Wróciłam z Konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet (bardzo inspirującej, ale o tym kiedy indziej). Muszę się Wam przyznać, że jako zadeklarowana introwertyczka rzadko bywam na imprezach networkingowych. Raczej pojawiam się w określonej roli, jako ekspertka (wtedy przychodzi mi to lekko) albo gospodyni wydarzeń, które współorganizuję (wtedy stres, aby wszystko dobrze wyszło jest tak duży, że już nie zastanawiam się nad sobą). Tym razem nie pełniłam żadnej roli.

Przerwa kawowa, w holu pełno ludzi. Przy wysokim, koktajlowym stoliku On. Guru blogerów. Mistrz tematu finansów. Michał Szafrański. Przez moment sam, więc podchodzę. Uprzejmy i ciepły jak zwykle. A ja? No cóż. Zachowałam się jak mało rozgarnięta grouppie:-) Kilka banałów i zdjęcie. Macie dowód rzeczowy.

Wszystkie poradniki networkingu oraz nawiązywania relacji z influenzerami (wpływowymi osobami w branży) mówią: miej swój elevator pitch. Elevator pitch to taka około 20-sekundowa prezentacja (tyle czasu winda jedzie z parteru na ostatnie piętro drapacza chmur, gdzie zwykle przebywa zarząd). Chodzi o to, by swą markę, biznes, siebie przedstawić w bardzo krótkim czasie w taki sposób, aby druga strona Cię „kupiła”. W Kalifornii mówią też, że jeśli nie umiesz tego zrobić, to nie znasz swojego biznesu i poruszasz się po omacku.

No cóż, znam swój biznes. Nie poruszam się po omacku. Mam także mój elevator pitch. Wierzę w to, co robię i umiem to robić. Co się więc stało, że mnie zatkało? Zrobiłam mały rachunek sumienia i oto kilka wniosków, które mogą się przydać introwertycznym naturom.

Z pewnością na moją niekorzyść zadziałała ranga (według słownikowej definicji znaczenie czegoś, wartość. W definicji Arnolda Mindell’a, twórcy psychologii zorientowanej na proces (POP), ranga to zestaw przywilejów, odziedziczonych lub nabytych, których najczęściej nie jesteśmy świadomi.) Nie mam wątpliwości, nadałam Michałowi dużo wyższą rangę niż sobie.
Kiedy jestem w roli (np. eksperta, organizatora) działa to inaczej – rola nadaje bowiem rangę. Gdy jesteśmy bez podpórki roli czy stanowiska, dużo łatwiej podlegamy nieświadomym schematom, które nadają rangi zgodnie z obrazem świata, jaki mamy w głowie. Również nie do końca świadomym, oczywiście. (Jak działają rangi, przeczytasz w bardzo ciekawym poście na blogu Gdybym Dorosła Ewy Panufnik). Ja z automatu stawiam na piedestale osoby, których pracę i działalność bardzo szanuję, które podziwiam i w których wyczuwam pewność siebie. Warto także zauważyć, że niestety równocześnie często włącza się mechanizm umniejszania siebie i zestaw przekonań w stylu: nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A jak to działa u Ciebie?
Druga blokada wynika ze zderzenia mojej potrzeby kontaktu z potrzebą skuteczności. Tęsknię za światem, w którym nie każda rozmowa musi czemuś służyć. Takim, w którym na luzie podchodzę do Michała i mówię: podoba mi się to, co robisz, podziwiam twój sukces zawodowy. I tyle. Ale moja potrzeba skuteczności miotała się z tyłu głowy: musisz powiedzieć coś sensownego. Zaistniej! Zrób coś! Wykorzystaj! W konflikcie potrzeb łatwo zaś zgłupieć. W przypadku konfliktu potrzeb bardzo pomaga świadomość celu. Poszłam na konferencję po inspirację i chwilę oddechu. I gdybym się tego trzymała, pewnie bym się tak nie spięła. Teraz, kiedy przypomniałam sobie, co było moim celem, nie wyrzucam sobie już tak bardzo tej niewykorzystanej okazji.
A na podsumowanie? Aga Świrska, szefowa festiwalu PROGRESSTeron, której opowiedziałam w przerwie tę historię, westchnęła filozoficznie i powiedziała: networkingu to się człowiek uczy poprzez skuchy. I to jest święta prawda, co nie?