W sobotę miałam zaszczyt i wielką przyjemność moderować wykład Oli Budzyńskiej, Pani Swojego Czasu, na warszawskim PROGRESSteronie. Było to dla mnie wyjątkowe spotkanie – dotychczas znałam Olę tylko on-line, poprzez Jej blogi, wypowiedzi na FB oraz jako uczestniczka kursu Oli o zarządzaniu czasem.

O czasie i tym jak stać się jego panią rozmawiałyśmy sporo, jednak nie to będzie przedmiotem tego postu (bo w tej materii zapraszam Was po prostu do źródła, czyli na bloga Pani Swojego Czasu). Ten post będzie o wyborach, ha, nawet nieźle wpisałam się w kontekst społeczny:-) Oraz o odwadze. A raczej ODWADZE. Takiej przez duże O (i całą resztę dużych liter). Bo w pewnym momencie wykładu zorientowałam się, że nie rozmawiamy, jak lepiej zarządzać czasem, ale raczej mówimy o tym, że to, co w danym nam czasie zrobimy, to kwestia naszego WYBORU. Nawet jeśli to „Facebook zjada mi czas”, „rodzina pochłania 80% moich zasobów”, albo „sama muszę robić wszystko, bo nie stać mnie na zatrudnienie wsparcia”, to stoi za tym MÓJ wybór. Nie ma Pana Facebooka, która pożera nam kolejną godzinę bez naszego udziału. Nasza rodzina nie jest jamochłonem z szeroko rozwartym otworem gębowym, w który nasz czas wpada niczym plankton (choć sama jednak czasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś w tym jest). Brak wirtualnej asystentki to NIE dla wydatków, ale i TAK dla faktu, że w czasie, gdy robię X, nie robię Y…

Po prostu nijak nie daje się uciec przed faktem, że tak naprawdę chodzi w tym wszystkim nie o innych, ale o nas i nasze wybory. Które, wiem to doskonale, wcale nie są proste.

Wybieram klienta, OK, kierunek powszechnie szanowany i natychmiast znajomy głosik w głowie zaczyna: a dzieci? Co z lekcjami, jeśli będziesz prowadziła te sesje o 18? No dobra, wybieram dzieci. I lekcje, oczywiście. I wtedy ten sam głosik smętnie podsumowuje: taaa, w życiu nie dasz rady pogodzić firmy i rodziny. Fortuny to ty w ten sposób nie zrobisz…. I robi mi się już tak smutno, że nawet nie mam śmiałości pomyśleć, że tak naprawdę ja wcale nie mam teraz ochoty zajmować się ani klientem, ani lekcjami. Że, o zgrozo, marzy mi się chwila dla siebie. Żeby nie musieć wszystkiego mieć na głowie. Żeby odpuścić i zaufać, że inni dadzą radę beze mnie. Że najbardziej na świecie chciałabym teraz nic nie musieć… Może też być wprost przeciwnie – czasami aż palę się przecież, żeby TERAZ zająć się pracą. Pomysły we mnie wrą, to mój czas! Ale bywa i tak, że nic mnie TERAZ tak nie kręci, jak czas spędzony z moim dzieckiem.

I tutaj właśnie na scenę wkracza ODWAGA. A raczej marzę, żeby wkroczyła. Bo z moich rozmów z niezliczoną ilością kobiet wynika, że odważenie się, aby wybrać SIEBIE, to jedno z największych wyzwań, z jakimi się mierzymy. Dajemy radę ogarnąć cały dom, choć podpieramy się nosem. Przecież sam się nie ogranie! Wspieramy innych, chociaż mamy tyle na głowie, że to my same potrzebujemy wsparcia. Dajemy radę wciskać w to jeszcze pracę, często na najwyższych obrotach, do utraty tchu, bo trzeba zarobić na rachunki, same się wszak nie zapłacą. A ja tu wyskakuję z pomysłem, aby wybrać w tym wszystkim SIEBIE… Uuu, grząski grunt.

A jednak w trakcie rozmowy z Olą pojawiła mi się myśl, że wszystkie kobiety sukcesu (także finansowego), które znam, łączy pewna cecha – otóż pewnego dnia odważyły się wybrać SIEBIE. Odważyły się zmierzyć z oczekiwaniami i ocenami otoczenia. Bywa, że i hejtem. Zgrzytami, jakie niesie ze sobą ten moment, kiedy przestajemy być wygodne i życie schodzi z utartych szlaków. A także własnymi lękami, zwątpieniem, krytycznymi myślami. Odważyły się przyznać przed sobą – tak, jestem tutaj, robię to czy tamto, nie dlatego, że muszę, ale dlatego, bo wybieram SIEBIE. Tak, na tę chwilę MOJE jest najważniejsze. Czasem MOJE to nic-nie-robienie, czasem rzucenie się w wir pracy bez wyrzutów sumienia, a czasem zatrzymanie się, bo moje dziecko zaczyna chodzić i nie chcę tego przegapić. Czasem to MOJE to wcale nie wybór idealny, bo bywa, że łatwiej mi wybrać łatwiejszą opcję niż stawiać wszystko na ostrzu noża. Czasem MOJE to wybór TWOJEGO albo CZYJEGOŚ. Każda opcja jest OK, kiedy wiem, że to ja decyduję. Bo wtedy i tak wybieram SIEBIE.

Nie wiem, czy Ty też tak masz, ale ja czasem mam pomieszanie, co jest MOJE, a co nie moje. W takim przypadku korzystam z narzędzia, które znalazłam w jednej z książek Reginy Brett i w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

Kiedy mam podjąć się jakiegoś zadania i nie do końca wiem, czego chcę, dzielę stronę na pół i zapisuję wszystkie korzyści, jakie mogą wyniknąć, z tego, że podejmę się owego zadania. Na drugiej połowie zapisuję wszystkie koszty z nim związane, także te niematerialne – np. nie odpocznę, nie wezmę udziału w spotkaniu, nie odbiorę dziecka ze szkoły,… Zwykle w tym miejscu znajduję już swoją odpowiedź.

Jeśli jednak ciągle nie wiem, czy wybieram SIEBIE, rysuję oś, na końcach której znajdują się cyfry 0 i 10. Zaznaczam na osi w jakim stopniu do zrobienia tego zadania skłaniają mnie wyrzuty sumienia. Im większa cyfra, tym mniej mnie w całej sprawie.