Jak mniej martwić się o emeryturę i nie wkurzać na ZUS

W całej historii z ZUSem najbardziej uderza mnie powtarzalność schematu: media donoszą, że ZUSowi zabraknie pieniędzy na wypłatę emerytur, zwykli ludzie gotują się ze złości na myśl o tym, ile pieniędzy miesięczne kolosowi oddają za nic. Ci bardziej nerwowi nawołują do bojkotu, rewolucji, obalenia instytucji. Po czym szum ucicha i życie toczy się dalej. Co najwyżej dokręca się śrubka i coraz mniej jest możliwości, żeby nie płacić. Co nie przekłada się na lepsza finansową sytuację Instytucji, ale za to na złości i frustracji płacących.

Bo co przeciętny zasilacz ZUSu ma z tego, że co miesiąc go zasila? Informację, że co miesiąc daje się zrobić w konia. Bo nic z tego nie wyrośnie. Pieniądze wyrzucone w błoto. Plus poczucie braku wpływu na to, co się z zarabianymi i wpłacanymi przez niego pieniędzmi dzieje.

Poczucie bezradności to nie jest przyjemne uczucie. Odcina od zasilania, zabiera grunt spod nóg i kontakt z rzeczywistością.

Ja w takich sytuacjach zwykle czuję się jak marionetka, zawieszona gdzieś w przestrzeni bez punktu podparcia, nerwowo i  bezsilnie poszukująca jakiegokolwiek kontaktu z czymś na czym można się oprzeć.

I od jakiegoś czasu pomocnym w wychodzeniu z tej sytuacji jest stwierdzenie, że może nie mam wpływu na to, co mnie spotyka, ale za to mam wpływ na to jak to przyjmę. Mogę nerwowo szukać kogoś lub czegoś, by mnie wyciągnęło z zawieszenia,  a mogę pozwolić sobie na to, by na spokojnie przyjrzeć się swojej sytuacji i zobaczyć, gdzie mam wpływ.

W kwestii ZUSu widzę 2 pytania, które mogłyby być punktem zaczepienia do tego, by coś zrobić i z sytuacji się wymiksować:

1. Jaki mam wpływ na swoją emeryturę.

Wysokość państwowej emerytury jest praktycznie w 100% poza nasza strefą wpływu. Tyle jest uwarunkowań, ze bezpieczniej jest założyć, że jej po prostu nie będzie. Chętnie się zaskoczymy, jeśli się okaże, że jednak jest, ale rozsądnie na nią nie liczyć. Czas zatem na wzięcie spraw w swoje ręce. Przyjrzenie się wydatkom, przychodom i zajęcie się nimi tak, żeby móc odłożyć i zainwestować na przyszłość.

Moja Strusia natura zadrżała na myśl, że będzie musiała się tym zajmować. Ale ta część, która lubi komfort i działanie zdecydowała, że nie odpuści. Że tym razem strusia część nie będzie dowodziła.

Nie umiemy inwestować? Nauczymy się. Spróbujemy… Daleka perspektywa i nie warto sobie zaprzątać tym głowy? Zrobimy  tak, żeby to było przyjemnością, a nie stratą czasu. Lęk, że zmarnujemy pieniądze? Na to też znajdziemy rozwiązanie. W końcu nawet instytucje marnują pieniądze i jakoś trwają, dlaczego my miałybyśmy się tym przejmować. W sumie lepiej zmarnować je samej, ucząc się przy okazji, niż oddawać na zmarnowanie innym. Nie wiemy jak inwestować? Jeszcze jest trochę czasu, dowiemy się.

Samo już takie postawienie sprawy zmniejsza mi bezradność. Zaczynam widzieć opcje, by coś zrobić, uwolnić się i przestać się martwić o to, co będzie, a zacząć działać.

Przyjmuję, że to ja sobie wypłacę emeryturę. A ZUS mi w tym nie przeszkodzi.

Odzyskuję wpływ na to, jaka ta emerytura będzie. A może tylko na to, czy w ogóle jakaś będzie. Ale to zawsze coś.

I wracając do ZUSu przechodzimy do kwestii nr 2, czyli

2. Jak się mniej wkurzać na to, że co miesiąc zasilam błoto, śmieci czy inaczej przekazuję kasę na zmarnowanie

  1. Pierwsza rzecz do przyjrzenia się tutaj to czy na pewno muszę ten ZUS płacić? Co się stanie, jeśli przestanę? Sprawdzam, co się kryje pod przymusem, co wybieram i jakich innych opcji nie widzę. Samo ustalenie tego, co jest dla mnie ważne w tym temacie na ten moment daje trochę mocy i pozwala martwić się mniej.

(Jeśli potrzebujesz pomocy w rozpoznaniu, co się kryje pod przymusem, zajrzyj do ebooka Możesz, chcesz, nie musisz, znajdziesz go pod tym linkiem) .

2. Jak mogę się uwolnić od ZUSu nie ryzykując powyższych czarnych scenariuszy? Jakie są inne opcje? Zamknąć//zawiesić działalność, zatrudnić się u kogoś (zapłacę mniej), założyć spółkę z o.o., przejść na umowy o dzieło, przenieść firmę tam, gdzie ZUS nie sięga. Opcje są różne, każda ma swoje wady i zalety. Ale mogę coś zrobić. Mogę wybrać. Wcześniej sprawdzić. Nie jestem całkiem bezsilna.

3. Przyglądam się, dlaczego tak mnie to zasilanie kosza na śmieci złości. Z jakiej niezaspokojonej potrzeby wynika? Sensu? Sprawczości? Wymiany? Czy jest cokolwiek dobrego co z tej sytuacji (bezsensownego) przymusu wynika? Może jest w nim jakiś sens? Coś z tego jednak dostaję? Coś co spełnia jakąś pozytywną rolę w moim życiu? (może np.: możliwość ponarzekania => kontakt z innymi, przynależność, poczucie niesprawiedliwości?).

4. Szukam, jak mogę coś zmienić. Sama pewnie niewiele zdziałam. Ale może jest grupa, która może więcej? Coś drgnęło w temacie umów z bankami, z kredytami we frankach. Może uda się i coś tutaj?

Uff… z tym ostatnim to się rozmarzyłam. Ale w końcu może nie szkodzi?, Przecież jeśli jesteśmy w stanie sobie coś wyobrazić, możemy to zrealizować, więc…?

Podsumowując:

Jest parę rzeczy do rozważenia i do działania. Samo rozważanie dodaje mocy i pozwala martwić się mniej. A gdy dołożyć działanie?

Do pracy zatem…

Jeśli chcesz przestać musieć i zyskać więcej wpływu, zajrzyj do ebooka Możesz chcesz nie musisz. Znajdziesz go tutaj.