Świętujmy, ale jak?

Kiedy poruszam temat świętowania, jedną z podstawowych reakcji jest pytanie: „No dobra, ale chcesz, żebym cały czas robiła imprezę? Przecież to chore!” I o ile nie ma nić złego w robieniu imprezy dla uczczenia różnych ważnych sytuacji, o tyle impreza absolutnie nie jest jedynym sposobem na świętowanie. W ogóle świętowanie nie musi być związane ani z wysiłkiem, ani z wydawaniem pieniędzy, że o naruszania zdrowia nie wspomnę. Cała rzecz ze świętowaniem rozjaśnia się, kiedy powiemy jasno, że jego istotą jest zauważanie i akcentowanie tego dobrego, co nam się przydarza. „Istotą świętowania jest zauważanie i akcentowanie dobrych rzeczy, które nam się przydarzają”. To, jak bardzo i jak mocno to dobre akcentujemy to wyłącznie nasza decyzja. I kwestia nawyku, jak przyjmujemy to, co się nam zdarza. Częstym nawykiem jest traktowane tego, co dobre, jako normy i nie poświęcanie jej większej uwagi, na zasadzie: „Co z tego, że zrobiłam a i b, jak mi jeszcze pozostało e, f, g i h. Ucieszę, się, jak dojdę do h. Tymczasem trwałe koncentrowanie się na tym, czego jeszcze nie mam, utrzymuje nas w trybie braku. Więcej o korzyściach świętowania przeczytasz tutaj. Jeśli odważysz się na dostrzeganie małych sukcesów, małych pozytywów, kiedy zaczniesz je dostrzegać i się nimi cieszyć, świętować je, w pewnym momencie przełączysz się automatycznie w tryb pełni, obfitości i lekkości. Na zasadzie ziarnka do ziarnka ze starego powiedzenia. Co więcej, dostrzegając małe radości ćwiczysz swój mięsień świętowania. I zwiększasz szansę na to, że się naprawdę ucieszysz, że jesteś w punkcie h, zamiast patrzeć, że od h do z jeszcze taka daleka droga… Świętowanie może wydawać się dziwne i nienaturalne, szczególnie, jeśli Twoje doświadczenia... read more

O korzyściach świętowania, czyli po co Ci ono.

Kultura czerwonego długopisu sprawia, że kiedy myślimy o zmianie, dużo łatwiej skoncentrować się na tym co poszło nie tak, albo co jeszcze trzeba zmienić, niż na tym, co się udało, co poszło tak, co się skończyło. Nad tym, co się udało tak jakoś łatwo przejść do porządku dziennego, szczególnie jeśli po prostu ‚tak wyszło’. Łatwo przejść nad tym do porządku dziennego nawet, jeśli wprowadzanie zmiany i robienie kolejnych kroków na jej drodze nie jest automatyczne i nawet, jeśli na to, by się udało, trzeba było poświęcić trochę uwagi. Tak łatwo przychodzi nam zauważać, co jest nie tak, a tak trudno świętować to, co się udało. Już sama koncepcja ‚świętowania brzmi dziwnie i kojarzy się organizowaniem imprezy. Tymczasem nie o to chodzi. Kultura czerwonego długopisu, czyli nawyk zauważania błędów i obszarów do poprawy i rozwoju, towarzyszy nam od małego. Ma swoje dobre strony (motywuje do zmiany, popycha do doskonałości). Ale ma też i słabe strony. Kto z nas nie słyszał komunikatów podobnych do tych poniżej (albo sam ich do siebie nie kierował) ręka w górę: „Ładnie, pokolorowałaś ten obrazek, ale tutaj wyszłaś za linię.” „Dobrze, że poskładałaś klocki, ale zapomniałaś odłożyć książeczki na półkę.” „Piękne opowiadanie, ale ‚bohater’ piszemy przez ‚h’.” „Co z tego że zrobiłaś X skoro nie powiodło Ci się w Y i Z” „Jeszcze się musisz dużo nauczyć” Brzmi znajomo? Naturalnie? Zwyczajnie? No jasne! Bo to jest rzeczywistość, w jakiej funkcjonujemy. taki mamy nawyk, żeby zwracać uwagę na to, co jest do zmiany. Jego źródła biorą się pewnie z czasów, kiedy my ludzie mocno potrzebowaliśmy uważności, bo wszystko, co odbiegało od normy mogło stanowić zagrożenie. Ale odkąd nasze... read more
Ustalanie własnych cen i negocjowanie swoich stawek to nie bułka z masłem. Byłam kiedyś „tanią dziwką”, wiem coś o tym. Serio, spytasz? Serio. Posłuchaj mojej historii. https://jestembogata.pl/wp-content/uploads/2018/02/Ewa_wersja1.m4a Nie mam wątpliwości, że aby mieć łatwość w wycenianiu swoich usług, prędzej czy później przychodzi się zmierzyć z tematem poczucia własnej wartości, wiary w siebie oraz w swoją twórczość. To trudy temat. Poczucie niezasługiwania i zaniżone poczucie wartości to nie bułka z masłem, trudno je zmienić ot tak sobie. I choć na pewno jest to praca warta zachodu i polecamy ją z całego serca, zwykle potrzeba nam jakichś pomysłów na już, na ten moment, kiedy jeszcze nie tak całkiem czujemy się królowymi swego świata. W głowach mieszkają nam również przekonania, które, choć szlachetne, wcale nas nie wspierają. Na przykład często pojawiają się wątpliwości, czy to, co robisz ma sens, albo czy jest to konkretne, namacalne i potrzebne. Czasem odzywa się głos, że uganianie się za pieniędzmi jest niskie, prostackie i materialistyczne, zwłaszcza, jeśli pochodzisz z tzw. inteligenckiego domu. No a jeśli masz jeszcze jakiś szczególny dar, który niejako dostałaś „z nieba”, to dopiero Twoje sumienie ma dużo do powiedzenia o pieniądzach… Wzięłyśmy z Izą to zarabianie ostro na tapetę! Niedługo przekonasz się sama. Temat dla Ciebie też jest ważny? Już dzisiaj zapraszamy Cię na webinar Izy, który odbędzie się już 20 lutego. Zajmij swoje miejsce... read more

Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Zaczęło się w połowie grudnia. – Niech pani pójdzie na badanie, czuję tu jakieś spore zgrubienie, węzeł chłonny, albo co – powiedziała masażystka, kończąc masaż. Poczułabym lęk, gdyby chodziło o mnie. Ale chodziło o moje dziecko. Poczułam więc panikę. Załatwianie na cito skierowania na badania, specjalistyczny rentgen w przeddzień Wigilii i… czekanie. Czekanie do 4 stycznia, bo święta, bo Nowy Rok, bo wynik idzie do lekarza, a wszyscy na urlopach. 4 stycznia telefon od pani doktor. Zanim go odebrałam, bezwiednie usiadłam. Kiedy skończyłam połączenie, położyłam się na podłodze. Z ulgi. Początek stycznia. Mój tato kończy 81 lat. Jest niezła imprezka i radość, że wciąż jest z nami. Tylko forma gorsza. Nawet on, twardziel nad twardzielami, musi przyznać, że boli. Boli tak, że czasem trudno wytrzymać. No i znowu – skierowania na badania, specjaliści, diagnostyka. Jest w trakcie, na szczęście przestało boleć. Połowa stycznia. Lecimy na wyczekane ferie. Co jak co, ale w tym roku należą nam się po tym wszystkim bardziej niż kiedykolwiek! Wprawdzie tylko 7 dni, ale dobre i to. Lanzarote urzeka. Innością, oceanem, małością człowieka wobec natury. Słońcem i zaskakująco jasnymi plażami, odcinającymi się od czarnego tła. Jest bosko. Trzeciego dnia moja młodsza córka zaczyna wymiotować. Wieczorem dołącza do niej starsza. Przez trzy dni walczymy z gorączką, która nie chce zejść poniżej 39 stopni. Wreszcie schodzi. Udaje nam się spędzić ostatni wieczór na plaży – i … lecimy do domu. W domu – niespodziewana awaria. Musimy przenieść się do mieszkania babci i zacząć szukać ekipy remontowej. Oczywiście na cito. A to wszystko dzieje się w czasie, kiedy w pracy mam naprawdę dużo. Kalendarz wypełniony szkoleniami tak, jak... read more

