Kiedy klient chce taniej

Kiedy klient chce taniej

'Kochane, pomóżcie, nie wiem, co mam zrobić. Mój główny klient domaga się znaczącej obniżki cen, a ja po prostu nie mogę się na to zgodzić - już pracuję na granicy opłacalności. Boję się, że jak mu odmówię, pójdzie do konkurencji, a jeśli się zgodzę, chyba rzucę tę robotę!' napisała Katarzyna

 

Rozmowy o pieniadzach bywają trudne. Szczególnie, jeśli dajesz z siebie naprawdę dużo, a to, co robisz jest ważne i potrzebne innym. A klienci wnoszą swoją dezaprobatę, wymagania i oczekiwania. Żeby produkt był lepszy, tańszy, inaczej opakowany.

Komu nigdy nie przemknęła przez głowę myśl, że o wiele lepiej by się pracowało, gdyby nie Ci klienci ręka w górę. (Nie widzę?)

Takie rzeczy się zdarzają. Czasami częściej, czasami rzadziej. Mały mamy wpływ na to, żeby się nie zdarzały. Dużo więcej wpływu mamy na to, jak sobie z nimi radzimy.

Jakże łatwo w takiej sytuacji zobaczyć tylko dwie opcje - ulegam albo tracę klienta. Z intencją dbania o klienta częściej pewnie odpuszczamy i ulegamy. Ustawiamy warunki współpracy na granicy opłacalności, jak Katarzyna - bo przecież trzeba pracować, zarabiać, a klient nasz pan. I czasami rzeczywiście odpuszczenie jest najlepszym rozwiązaniem - tak długo jak Ci służy. Tak długo, jak jest to zgrane z Twoimi potrzebami i celami.

Ale automatyczne korzystanie z tego rozwiązania doprowadzić Cię może do konstatacji, że może coś z Toba jest nie tak, że Ci się zdarzają sami tacy klienci. albo że ten świat/biznes jest trudny, wymagający, po prostu nie dla Ciebie. Taka konstatacja to już ostatni dzwonek przed okopaniem się na pozycji "ja biedulka, straszny klient".

Pozycja ta może wprawdzie być bardzo wygodna - zapewnia paliwo na długie rozmowy i narzekania na temat tego, jak jest trudno i źle, i jakie jesteśmy biedne, niemniej nie prowadzi do zmiany inaczej niż tej przeprowadzonej na wysokim poziomie frustracji i działań, z których później możesz nie być dumna. Trwanie w bidulkowaniu nie poprowadzi Cię do rozwoju i do pracy w zgodzie ze sobą i poczuciu sensu.

Co zrobić, gdy nie chcesz ulegać ani tracić klienta?

Niezależnie od tego, czy delektujesz się tym, jak jest trudno, albo tym jak jesteś biedna czy też blisko Ci do działania na wysokiej frustracji, zachęcam Cię do rozważenia kilku faktów. Może wydadzą Ci się oczywiste, przywołam je jednak z premedytacją, bo ich oczywistość sprawia, że często o nich zapominamy:

1. Klient jest OK. Tak samo jak Ty.

Ani Ty nie jesteś biedna ani klient nie jest straszny. Złościsz się nie dlatego, że coś jest nie tak z Tobą czy klientem, ale dlatego, że w związku z jego działaniami jakieś Twoje ważne potrzeby są niezaspokojone.
Oddzielenie człowieka od jego działania zdecydowanie ułatwi zmianę sytuacji. Łatwiej negocjować zmianę działania niż całego człowieka i większe szanse na sukces. Zresztą pewnie coś w tym kliencie jest takiego, że nie chcesz kończyć z nim współpracy?

Katarzyna frustrowała się tym, że klient stawia przed nią duże wymagania, proponując obniżenie i tak już niskiej ceny sprzedawanego przez nią produktu.

Propozycja klienta naruszała opłacalność całej relacji biznesowej i dlatego Katarzyna nie chciała się na to zgodzić.

2. Klient ma swoje prawa. Tak samo jak Ty.

Dawne powiedzenie 'Klient nasz pan' łatwo stawia nas w relacji podległości w stosunku do klienta. Tymczasem relacja biznesowa (jak każda inna) jest i może być relacją partnerską.
Klient ma prawo dbać o siebie i o swoje zyski dokładnie tak samo jak Ty masz prawo dbać o swoje potrzeby (w tym też o swoje przychody).

To jest jak najbardziej OK, by dbać o siebie. Niezależnie od tego, czy jesteś klientem, czy kontrahentem.

