Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Na ostatnim spotkaniu mojego ulubionego kobiecego biznesowego kręgu wywołała się spora dyskusja. O tym, czy to niedobrze zostać w domu i poświęcić się dzieciom, bo wypada się z gry. O tym, że może wcale nie źle, no bo przecież dobro dzieci. O tym, że jak postawi się na jedno, to umyka drugie, a jak na drugie, to cierpi pierwsze. Albo jak to sobie poustawiałyśmy, żeby jednak nie umknęło, chociaż było ciężko. Najpierw wciągnęłam się w rozmowę. A potem przyszła myśl: dziewczyny, po co my to sobie robimy?

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.

Po co tak chętnie i łatwo krytykujemy swoje wybory z kiedyś i obwiniamy siebie za brak owoców teraz? Żeby nie było - sama jestem w tym całkiem niezła. Do dzisiaj supeł mi się robi na żołądku, kiedy przypominam sobie, że gdybym te parę lat temu docisnęła mojego męża w sprawie kupna pewnego domu w Łomiankach, zwrot z inwestycji byłby siedmiokrotny. Ale nie docisnęłam i nie ma. A choć spotkanie, o którym opowiedziałam Ci na początku odbyło się już jakiś czas temu, ciągle pamiętam żal i niepokój dziewczyny, która podzieliła się z innymi opowieścią, że, o zgrozo, została w domu i o zgrozo, zakopała się. A ja pluję sobie w brodę, że, zamiast szukać jasnej strony w tamtym, nie zapytałam jej po prostu - posłuchaj, a jakie to ma znaczenie dla Ciebie TERAZ?

Czego TERAZ  potrzebujesz?

Na to, co już się wydarzyło, nie masz już wpływu. Prawda jasna jak słońce, a jednak gmeramy w tej przeszłości, ile wlezie. Ile tam łez, skurczów żołądka, wyrzutów sumienia. Mogłam była, powinnam była, trzeba było... Kurczę, już ponad dwa tysiące lat temu moja ulubiona szkoła filozoficzna, stoicy, nauczali, że jeśli coś pozostaje poza obszarem twojego wpływu, daruj to sobie. Bo inwestowana tam energia nie ma szans na zwrot. Lepiej zainwestować ją tam, gdzie ten wpływ masz. Czyli w TERAZ. Czy dokładanie sobie, że wtedy zrobiłaś to czy tamto cokolwiek zmieni? Czy czujesz, że karmi Cię energią do życia? Nie? To może warto sobie odpuścić? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Pamiętasz to zdanie z dziecięcej wyliczanki?

Opłacz i działaj.

No dobra, powiesz. Ale to wcale nie jest takie łatwe. Nie chcę zamiatać pod dywan. Moja ukochana filozofia życiowa - Porozumienie bez Przemocy ma na takie okazje sprawdzoną podpowiedź. Bo skoro, choć przeszłość pozostaje poza obszarem naszego wpływu, tak chętnie się w niej biczujemy, musi jednak być w nas coś, co nie całkiem wtedy umarło. I woła rozpaczliwie, jak spod ziemi.

Tym czymś są nasze niespełnione potrzeby. Potrzeby w rozumieniu Porozumienia bez Przemocy to naturalny motor wszystkich ludzkich działań, życiowa energia, która chce się zadziać. Są uniwersalne, niezależne od wieku, płci, miejsca zamieszkania, stanu konta. Różnią się tym, że albo mamy je w danym momencie zaspokojone, albo nie. I tym, że na spełnienie wybieramy różne sposoby działania, czyli różne strategie. Czasem na warsztatach słyszę, jak dziewczyny mówią - potrzebuję pieniędzy. OK. A po co? Pomysłem na jaką potrzebę są dla ciebie pieniądze? Bezpieczeństwo? Uznanie? Akceptację? Wpływ? Kiedy udaje nam się dotrzeć do tej potrzeby, okazuje się często, że nie tylko pieniądze są sposobem na jej nakarmienie. A gdy przestaje być głodna, zajmowanie się pieniędzmi przychodzi dużo łatwiej.

Za naszymi wyborami kryją się różne potrzeby - te spełnione i te niespełnione, myślę, że jeśli nasz wybór po latach ciągle nam dokucza, to w grę wchodzą te drugie. Kiedy przypominam sobie niedoszłą inwestycję w Łomiankach, zgaduję, że potrzeby, jakie udało mi się wtedy spełnić to był na pewno spokój (także w domu), ale też bezpieczeństwo, wolność i lekkość (bo jednak bez kawałka kredytu by się nie obyło). A niespełnione? Ha, również bezpieczeństwo (które po czasie ta inwestycja by przyniosła), sprawczość, rozwój, zaufanie do siebie. Sporo tego! Nic dziwnego, że ciągle mnie podgryzają. I co z tym fantem teraz zrobić? Porozumienie bez Przemocy podpowiada, że takie niespełnione potrzeby warto nazwać i uszanować, opłakać. To trochę jak żałoba po czymś, co nieodwracalne. A potem, po opłakaniu, zastanowić się, czy ta potrzeba we mnie jest nadal TERAZ żywa. Jest? No to co mogę TERAZ zrobić, żeby ją spełnić?