Kiedy klient chce taniej

‚Kochane, pomóżcie, nie wiem, co mam zrobić. Mój główny klient domaga się znaczącej obniżki cen, a ja po prostu nie mogę się na to zgodzić – już pracuję na granicy opłacalności. Boję się, że jak mu odmówię, pójdzie do konkurencji, a jeśli się zgodzę, chyba rzucę tę robotę!’ napisała Katarzyna   Rozmowy o pieniadzach bywają trudne. Szczególnie, jeśli dajesz z siebie naprawdę dużo, a to, co robisz jest ważne i potrzebne innym. A klienci wnoszą swoją dezaprobatę, wymagania i oczekiwania. Żeby produkt był lepszy, tańszy, inaczej opakowany. Komu nigdy nie przemknęła przez głowę myśl, że o wiele lepiej by się pracowało, gdyby nie Ci klienci ręka w górę. (Nie widzę?) Takie rzeczy się zdarzają. Czasami częściej, czasami rzadziej. Mały mamy wpływ na to, żeby się nie zdarzały. Dużo więcej wpływu mamy na to, jak sobie z nimi radzimy. Jakże łatwo w takiej sytuacji zobaczyć tylko dwie opcje – ulegam albo tracę klienta. Z intencją dbania o klienta częściej pewnie odpuszczamy i ulegamy. Ustawiamy warunki współpracy na granicy opłacalności, jak Katarzyna – bo przecież trzeba pracować, zarabiać, a klient nasz pan. I czasami rzeczywiście odpuszczenie jest najlepszym rozwiązaniem – tak długo jak Ci służy. Tak długo, jak jest to zgrane z Twoimi potrzebami i celami. Ale automatyczne korzystanie z tego rozwiązania doprowadzić Cię może do konstatacji, że może coś z Toba jest nie tak, że Ci się zdarzają sami tacy klienci. albo że ten świat/biznes jest trudny, wymagający, po prostu nie dla Ciebie. Taka konstatacja to już ostatni dzwonek przed okopaniem się na pozycji „ja biedulka, straszny klient”. Pozycja ta może wprawdzie być bardzo wygodna – zapewnia paliwo na długie... read more

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Początek listopada ma dla mnie szczególne znaczenie. Kiedy zapalam świece na grobach bliskich, z każdym upływającym rokiem biorę ten gest bardziej do siebie. Pamiętam, że jako dziecko traktowałam spotkania na cmentarzu jako zabawę, świetną okazję do spotkania moich dawno nie widzianych kuzynów. Kiedy byłam starsza, te wyprawy weszły w kategorię zadań do wykonania. Ale tak od przekroczenia czterdziestki coś się zmieniło. W głowie nie mam już tej bezczelnej pewności, że przede mną więcej niż mniej. Choć wiem, że była złudna, jakoś w nią wierzyłam. A teraz? Teraz jest we mnie słodko-gorzka wdzięczność, doprawiona szczyptą lęku – dziękuję, że mogę tu być. Proszę, cicho proszę o jeszcze… Niemal namacalnie czuję, że czas to największe dobro, które mam. Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to jedyne dobro, które mam tak naprawdę. Że każde inne jest w jakiś sposób mu podrzędne. Że nie warto się szarpać, walczyć, rozmieniać na drobne, wykonywać czynności zastępczych, by nie tracić tego daru. Że warto czasem odpuścić. I to właśnie odpuszczanie nie daje mi ostatnio spokoju. Rozmawiamy o nim dużo z Izą. Szukamy pewności, jak rozpoznać prawdziwe odpuszczanie, takie wynikające z umiejętności odróżnienia ziarna od plew od tego, który jest zaniechaniem, zmarnowaniem energii, zasobów, poddaniem się, umniejszeniem własnego potencjału. Mamy taką obserwację, że w domu, w życiu prywatnym przychodzi nam to odróżnić jakoś łatwiej. Znamy siebie, wiemy na co w życiu stawiamy, z większą pewnością odróżniamy co dla nas ważne, a co mniej ważne. Z pewnością pomogły nam w tym lata rozwoju osobistego, gdy podczas tak zwanej pracy nad sobą miałyśmy szansę z empatią usłyszeć swoje potrzeby i tęsknoty, zaufać im i pozwolić sobie na nie.... read more

