Męskie i kobiece podejście do sprawy. Komu łatwiej? - Jestem bogata | Iza Kaźmierczak & Ewa Tyralik

Kobiety i mężczyźni mają różne podejście do biznesu, pieniędzy i sprzedaży. To rzecz wiadoma. Prawdopodobnie też stereotypowa i uproszczona. Bo w końcu różne są kobiety i różni mężczyźni.

Czasami spotykam się z przekonaniem, że mężczyznom jest łatwiej zarabiać pieniądze, bo są nastawieni na cele i rezultaty w odróżnieniu od kobiet, które koncentrują się (za) bardzo na relacjach. Samej zresztą zdarza mi się to przekonanie u siebie uchwycić.

Słuszności stereotypu o różnicach w męskim i kobiecym podejściu do biznesu doświadczyłam całkiem niedawno w dalekim kraju. Dalekim geograficznie, mentalnie i kulturowo, a mimo wszystko podobnym.

Hotel nr 1 w małej miejscowości składającej się z 5 domów, 2 hoteli i 4 restauracji. Jest wolny pokój, ale bez pościeli (to tamtejszy standard, hotel jest z kategorii ‚love hotel’, ale właścicielom nie przeszkadza, że chcemy spędzić tam całą noc). Obsługa mówi tylko po swojemu, więc na migi pokazujemy, że chcemy drugie prześcieradło. Takie, które się zmienia po każdym gościu. Właścicielka nie rozumie, więc mówi do nas. W końcu udaje nam się pokazać narysować i odegrać o co chodzi. Zadziwiona właścicielka prowadzi na do szafy z bielizną hotelową, i sugeruje na migi, byśmy wzięli, co uważamy. Ale ponieważ są tam tylko wielorazowe kołdry, poddajemy się i decydujemy zostać i zaimprowizować spanie, które nas nie zobrzydzi.

Miejscowość nr 2: na oko mniejsza od poprzedniej. Podjeżdzamy do hotelu, który reklamował się na ścieżce jako hotel rowerowy i wygląda na jedyny w okolicy. Wychodzi do nas właściciel, na migi pokazuje, żebyśmy poszli za nim, zdjęli sakwy z rowerów i wprowadzili je do specjalnego boksu. Po czym prowadzi do hotelu, wręcza klucz i skutecznie ignoruje nasze próby przekazania kwestii „dodatkowe prześcieradło”. Mimo tłumacza w telefonie (z głosem), mimo sterty prześcieradeł leżących tuż przed nami, mimo naszych prób przekazania o co nam chodzi. Nie do końca wiem, czy słyszymy „NIE” czy też „NIE ROZUMIEM”, aż do momentu, gdy mi wyjmuje z ręki telefon i przykłada do dziwnie wyglądającej maszynki (Może to maszynka do tłumaczenia? myślę dziecinie naiwna). Ale okazuje się, że to kasa. Mamy zatem remis w odmawianiu, bo mój telefon nie jest telefonem, który by płacił.

Poddajemy się i tu, zostając bez prześcieradła i bez poczucia, że zostaliśmy usłyszani, powracamy do swojskiej improwizacji (śpimy w ubraniach, na i pod własnymi ręcznikami, bo hotelowe, choć czyste, są za małe, by nadawały się do użycia).

Ale jak się ta historia ma do biznesu?

Produkt w zasadzie w obu miejscowościach był taki sam (bo hotel rowerowy też miał stawki godzinowe). Efekt też taki sam – zostaliśmy, mimo że nie dostaliśmy tego, czego potrzebowaliśmy. Ceny były podobne, standard też.

Różnica w tym, gdzie kierowana była energia i wysiłek właścicieli.

W pierwszej sytuacji właścicielka większość wysiłku włożyła w zbudowanie z nami relacji i stworzenie pozytywnego doświadczenia, które było skierowane na nas, klientów. Siła decyzyjna była po naszej stronie. Mogliśmy się zwinąć i szukać szczęścia dalej.

W drugiej – cała para właściciela poszła w budowanie efektu: rowery zamknięte, zaparkowane i odsakwione – wysiłkiem by dla nas było zrezygnowanie z jego miejsca i wybranie się na poszukiwanie kolejnego (szczególnie, że położenie wioski sugerowało, że jest to hotel w niej jedyny). Tutaj właściciel pociągał za większość sznurków. Łącznie z formą płatności, o mały włos.

Łączyło ich to, że każde działało zgodnie z tym, co dla nich było w tym momencie ważne. (Choć może tutaj nadinterpretuję, nie pogłębiałam wszak tematu). Oceniam, że każde chciało dla siebie jak najlepiej i stosowało najlepszą do tego strategię. I spodziewam się, że każde z nich decydowało, gdzie energię kieruje

A wracając do tego, czy bycie zorientowanym na rezultaty jest lepsze/łatwiejsze/wygodniejsze:

Nietrudno się domyśleć, że nasze doświadczenia z obu noclegów były diametralnie różne, mimo, że finalnie stanęło na tym samym. Byliśmy zdecydowanie bardziej otwarci na zrozumienie prośby zgłaszanej przez właścicielkę, która starała się nas wcześniej zrozumieć. I byliśmy zdecydowanie bardziej skłonni polecić jej hotel napotykanym później rowerzystom.

Gdzieś mi się zatem plącze wniosek, że w tym przypadku strategia męska była bardziej skierowana na efekt jednorazowy, a kobieca – na długookresowy.

I w związku z tym, czy czysta koncentracja na rezultatach naprawdę jest lepsza i łatwiejsza?

  1. jestem coraz bardziej przekonana, że nie ma ‚lepsze’ ‚gorsze’, jest po prostu inne,
  1. fajnie jest działać zgodnie z tym, co komu w duszy gra,
  2. cieszę, że są na świecie ludzie zorientowani na rezultaty, na relacje i na dowolny miks tych opcji.

Bo w różnorodności jest bogactwo.

Bo każda z opcji daje konkretne korzyści.

Bo każdy z nas jest inny i to jest piękne.

Nawet jeśli…

A drugi wniosek jest taki, że czasem, żeby urosnąć, warto (1) sprawdzić, gdzie zwyczajowo jesteśmy na kontinuum relacyjnie-rezultatowo i (2) spróbować przesunąć się w drugą stronę. Tak, żeby zrobić coś, co nie jest nawykowe, oswojone i sprawdzić, jak nam z tym.

 

A jak Ty się masz z byciem zorientowaną na rezultatach? Gdzie jest Twoje miejsce na tym kontinuum? Podziel się z nami! Czekamy na Ciebie!.