3. Są rozwiązania, które pasują obu stronom. Nikt nie musi ustępować.

Świat ma dużo więcej rozwiązań niż jesteś w stanie sobie wyobrazić
Kto powiedział, że wygrać mozna tylko wtedy, gdy ktoś przegrywa?

Tak się dzieje, jeśli pozwalamy, by tylko jedna strona była wygraną - gdy ulegamy odpuszczając swoje ważne potrzeby, lub gdy się usztywniamy ignorując ważne potrzeby drugiej strony.

Tymczasem istnieje mnóstwo rozwiązań, które pozwalają wygrać obu stronom.

Relacja biznesowa (jak każda inna) to nie mistrzostwa sportowe. Mistrzów może być dwóch.

Czasami trudno nam te możliwości zobaczyć, bo jesteśmy mocno przywiązani do tego, co nam się sprawdziło. Czasami potrzebujemy impulsu, by popatrzeć na sytuację z dystansu. Katarzyna poprosiła o pomoc. Określiła, że byłaby w stanie pójść na proponowaną przez klienta cenę jeśli będzie szło to w parze ze większonymi zamóieniami produktu uzupełniającego - przy tym warunku atrakcyjność całej transakcji była zdecydowanie korzystna.

4. Masz więcej wpływu Ci myślisz.

Możesz sama zwiększyć liczbę dostęnych opcji i wyjsć poza schemat ulegam-odmawiam. To że widzisz tylko te dwie opcje, to kwestia automatu. Twojego autopilota, który kieruje Twoimi działaniami, by oszczędzić Ci wysiłku. Jeśli tylko zatrzymasz się, by ręcznie zmienić program, zobaczych, jak dużo ich możesz wygenerować. To tylko kwestia wprawy.

Przede wszystkim – określ, czego chcesz. Nie tylko, czego nie chcesz, ale jak by to iało być, żeby było inazcej, biżej tego, co chce klient, ale korzystniej dla Ciebie.

Czy na pewno propozycja złożona przez klienta jest nie do przyjęcia pod żadnym pozorem i w żadnych warunkach? Co musiałoby się zmienić, abyożna ja było przyjąć? Co by się musiało zmienić, byś zmiana przyniosła korzyści również Tobie?

Gdy tylko Katarzyna zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie chodzi jej o rabat czy cenę końcową, ale o jej przychody czy zyski, i że ona po prostu chce zarabiać bez szarpania się, miała większą otwartość na to, żeby rozmawiać o rabatach. I szukać korzyści dla siebie.  Sytuacja, w której się znalazła okazała się być grą, w której obie strony mogą zyskać.

5. To, że czegoś nigdy nie robiłaś, nie znaczy, że się nie da przeprowadzić.

To tylko kwestia uważności i świadomego oderwania się od automatycznych programów. Kiedy zadasz sobie pytanie: "Czego ja chcę? Czego potrzebuję?" ze świadomoscią, że to jest OK, że czegoś chcesz i potrzebujesz, jesteś na dobrej drodze ku temu, by wyjść z zaklętego koła biedulka-monster i po prostu urosnąć.
Na pocztątku klient Katarzyny trochę oporował i upierał się, że chce tylko niższej ceny. Ale gdy okazało się, że może mieć więcej nie tracąc nic, po kilku mailach udało się ustawić nowe zasady współpracy, które pasowały tak samo jemu jak i Katarzynie.

Zamiast ulegać i odmawiać udało się porozumieć.

Co było kluczem do sukcesu?

  1. Poszukiwanie sytuacji, w której i wilk jest syty i owca cała
  2. odważenie się do podjęcia rozmowy na zasadach partnerskich. Przełamując lęk o stratę klienta. Który to lęk kręci najlepsze i najbardziej wciągające filmy w naszych głowach. (Pewnie sama z resztą wiesz, że te filmy z rzadka oparte sa na faktach...)

 

A Ty co zrobisz, gdy Twój klient zażąda więcej niż będziesz chciała/mogła zaoferować? Ulegniesz? Czy odmówisz?

 

 

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Początek listopada ma dla mnie szczególne znaczenie.