Dobre z przeszłości

Zauważyłaś, że jeśli chodzi o sukcesy, to jakoś szybciej przechodzimy nad nimi do porządku dziennego? Nie znam zbyt wielu osób, które z taką samą uwagą rozkładają na czynniki pierwsze składowe swojego sukcesu sprzedażowego sprzed dwóch lat. Za to porażkę i owszem. A gdy tak, dla równowagi, kiedy zaczynają nas targać demony z przeszłości, pozwolić sobie także na przywołanie przeszłych aniołów? Tych wszystkich razów, kiedy zrobiłaś, osiągnęłaś, udało się? Świętowanie potrzeb, które wtedy spełniłaś dodaje nowej energii do działania, sprawdziłam to na sobie wielokrotnie. Ba, to działa nawet wtedy, gdy nie wyszło. Bo jeśli udaje mi się dotrzeć do tego, jakie potrzeby spełniłam w sytuacji, w której podjęłam jakąś decyzję, a teraz ją podważam, zyskuję nowy ogląd na sprawę. Kiedy myślę teraz o mojej niedoszłej inwestycji, widzę, że w tamtym czasie spokój w moim związku był naprawdę potrzebny. Tym bardziej szkoda sobie teraz tę decyzję wyrzucać! I chyba nie przypadkiem trafiłam dzisiaj na Fejsie na cytat Berta Hellingera: "wszystko dobre, co ma się zdarzyć, zdąży się zdarzyć".

468 ad
  • Justyna

    Świetny tekst, dziękuję.

    • Ewa

      Bardzo dziękuję Justyno

  • Małgorzata Sambor-Cao

    Wtedy kiedyś podjęliśmy najlepsza możliwą decyzję na wtedy. Nie mieliśmy wiedzy z teraz. Nie można na podstawie informacji posiadanych w chwili obecnej oceniać przeszlosci. To znaczy możemy 😊 Tylko po co? By poczuć ten ścisk w żołądku? Bez sensu. To co było było. Żyjemy teraz 😊

    • Ewa

      Tak!❤️

  • Ilona

    hej! Tak się składa, że chyba piszesz o mnie- to ja byłam tą „o, zgrozo!” ;-). Postanowiłam zostawić komentarz, bo wkradło się jakieś nieporozumienie- ja nie żałuję, że zostałam z dziećmi, bo wiem, że nie miałam siły, by robić coś więcej.
    Ja żałuję, że nie dostrzegałam swoich potrzeb. Mój komunikat, którym się podzieliłam był wynikiem tego, że poczułam ścisk w żołądku, że wszystkie kobiety wyciągają ze swoich doświadczeń te „anioły” a moje życie wydaje się takie „nudne” na ich tle (nie robiłam konferencji, nie ciągnełam „5 srok za ogon”, nie karmiłam piersią podczas spotkań biznesowych i mało tego, nie uważałam tego za sensowne :)).
    To spotkanie pokazało mi, jak to właśnie my, kobiety wywieramy na sobie presję, aby działać i zgrabnie to wszystko łączyć. Jak łatwo się oceniamy i mówimy „nie mogłabym tak jak ona”.
    Zabrakło mi na tym spotkaniu mądrego przewodnictwa i przestrzeni do wyrażenia się.
    Ale cieszę się, że miałam szansę tam właśnie rozpoznać swoją potrzebę i o nią zawalczyć, bo poczułam niepotrzebną presję. Cenne doświadczenie, mam nadzieję, że Moderatorka spotkania również wyciągnęła z tej sytuacji stosowne wnioski, dla dobra kolejnych spotkań!
    Pozdrawiam Cię, Ewo, dobrze się Ciebie czyta! 🙂 Ilona

    • Ewa

      Cześć Ilona! Nie zapamiętałam Ciebie jako tej „o zgrozo!”:-) Po tym naszym spotkaniu ciągle chodziło mi po głowie to, że z oceną danego wyboru i porównywaniem tych naszych wyborów wiąże się jakieś napięcie. Które wcale nie służy. I tak jak piszesz – same to sobie robimy. Strasznie mnie ucieszyło, że napisałaś, że odkryłaś swoją potrzebę i siłę, żeby za nią stanąć. Dziękuję Ci, że napisałaś i zapraszam częściej – fajnie mi się pisze, jeśli choć trochę mogę sobie wyobrazić, Kogoś, kto czyta po drugiej stronie:-)