierzysz, że przyczyniasz się do jego bogactwa?
(Jeśli masz chęć nauczyć się doceniania siebie, gorąco polecam akcję Lucyny Wieczorek Mistrzynie Polski).


Dla mnie bardzo osobisty ten wpis dzisiejszy. I rozwojowy dla mnie – aby docenić, co wnoszę do świata. Nie jest to dla mnie łatwe, gdy moja poprzeczka ustawiona wysoko. I gdy oczekuję spektakularnego sukcesu. Pomimo, że codziennie praktykuję wdzięczność i dziękuję za to, co otrzymuję od ludzi i świata, zapominam o tym, że również wnoszę coś sama. Swoje ciepło. Kontakt na ludzi. Radość i kreatywność. Naturalność. Tylko docenić mi to trudno… 🙂
Kasiu, bliskie mi to, co piszesz. Ja też poprzeczkę ustawiam wysoko, ale przy tym traktuję (traktowałam?) to jako poziom normalny. I nie sprawdza(łam)m, że poziom „normalny” jest znacznie niżej. Pewnie nie muszę Ci pisać, ile frustracji sobie fundowałam: bo wysoka poprzeczka trudna do przeskoczenia. Dopiero empatia i rozmowa z przyjaciółmi uświadomiła mi, że sama odwaga do zawieszenia poprzeczki wysoko jest wartością, którą wnoszę. Chyba to dobry temat na kolejny post 😉