Kiedy zapalam świece na grobach bliskich, z każdym upływającym rokiem biorę ten gest bardziej do siebie. Pamiętam, że jako dziecko traktowałam spotkania na cmentarzu jako zabawę, świetną okazję do spotkania moich dawno nie widzianych kuzynów. Kiedy byłam starsza, te wyprawy weszły w kategorię zadań do wykonania. Ale tak od przekroczenia czterdziestki coś się zmieniło. W głowie nie mam już tej bezczelnej pewności, że przede mną więcej niż mniej. Choć wiem, że była złudna, jakoś w nią wierzyłam. A teraz? Teraz jest we mnie słodko-gorzka wdzięczność, doprawiona szczyptą lęku - dziękuję, że mogę tu być. Proszę, cicho proszę o jeszcze...

Niemal namacalnie czuję, że czas to największe dobro, które mam.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to jedyne dobro, które mam tak naprawdę. Że każde inne jest w jakiś sposób mu podrzędne. Że nie warto się szarpać, walczyć, rozmieniać na drobne, wykonywać czynności zastępczych, by nie tracić tego daru. Że warto czasem odpuścić.

I to właśnie odpuszczanie nie daje mi ostatnio spokoju.

Rozmawiamy o nim dużo z Izą. Szukamy pewności, jak rozpoznać prawdziwe odpuszczanie, takie wynikające z umiejętności odróżnienia ziarna od plew od tego, który jest zaniechaniem, zmarnowaniem energii, zasobów, poddaniem się, umniejszeniem własnego potencjału. Mamy taką obserwację, że w domu, w życiu prywatnym przychodzi nam to odróżnić jakoś łatwiej. Znamy siebie, wiemy na co w życiu stawiamy, z większą pewnością odróżniamy co dla nas ważne, a co mniej ważne. Z pewnością pomogły nam w tym lata rozwoju osobistego, gdy podczas tak zwanej pracy nad sobą miałyśmy szansę z empatią usłyszeć swoje potrzeby i tęsknoty, zaufać im i pozwolić sobie na nie.

Ale w biznesie wcale nie przychodziło mi to tak łatwo.
Znam dobrze ten stan, kiedy lista zadań do wykonania jest ambitna i długa jak spaghetti. Bo pracuję na zysk, nie odpuszczam sobie. Działam. Jestem solidna i sumienna, więc potrafię się zawziąć i odhaczać po kolei. Ale znam też poczucie braku równowagi, do jakiego takie działanie prowadzi. Wiem, co to znaczy zapracować się niemal na śmierć, a w każdym razie na pewno do momentu, kiedy ciało mówi: dość, dalej nie poniosę; znam ten moment, kiedy rzucam wszystko w diabły i poddaję się, bo jestem tak zmęczona, że już nawet koszty poniesionych nakładów nie są w stanie mnie motywować dalej. Znam go i nie chcę go już do mnie zapraszać.

No i znowu pojawia się pytanie - co mogłam wcześniej odpuścić? Pół biedy, jeśli jakieś podejmowane działania nie przekładały się na zyski. Wiadomo. Ale co zrobić, jeśli jednak się przekładały? Kiedy już, już myślałaś, że ten wysiłek to nie, bo nic nie dał, ale nagle pojawiał się klient, którego właśnie w ten sposób wypracowałaś? Z której aktywności zrezygnować? Mniej siebie dawać w kontakcie, czy może mniej angażować się PR-owo? Odpuścić social media czy wprost przeciwnie, właśnie tam dawać z siebie wszystko, bo wszelkie dane, które masz pokazują, że tam są Twoi klienci?

Postawić na kurs, który nauczy Cię mega wysokiej konwersji sprzedaży i iść dokładnie tym tropem? Czy odpuścić, bo widzisz, że sporo osób już tak robi i możesz zakładać, że siła rażenia będzie coraz mniejsza? Robić swoje i zaufać, że świat odpowie, czy przypominać o sobie światu, bo zapomni? Kiedy nie idzie tak, jak planowałaś, uznać, że odpuszczasz, bo to nie ta strategia, czy zaufać, skupić się na prawie manifestacji i raczej szukać blokad w sobie?

Kiedyś w biznesie mniej ufałam swojej intuicji, chętniej słuchałam innych.

W samym zeszłym roku liczba kursów, które miały mi pomóc rozjaśnić funkcjonowanie w biznesie albo rozwinąć jakieś moje kompetencje przekroczyła 10! Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale miałam w tym temacie ogromne pomieszanie. I zmęczenie. Do tego stopnia, że w czerwcu, wyjeżdżając do Hagi, zawiesiłam działalność. Z opcją, że naprawdę nie mam żadnej pewności, jaką decyzję podejmę, gdy wrócę.

