Czego nam do bogactwa brak

Chwilowo moim miejscem na ziemi jest maleńkie holenderskie miasteczko z największą piaskownicą, jaką kiedykolwiek widziałam – naturalną wydmą zachowaną w tkance miasta. Można wspinać się pod górę, zbiegać na bosaka, skakać i turlać się, a dwa kroki dalej zrobić zakupy, naprawić rower albo załatwić sprawę w urzędzie. Ta wydma to moje magiczne miejsce. Wchodzę codziennie pod górkę, realizując jedno z postanowień w ramach wyzwania Większy portfel, mniejszy brzuch (właśnie dobiega końca, ale pod górkę nadal będę wchodzić). Podpatruję holenderskie rodziny (zaskoczyła mnie ich wielopokoleniowość, bardzo dobra forma fizyczna babć i dziadków oraz duch NVC, którego czuć, a raczej widać w interakcjach. Nie widziałam, aby ktoś na kogoś krzyczał ani szarpał za rękę, a takiej ilości tatusiów w jednym miejscu, bawiących się z dziećmi dotychczas jeszcze nie widziałam. Kwanty spokoju i dobrobytu i krążą w powietrzu.

Przyglądam się uśmiechniętym i dość wysportowanym Holenderkom i wyczuwam ich spokojną pewność siebie. Nie ma w ich zachowaniach kokieterii, nie są specjalnie „zrobione”, a holenderscy tatusiowie wydają się cenić sobie ich towarzystwo. Nikt nie wygląda na przemęczonego i z dziećmi przyjemniej się bawić, kiedy wysiłek rozłożony na dwoje. Próbuję o tym rozmawiać z naszymi holenderskimi znajomymi, ale nie bardzo rozumieją, o co chodzi. Bo jak niby inaczej miałby być ten ciężar rozłożony, no jak?! Większość kobiet, które tu poznałam, pracuje w niepełnym wymiarze godzin, twierdzą, ze to ich wybór. Pieniądze są wystarczające, a jeśli pracodawca wyśle do Ciebie maila po godzinach pracy, nie oczekuje, że odpiszesz. Po 18 nie zadzwoni, bo to święta godzina rodzinnych posiłków, więc po prostu nie wypada. Aha.

Fakt, że partnerka pracuje mniej nie zmniejsza gotowości partnerów do zajmowania się dziećmi i domowymi sprawami. Mojego zdziwienia w temacie nie zrozumieli. Ale ja też mam ich czym zaskoczyć – najbardziej Holendrów zadziwia pojęcie „medycyna prywatna”, bo prywatne wizyty tu po prostu nie istnieją. No może chirurgia plastyczna, ale nie wygląda, żeby ktoś to przykładał do niej szczególną wagę. Kredytu w obcych walutach nie ma tu żadna z poznanych osób, bo „przecież bank by nie dał, państwo nie pozwala, bo skąd możesz wiedzieć, ile będzie warta obca waluta za kilka lat?! Ludzie mogą tego nie wiedzieć, ale po to są banki, żeby było bezpiecznie”. Aha.

Pieniądze są trochę tabu – nie wypada się chwalić, ile zapłaciłaś za nową kuchnię i nie jest w dobrym tonie epatować kasą. Szacunek do nich widać nawet u całkiem małych dzieci, dzwoniących do domu i pytających, czy mogą coś zrobić w ogrodzie, żeby zarobić. Cieszą je małe kwoty – syn koleżanki z dumą pokazuje zarobione 1 Euro. Pod domami rzadko trafia się wypasiona bryka, a większość osób, z którymi rozmawiałam, kupuje auta używane, bo „Po co? Przecież nowe to strata już na początku”!

I jak ten sielankowy obrazek skleić z doświadczeniami Polaków, zatrudnionych na czarno, pracujących po kilkanaście godzin, bojących się absurdalnych kar za przekroczenie równie absurdalnych postanowień wewnętrznych, mieszkających w barakach i płacących za to agencjom pośrednictwa koszmarne pieniądze?
Znajomi Holendrzy, zapytani o sprawę, nie bardzo wiedzą, co odpowiedzieć. Nie, oni nie znają osobiście takich osób. Ale czasem czytali. To nie fair. Trzeba zgłosić. Rządowa strona jest tylko holendersku? No tak, a nie można zgłosić po polsku w swoim kraju? Wtedy Twój rząd pomaga. Aha.
Trochę więcej mówi Polka, od lat tutaj mieszkająca. „Mnie nigdy nie spotkała żadna przykrość, nikt nie dał mi odczuć, że jestem obywatelką drugiej kategorii. Ale znam język. Wiem, że mam prawa. Nie pozwoliłabym na to”. Żal mi tych ludzi, którzy przyjeżdżają za chlebem, nie znają języka, są bezradni, a ktoś na nich żeruje. I jednocześnie tak bardzo się wstydzę, kiedy idę ulicą i stoi grupka mężczyzn, pijących piwo i rzucających k… w moją stronę albo kiedy przejeżdża samochód bez naklejki (podatek drogowy) i w zasadzie wiadomo, że jadą nim Polacy. Pomilczałyśmy. Posmutniałyśmy.
„Wiesz” – dodała jeszcze – „według mnie to chodzi o poczucie wartości. My go po prostu nie mamy. I wtedy dajemy ze sobą robić, co chcą inni”.
I znowu poczułam, jak bardzo to ważny dla mnie temat. Poczucie wartości. Ja naprawdę wierzę, że potrzebny nam jest narodowy trening zdrowego poczucia wartości. Że jego brak to jedna z ważniejszych blokad w zarabianiu, bogaceniu się i dzieleniu z innymi. Że bez niego nasza strefa wpływu staje się bardzo ograniczona. Że każdy krok, który robimy w jego stronę, nawet mały i mozolny jak ta moja wspinaczka na wydmę, to milowy krok w stronę bezpiecznego świata, w którym mamy wpływ.