Czasami mamy tak, że wpadamy w ciąg rzeczy, które MUSIMY zrobić: popracować, zarabiać, kimś lub czymś się zaopiekować, kogoś lub coś uratować. Każdą wolną chwilę poświęcamy wtedy na to, co MUSIMY: pracowanie, zarabianie i ratowanie czy opiekowanie. A ponieważ to, co MUSIMY jest ogromnie ważne i potrzebne, a czas nie jest z gumy, z mniejszą czy większą łatwością zrezygnujemy z innych, mniej produktywnych i, w związku z tym, mniej ważnych zajęć: czasu dla rodziny, nicnierobienia, dbania o siebie, sprawiania sobie przyjemności, odpoczynku.
Bo przecież muszę… Bez tego zginę… Nie mogę odpuścić…
Konsekwencja takiego podejścia jest taka, że budzimy się w pewnym momencie, jadąc na głębokiej rezerwie i frustracji. Nie ma siły na żadne działanie, niezależnie od tego, jak ważne i doniosłe. Mamy dość, świat nas wkurza i najchętniej zalałybyśmy go (a czasem zalewamy) złością i żalem. Bo to świat (mąż, dziecko, praca, rodzice – odpowiednie skreślić) tak nas urządził. Bo przecież gdyby….

Taką sytuację trafnie opisuje metafora drwali. Mieli do wykarczowania ogromy kawał lasu. Wysoko postawione normy. Od ich realizacji zależało wiele: ich zapłata, poczucie mocy, dalsze zlecenia. Pracy było bardzo dużo, czasu bardzo mało, więc ogromne ciśnienie. Wzięli się zatem dzielnie do pracy, bez marnotrawienia czasu, żeby się z zadaniem uporać. I na początku szło całkiem dobrze, drzewa padały jedno po drugim, wyglądało na to, że się uda zrealizować plan. Ale stopniowo tempo prac słabło. I było coraz ciężej i wolniej, i trudniej. Rosła frustracja i strach, że się nie uda.
Wędrowiec, który przechodził w pobliżu, zatrzymał się na chwilę, poobserwował ich i powiedział:

‚Panowie, macie tępe narzędzia, zróbcie sobie przerwę i naostrzcie swoje piły.’

I jak zareagowali drwale?

‚Nie wtrącaj się człowieku, nie widzisz, jaki wielki kawał lasu mamy do ścięcia? Nie mamy czasu na przerwę!’

Brzmi Ci znajomo? Dla mnie bardzo często. Marzy mi się taki czujnik, który jak wskaźnik paliwa w samochodzie informowałby mnie, że czas się zasilić energią. Zrobić coś, co pozornie jest stratą czasu, ale dzięki czemu mam moc, żeby dalej pracować, zarabiać, ratować, zbawiać. Jeśli ktoś o takim słyszał, niech da znać.

Póki co ratuję się planowaniem przerw na ostrzenie (różnie jest z realizacją ;-)), albo pozwalam sobie na spontaniczne zawieszenie prac i zrobienie tego, co mnie zasila: poleżenia na hamaku, pójścia na rower czy na rolki, pogadanie z kimś, przeczytanie czy obejrzenie czegoś.

I, wbrew obawom, zwykle wracam do pracy. I, wbrew pozorom, ta praca idzie lepiej: karuzela kręci się wolniej, priorytety stają się bardziej widoczne, las nie wydaje się tak ogromny. I widzę, ile już wykarczowałam. I doceniam to.

A czy Ty masz swoją stację energetyczną? Pozwalasz sobie na nią zajechać? Czy dowozi Cię laweta?

Kto jest Twoim wędrowcem? Czy bardzo Ci się wtrąca?

Przypomnij sobie, skąd czerpiesz energię i zapisz wszystkie sposoby i miejsca – najlepiej od razu w kalendarzu. Tak, żebyś znalazła na to czas. Jeśli już musisz z tego rezygnować, niech to będzie raczej wyjątkiem niż regułą. I raczej przełóż niż odwołuj.

Ostrą piłą łatwiej ciąć. To banalne.

I dobrze. Niech takim pozostanie.

googleaa904b1e5b01a841.html