Od mojego powrotu z Hagi minęły dwa miesiące. Zmieniło się sporo - pracuję na część etatu w mojej ukochanej Szkole Trenerów Empatii i znów prowadzę biznes szkoleniowy. Co najważniejsze dla mnie - z większą jasnością, co odpuszczać. Te dwa miesiące odpuszczenia właśnie, okazały się tym, czego potrzebowałam najbardziej. No dobra, a skąd wiedziałam, że odpuszczam, a nie poddaję się?

Zaufałam pytaniom, które moje życie osobiste doprowadziły do dokładnie takiego momentu, w jakim chcę być.

Nie chcę wciskać Ci tutaj kitu, że jest u mnie landrynkowo-różowo, a moje życie wygląda jak na Instagramie. Bo tak nie jest. Zycie jest życiem i przynosi różne momenty - strach o życie posuwających się mocno w latach rodziców, którzy dzwonią, bo gorzej się poczuli, choroby dzieci, zaskakujące w noc z niedzieli na poniedziałek, tarcia w związku, bo każdy z nas ma swoje potrzeby i jeszcze chciałoby się coś razem, tylko te grafiki jakoś stoją na przeszkodzie, kolejną zmarszczkę na czole, słabszy wynik tarczycy... Jednak kiedy uczciwie zadaję sobie codziennie pytania - co czuję i czego potrzebuję, i biorę za moje odpowiedzi odpowiedzialność, jest dobrze.

Czuję się jak statek, który jest wprawdzie łupinką na wzburzonym czasem oceanie, ale i łódkę ratunkowa mam, i o dobry radar zadbałam, i sonaru też mogę użyć jakby co. Ma w porcie zaufanego szkutnika, który pomoże, gdy sama nie daję rady. Sprawdzam stan łódki i na bieżąco naprawiam, gdzie przecieka; mam nawet linę, żeby podpłynąć do tych łódek, które chwilowo zagubiły się gdzieś w morzu i jakby co, dość siły, żeby je wesprzeć.

Skoro zadziałało w życiu, to czemu nie miałoby zadziałać w biznesie?!

Przez dwa miesiące w Hadze zadawałam sobie właśnie te dwa pytania: jak się czuję w kwestii mojego biznesu i czego potrzebuję? Nic więcej. Odpuściłam strategie. Odpuściłam produkty. Odpuściłam zadania. Czując w środku, że odpuszczam, ale nie poddaję się. Choć życie nie dawało żadnej pewności, gdzie te pytania mnie zaprowadzą.

Na ten moment zaprowadziły mnie do miejsca, w którym się wygodnie moszczę. Wiem, ile potrzebuję zarobić i mam jasność, że zarabianie to cel biznesu. (Kilka podpowiedzi, jak to określić, znajdziesz wkrótce na blogu). Wiem, ile potrzebuję czasu na regenerację i kontakt z rodziną. Na bycie przy sobie i pisanie książki. Prowadzą mnie uczucia - jeśli pojawia się frustracja, działam od razu - szukam, czego potrzebuję i sama lub przy wsparciu biznesowych mentorów szukam najlepszych strategii. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy już zyskałam całkowitą jasność co do moich potrzeb w biznesie, rozwiązania zaczęły przychodzić same.

A Ty, jak jest u Ciebie? Ogromnie ciekawią mnie strategie kobiet, które umieją odpuszczać i wiedzą jak to robić. Co jest Twoją nawigacją, która pomaga Ci wiedzieć, że jesteś na właściwej drodze? Że jeśli z czegoś rezygnujesz, to odpuszczasz, a nie marnujesz swój potencjał?

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Wiele z nas, kobiet dążących do zmiany relacji z pieniędzmi żywo reaguje na hasło 'OSZCZĘDZANIE'

'Ojej, oszczędzanie - to dramat!', 'nie cierpię oszczędzać', 'no, wydawać potrafię z lekkością, oszczędzanie mi nie po drodze!', 'wiem, że muszę, ale zupełnie nie mogę się za to zabrać', 'tylko mi nie mów, że muszę oszczędzać. Budżet mam już tak napięty, że nie mam z czego", 'chciałabym, marzę o tym, a nie daję rady'

To oszczędzanie to taki okropny temat! 🙂

Okropny i fascynujący zarazem.

Nie oszczędzamy, bo dość mamy trudności, ograniczeń i zmęczenia, żeby dodawać ich sobie więcej (a oszczędzanie postrzegamy jako ograniczanie się).