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Wiele z nas, kobiet dążących do zmiany relacji z pieniędzmi żywo reaguje na hasło ‚OSZCZĘDZANIE’ ‚Ojej, oszczędzanie – to dramat!’, ‚nie cierpię oszczędzać’, ‚no, wydawać potrafię z lekkością, oszczędzanie mi nie po drodze!’, ‚wiem, że muszę, ale zupełnie nie mogę się za to zabrać’, ‚tylko mi nie mów, że muszę oszczędzać. Budżet mam już tak napięty, że nie mam z czego”, ‚chciałabym, marzę o tym, a nie daję rady’ To oszczędzanie to taki okropny temat! 🙂 Okropny i fascynujący zarazem. Nie oszczędzamy, bo dość mamy trudności, ograniczeń i zmęczenia, żeby dodawać ich sobie więcej (a oszczędzanie postrzegamy jako ograniczanie się). Albo wprost przeciwnie: oszczędzamy jak szalone. Wyłącznie oszczędzamy, ważąc każdą złotówkę i odmawiając sobie. Bo wiemy, że tak trzeba. Tylko czasem wahadełko się odbije w drugą stronę i popuszczamy w wydawaniu, bo to (przynajmniej na początku) bardziej nasze niż oszczędzanie. Masz podobnie? Pamiętam, jak w podstawówce oszczędzaliśmy klasą na SKO. Co tydzień przynosiliśmy pieniądze do wychowawczyni, ona zapisywała nam na książeczkach. Potem było porównywanie tych wpisów pod kątem kto ma więcej. I jeszcze ranking, która klasa ile zebrała. Fajnie było się ścigać i sprawdzać, kto jest lepszy, kto ma więcej… A przy okazji odłożyłam 280 złotych! Założenie było takie, żeby, przy okazji rywalizacji budować zdrowe nawyki finansowe i oswajać się z tym, że oszczędzanie jest fajne. I rzeczywiście było fajnie – do dziś pamiętam, ile radości było z tego porównywania, kto jest lepszy. I jaką miałam motywację, by nie kupować lodów, tylko wpłacić kilka złotych więcej na książeczkę! W ogóle ograniczeniem nie było to, że tych lodów nie kupuję, mimo, że je uwielbiałam… Tylko dlaczego nie utrwaliło mi się, że oszczędzanie jest... read more

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

Nie wiem, czy ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam Powiśle. Od czasów, kiedy sprowadziłam się do Warszawy (w tym roku świętować będę dwadzieścia lat!) zmieniło się tu bardzo. Pamiętam, że jednak nawet wtedy Powiśle miało to coś i miałam inwestycyjnego nosa:-) Gdy szukaliśmy naszych czterech kątów, namawiałam mojego męża na mieszkanie w urokliwym, starym domu blisko Wisły. A on, Warszawiak, patrzał na odrapane kamienice i twierdził, że jest tu wilgotno, niebezpiecznie i że wieki miną, zanim cokolwiek się w tej dzielnicy zmieni. Pomylił się, na szczęście:-) Dzisiaj Powiśle jest modne, eleganckie, pachnące kawą i wegańskim jedzeniem, młode, bo studentów dużo, drogie i jak to mawia moja córka nastolatka, „posh”. Z powodu bycia grzeczną żoną (te dwadzieścia lat temu;-) nie mieszkam tu, niestety, ale lubię ten moment, kiedy na przykład moje włosy bardzo już potrzebują zobaczyć się z moją ukochaną fryzjerką Dorotą i mogę zaplanować sobie powiślańskie pół dnia. A że właśnie dzisiaj nadszedł TEN DZIEŃ, siedzę nad hipsterską kawą z aeropressu, piszę dla Ciebie post i właśnie skusiłam się na kokosowe ciasteczko… I niczym Proust dzięki swojej magdalence, nagle poczułam się jak w Hadze. Bo Powiśle bardzo mi ją przypomina. Podobny duch. I podobny posmak jakby lżejszego życia. A skoro tak, pomyślałam, to może już czas na podsumowanie tego, czego tam nauczyłam się o pieniądzach? Długo zbierałam się do tego podsumowania, bo kojarzy mi się ono z nieuniknionym zamknięciem, pożegnaniem haskich dni. Powrotem na dobre tutaj. Bo pewnie dopiero za rok, przy pomyślnych wiatrach,  będę znów pić poranną kawę, patrząc, w jakim nastroju jest dzisiaj morze. Czy pieni się wielkimi bałwanami, czy tylko lekko się marszczy i łagodnie zaprasza do... read more

I znów ten girl power:-)