Albo wprost przeciwnie: oszczędzamy jak szalone. Wyłącznie oszczędzamy, ważąc każdą złotówkę i odmawiając sobie. Bo wiemy, że tak trzeba. Tylko czasem wahadełko się odbije w drugą stronę i popuszczamy w wydawaniu, bo to (przynajmniej na początku) bardziej nasze niż oszczędzanie.

Masz podobnie?

Pamiętam, jak w podstawówce oszczędzaliśmy klasą na SKO. Co tydzień przynosiliśmy pieniądze do wychowawczyni, ona zapisywała nam na książeczkach. Potem było porównywanie tych wpisów pod kątem kto ma więcej. I jeszcze ranking, która klasa ile zebrała. Fajnie było się ścigać i sprawdzać, kto jest lepszy, kto ma więcej... A przy okazji odłożyłam 280 złotych!

Założenie było takie, żeby, przy okazji rywalizacji budować zdrowe nawyki finansowe i oswajać się z tym, że oszczędzanie jest fajne.

I rzeczywiście było fajnie - do dziś pamiętam, ile radości było z tego porównywania, kto jest lepszy. I jaką miałam motywację, by nie kupować lodów, tylko wpłacić kilka złotych więcej na książeczkę! W ogóle ograniczeniem nie było to, że tych lodów nie kupuję, mimo, że je uwielbiałam...

Tylko dlaczego nie utrwaliło mi się, że oszczędzanie jest fajne?

Bo już jako dorosła strasznie tego nie lubiłam. Nie widziałam w nim sensu innego niż odmawianie sobie i ograniczanie się. Mimo, że racjonalnie przyjmowałam, że ważne, że potrzebne, że trzeba.

Do momentu, kiedy przeglądając swoje relacje z pieniędzmi pokojarzyłam różne fakty.

  1. Kompletnie nie pamiętam, co stało się z odłożonymi na SKO pieniędzmi. Wiem, że zebrałam 280 złotych i na tym koniec. Czy je w ogóle dostałam z powrotem? czy je wydałam na coś ważnego? czy się rozeszły? Brak danych. Czarna dziura.
  2. Wokół mnie byli ludzie, którzy dużo wydawali i na wiele mogli sobie pozwolić. Oraz tacy, którzy żyli oszczędnie i skąpili na wszystko. Czego chciałam dla siebie? Kto mnie inspirował? No, raczej ci pierwsi. Chciałam i ja móc sobie pozwalać na dużo, bo niby dlaczego mam się ograniczać?
  3. Słyszałam wiele historii o tym, jak przyszłość jest nieprzewidywalna i jak wiele osób w związku z tym traciło oszczędności życia, bo wojna, pożar, reforma, wymiana pieniędzy.

Jaki obraz mi z tego powstał?

Raczej oszczędzanie nie było wysoko w rankingu atrakcyjności. A że wszyscy mówią, że oszczędzać trzeba? Że w przyszłości będę  żałować? Przecież nie wiadomo, co będzie w przyszłości! Skoro może mi być dobrze albo teraz albo w przyszłości, której nie znam, to wolę teraz.

I tak się działo, oszczędzanie nie było ważne. Czasem jak coś zostało z puli, to odkładałam. Jeśli nie pojawiło się coś ważniejszego (zwykle się pojawiało).

Aż do momentu, kiedy zaczęłam sprawdzać, czy na pewno wybór jest 'albo - albo' i czy przypadkiem nie można mieć ciastka i go zjeść.

Wtedy skojarzyłam też, że oszczędzanie to komfort, władza. I wolność.

I że mogę decydować, czy chcę mieć tego komfortu, wolności czy władzy więcej teraz, czy jutro. Że mogę decydować, czy chcę wydać dziś, ale mniej, czy za chwilę, za to więcej? Decyzje są różne: czasem zdecydowanie wolę wydać już teraz. A czasem jednak ilosć komfortu i władzy jest wystarczająca i mogę je trochę odłożyć (w czasie i w portfelu).

Aby mieć ciastko i zjeść ciastko staram się pamiętać o komforcie i władzy dziś. I nie zapominać o nich na jutro. Dlatego też:

  1. Odkładam, zanim zacznę wydawać. Trawestując Scarlett o'Hara myślę sobie: 'O tych pieniądzach pomyślę jutro'. Zdecydowanie lepiej to brzmi, niż 'te pieniądze MUSZĘ odłożyć', czyż nie?
  2. Wiem, na co oszczędzam i ten cel jest dla mnie ważny. I namacalny. Nie tak po prostu, bo trzeba, albo na przyszłość, bo to naruszałoby ważną dla mnie potrzebę wolności i zaufania, że się wydarzy, bo ja konkretna jestem. Decyduję, na co odkładam te pieniędze. Bardzo konkretnie i szczegółowo. Na rzeczy, które są dla mnie ważne albo nie mieszczą się w zwykłym budżecie: buty droższe niż rozum akceptuje, dom w Bretanii na starość itp.. Dzięki temu przyjemnie i chętnie rezygnuję z części wydatków dziś, bo wiem, że to tylko przesunięcie w czasie w strone czegoś większego w dodatku.
  3. Dużo rzeczy automatyzuję - pieniądze same się przelewają i gromadzą tam, gdzie chcę, a ja nie muszę się nimi zajmować (i unikam pokus wydawania dziś). Dopieszczam w ten sposób swoją Strusią część, która nie przepada za zajmowaniem się pieniędzmi. (Więcej o Strusiach, Chomikach i Mikołajach dowiesz się z quizu - klik)
  4. Jeśli kupuję coś tańszego, rejestruję różnicę i na bieżąco decyduję, czy chcę ją zagospodarować dziś czy 'jutro'. Żeby nie było, że oszczędzam, oszczędzam i nic z tego nie mam. Zwiększa mi to spokój na temat tego, co się wydarzy w przyszłości.

I te wszystkie fane rzeczy, które na mnie czekają 'jutro' zbliżają się - mniejszymi czy większymi kroczkami. A niektóre okazuje się, są już dziś, bo, co najważniejsze:

5. Pozwalam sobie wydać na to, na co oszczędziłam. Nawet jeśli 'rozsądna' część mnie mówi, że to strasznie drogie. Bo po prostu realizuję umowę z samą sobą.

I to jest najprzyjemniejsze w całym oszczędzaniu.

 

A jak Ty się masz z oszczędzaniem? Napisz na w komentarzu - dla inspiracji swojej i  naszej, jako pierwszy krok do zmiany - Twojej czy naszej.

Serdeczności i do jutra 🙂

 

Jeśli chcesz sprawdzić swoje przekonania dotyczące pieniędzy, kliknij, by pobrać bezpłatny ebook „Przekonania i pieniądze”

 

 

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

Nie wiem, czy ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam Powiśle. Od czasów, kiedy sprowadziłam się do Warszawy (w tym roku świętować będę dwadzieścia lat!) zmieniło się tu bardzo. Pamiętam, że jednak nawet wtedy Powiśle miało to coś i miałam inwestycyjnego nosa:-)

Gdy szukaliśmy naszych czterech kątów, namawiałam mojego męża na mieszkanie w urokliwym, starym domu blisko Wisły. A on, Warszawiak, patrzał na odrapane kamienice i twierdził, że jest tu wilgotno, niebezpiecznie i że wieki miną, zanim cokolwiek się w tej dzielnicy zmieni. Pomylił się, na szczęście:-)

Dzisiaj Powiśle jest modne, eleganckie, pachnące kawą i wegańskim jedzeniem, młode, bo studentów dużo, drogie i jak to mawia moja córka nastolatka, "posh". Z powodu bycia grzeczną żoną (te dwadzieścia lat temu;-) nie mieszkam tu, niestety, ale lubię ten moment, kiedy na przykład moje włosy bardzo już potrzebują zobaczyć się z moją ukochaną fryzjerką Dorotą i mogę zaplanować sobie powiślańskie pół dnia.

A że właśnie dzisiaj nadszedł TEN DZIEŃ, siedzę nad hipsterską kawą z aeropressu, piszę dla Ciebie post i właśnie skusiłam się na kokosowe ciasteczko... I niczym Proust dzięki swojej magdalence, nagle poczułam się jak w Hadze. Bo Powiśle bardzo mi ją przypomina. Podobny duch. I podobny posmak jakby lżejszego życia. A skoro tak, pomyślałam, to może już czas na podsumowanie tego, czego tam nauczyłam się o pieniądzach?

Długo zbierałam się do tego podsumowania, bo kojarzy mi się ono z nieuniknionym zamknięciem, pożegnaniem haskich dni. Powrotem na dobre tutaj. Bo pewnie dopiero za rok, przy pomyślnych wiatrach,  będę znów pić poranną kawę, patrząc, w jakim nastroju jest dzisiaj morze. Czy pieni się wielkimi bałwanami, czy tylko lekko się marszczy i łagodnie zaprasza do kąpieli. Wieczorami delikatna słoneczna poświata będzie kłaść się na wydmach, niczym na obrazach Mondriana, a ja będę zła, że na zdjęciach tego nie da się uchwycić. I będę z ciekawością obserwować pewnych siebie nienachalnym, nieostentacyjnym bogactwem ludzi i myśleć o tym, czego mogę się od nich nauczyć.