Na Haagse Markt można kupić świeżutkie ryby i małże. I 3 mango za 1 Euro. Melona za 50 centów, a awokado za jeszcze mniej. Jakieś dwa – trzy razy taniej niż na mieście. Ręcznie robiony chleb. Kawę ze stewią (to już dużo drożej niż w zwykłym sklepie). Z jednej strony bywa naprawdę tanio, z drugiej całkiem drogo, za to hand-made i cymesik. Pachnie miętą, makrelą i arabskimi perfumami. Zwoje materiałów wabią kolorami niczym kolorowe motyle, ubrania trzepoczą na wietrze, a kawałek dalej – szmelc, mydło i powidło. Niektórzy sprzedawcy przekrzykują się znad swoich stoisk, inni stoją wpatrzeni w dal, ćmiąc ze spokojem swoje fajki. Nic dziwnego, że szóstka, tramwaj którym można dotrzeć na targ z dworca, bywa przepełniony. A to rzadkość w Hadze, bo i bilety dość drogie, i ścieżki rowerowe tak genialne, że aż grzech nie korzystać. No, ale z wózeczkiem na zakupy, maluchami u boku, dzieckiem przy piersi i pełnymi siatami, rowerem nie da rady – chyba, że jest się zaprawioną w codziennej jeździe Holenderką, wiozącą jedno dziecko na siodełku z przodu i dwójkę w wózeczku przymocowanym z tyłu. Ale na Haagse widać więcej imigrantek. Siedzę w zatłoczonej szóstce i nagle zdaję sobie sprawę, że w zasadzie są tu same kobiety. No nie 100%, ale panów zdecydowanie dużo mniej. Kobiety w chustach i bez chust, w długich sukniach i w mini, starsze i bardzo młode, z torbami, wózeczkami, plecakami. Rozmawiające ze sobą w różnych językach. Otoczone dziećmi albo z dziećmi na rękach. Matki, żony, opiekunki. W drodze na targ. Zmęczone maleństwo zasypia w wózku. Dwie kobiety przechodzą dalej, za wózek, żeby usiąść na wolnych miejscach. Pierwsza nie... read more

A ja? Co mogę teraz zrobić?

Jakie masz skojarzenie, kiedy słyszysz Holandia? Otwartość? Tolerancja? Autentyczność ludzi morza, bo przecież na morzu nie ma ściemy? Ja tak mam, więc kiedy życie przyniosło mi możliwość pomieszkania w Królestwie Niderlandów przez dwa miesiące, niemal zapiałam z zachwytu. Dojrzały system polityczny, jeden z pierwszych krajów, który otworzył rynek pracy dla imigrantów tuż po naszym wejściu do Unii, niedawny oddech ulgi po wyborczej klęsce populisty Geerta Wildersa. Będę tu dłużej niż trwają zwykłe wakacje, cieszę się, że posmakuję jak działa komunikacja w takim europejskim wydaniu. Przed wyjazdem lekki zamęt, ale staram się ogarnąć temat. Kupuję kurs niderlandzkiego, mam marzenie móc zamienić chociaż parę zdań z mieszkańcami w ich języku. Czytam o historii i kulturze. Załatwiam ubezpieczenie. Jeszcze wizyta w banku, chcę mieć na start trochę EURO, bo bywa podobno, że karty nie zawsze są akceptowane. Jest pięknie. Pogoda dopisuje. Morze cudne. Wybieram się z czteroletnią córką po zakupy. Jak miło mijać sąsiadów, którzy mówią dzień dobry i odwzajemniają uśmiech. Moja mała przytula Trackera z Psiego Patrolu. Mięknę, bo cena dużo korzystniejsza niż w Polsce. Wyciągam nowiutki banknot 100 Euro. Taki dostałam w banku. Legalnym, w moim kraju, należącym do Unii Europejskiej. Z twarzy ekspedientki znika uśmiech. Sorry, we do not have so much money to give you back. Karty Visa też niestety nie akceptują. Ok. To zrobię najpierw zakupy w spożywczym. Popularna sieciówka. Ludzie płacą gotówką. Ale ja nie mogę. Sorry, we don’t have so much money. Uśmiech. Dobra, zapłacę kartą (tym razem udało się), a rozmienię przy okazji zakupów w drogerii. Niestety, też nie mają tyle w kasie. Najwyraźniej trafiająca tam gotówka w trybie natychmiastowym zostaje teleportowana do banku. Ale nie poddaję się. Znajduję w necie najbliższy bank, kolejki nie... read more

Więcej inspiracji o zdrowych relacjach z pieniędzmi znajdziesz w newsletterze

Kliknij, by sięgnąć po Bilet do Szczęścia:-)