Bo Holandia to dla mnie najlepsza nauczycielka relacji z pieniędzmi, jaką mogłam sobie wymarzyć. Moje serce ma w sobie wdzięczność za wszystkie lekcje, które przyniósł mi mój pobyt w Hadze. I dwiema najbardziej dla mnie żywymi bardzo chcę się nimi z Tobą podzielić:

1. FAJNIE JEST KORZYSTAĆ Z PIENIĘDZY i nie czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta.

Jak to, czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta?! Brzmi dla Ciebie jak kosmos? Ja też myślałam, że tak myślę:-) A jednak pewnego pięknego niedzielnego poranka, spacerując po haskim parku, spotkałam parę starszych państwa, niespiesznie jadących konno alejką. Byli sprawni, zdrowi, wyglądali na bogatych, szczęśliwych i spełnionych, a ja ze zdumieniem złapałam w mojej głowie lekceważącą myśl: no tak, ale co oni wiedzą o prawdziwym życiu? Braku kasy na leki, biedzie, wojnie...

No tak, pewnie wiedzą niewiele. Na pewno mniej niż moje babcie, dziadkowie, a nawet rodzice. Ale czy to, że los ich nie doświadczył (a tak naprawdę skąd o tym wiem?) i że umieją korzystać z dobrego życia i się nim cieszyć, powoduje, że ja jestem lepsza, a oni gorsi, płytsi? Przecież taki właśnie stan jest tym, o czym marzymy dla naszych dzieci, prawda? I wtedy w Hadze całą sobą poczułam, że "miecie" lepiej niż moi rodzice i przeszłe pokolenia nie jest zdradą. Nie jest złe. Że czas z szacunkiem odpłakać to, czego przez lata nie mieliśmy i nauczyć się żyć z tym, co mamy. I że to wcale nie jest takie łatwe. Ale za to bywa przyjemne:-)

2. Pieniądze są DLA LUDZI.

Holandia to bogaty kraj. Bardzo bogaty. Podatki są tu wysokie, zwłaszcza, gdy zarabia się więcej. Ludzie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale dokładnie wiedzą, na co te ich pieniądze są wydawane. Kraj jest bezpieczny, policję można spotkać niemal na każdym rogu. Przyjazną, wspierającą, nie polującą na mandaty. I jednocześnie bardzo konsekwentną. Jeśli wiadomo, że czegoś nie wolno, to nie wolno. Przekroczysz prędkość? Mandat dotrze do twojej skrzynki w ciągu dwóch dni, nie ma bata.

Edukacja - w systemie nastawionym na odrywanie i wzmacnianie zasobów i osobistych talentów dziecka - do 16 roku życia jest bezpłatna (szkoły Montessori również), a pojęcie ''prywatna służba zdrowia" wywoływało kompletne zdziwienie u Holendrów, z którymi rozmawiałam.

Jeśli zarabia się mało, podatki są niskie, a dofinansowania spore. Dzięki temu, nie zarabiając dużo, można godnie żyć. Z pewnością są osoby, które sądzą inaczej, ale sporo ludzi, a którymi rozmawiałam, właśnie tak twierdziło.

Na kolana rzuciła mnie jednak pewna scena, którą na zawsze zapamiętam. Rozgrywała się na molo w Scheveningen (takim naszym Sopocie:-)). Pewnego leniwego popołudnia, w środku tygodnia pod zadaszonym molo stanęła karetka. Dwóch pielęgniarzy wysunęło z niej przenośne łóżko, na którym leżała drobna, wychudzona staruszka, oddychająca z trudem przez rurki połączone z butlą. Pielęgniarze zawieźli łóżko pod ogromne szyby, wychodzące na morze. Starsza pani otwarła oczy. Świat na moment przystanął. Spacerujący po molo ludzie delikatnie omijali łóżko, a pani żegnała się z morzem, pewnie na zawsze. Jak bardzo życzę nam tu, w Polsce, takiego poziomu bezpieczeństwa finansowego, żeby taka sytuacja mogła się zdarzyć. Tak po prostu po ludzku, normalnie.

Pozdrawiam Cię ciepło z Powiśla! I bardzo jestem ciekawa, jakie są Twoje najważniejsze lekcje o pieniądzach i gdzie ich się nauczyłaś. Dasz znać?

I znów ten girl power:-)

I znów ten girl power:-)

Na Haagse Markt można kupić świeżutkie ryby i małże. I 3 mango za 1 Euro. Melona za 50 centów, a awokado za jeszcze mniej. Jakieś dwa - trzy razy taniej niż na mieście. Ręcznie robiony chleb. Kawę ze stewią (to już dużo drożej niż w zwykłym sklepie). Z jednej strony bywa naprawdę tanio, z drugiej całkiem drogo, za to hand-made i cymesik. Pachnie miętą, makrelą i arabskimi perfumami. Zwoje materiałów wabią kolorami niczym kolorowe motyle, ubrania trzepoczą na wietrze, a kawałek dalej - szmelc, mydło i powidło. Niektórzy sprzedawcy przekrzykują się znad swoich stoisk, inni stoją wpatrzeni w dal, ćmiąc ze spokojem swoje fajki.

Nic dziwnego, że szóstka, tramwaj którym można dotrzeć na targ z dworca, bywa przepełniony. A to rzadkość w Hadze, bo i bilety dość drogie, i ścieżki rowerowe tak genialne, że aż grzech nie korzystać. No, ale z wózeczkiem na zakupy, maluchami u boku, dzieckiem przy piersi i pełnymi siatami, rowerem nie da rady - chyba, że jest się zaprawioną w codziennej jeździe Holenderką, wiozącą jedno dziecko na siodełku z przodu i dwójkę w wózeczku przymocowanym z tyłu. Ale na Haagse widać więcej imigrantek.

Siedzę w zatłoczonej szóstce i nagle zdaję sobie sprawę, że w zasadzie są tu same kobiety. No nie 100%, ale panów zdecydowanie dużo mniej. Kobiety w chustach i bez chust, w długich sukniach i w mini, starsze i bardzo młode, z torbami, wózeczkami, plecakami. Rozmawiające ze sobą w różnych językach. Otoczone dziećmi albo z dziećmi na rękach. Matki, żony, opiekunki. W drodze na targ.

Zmęczone maleństwo zasypia w wózku. Dwie kobiety przechodzą dalej, za wózek, żeby usiąść na wolnych miejscach. Pierwsza nie zauważa, że rąbkiem chusty zahacza o dziecko, druga natychmiast ściąga materiał z buzi malucha i delikatnie przesuwa wózek, żeby zrobić tej starszej więcej miejsca. Mama dziecka uśmiecha się przepraszająco, bo mały pojazd toruje przejście, obie kobiety odwzajemniają jej uśmiech - ze zrozumieniem. Przyjaźnie kiwają głowami i zajmują się swoimi sprawami. Obok popłakuje mały chłopczyk, starsza pani przesuwa się na siedzeniu, żeby zrobić mu trochę miejsca. Mały siada, mocno trzymając mamę za rękę. Obie kobiety uśmiechają się do siebie nad jego główką. Przystanek Haagse Markt. Szybko, bez wielkiego halo, kobiety wynoszą wózki, dzieci, wózeczki. Płynnie, tu krok w bok, tam do przodu, tu przepuszczamy wózek, a tam staruszkę. Niczym wielki, wspólny organizm, miękki i sprawczy jednocześnie.

Patrzę na ten kobiecy taniec i w głowie pojawia mi się pytanie. Czy tak wyglądałby świat, gdybyśmy to my, kobiety nim rządziły? Ale nie na męskich zasadach, jak ma to miejsce teraz, tylko tak po naszemu, kobiecemu? Czemu ta nasza kobieca energia nie może się przebić wyżej, poza sprawczość codzienności? Jest miękka, nieagresywna. Ale czy to znaczy, że jest słaba? Patrząc na nasze codzienne zmagania, nie sądzę. Jest skuteczna jak nie wiem co! W dodatku jest kontakcie, w relacji, z uwagą na drugiego człowieka. Ponad podziałami (chusta czy bez chusty) wie, co jest ważne i czemu warto poświęcić uwagę, żeby to, co ma się zadziać, poszło do przodu.

- Mamo, ty znowu o tym girl power - mruczy moja nastoletnia córka, kiedy pytam, czy czuła tę energię w tramwaju. Tak, ja znowu o tym girl power. Bo coraz bardziej czuję, że ten rodzaj energii i współpracy, który zadział się tak po prostu, życiowo, w tym tramwaju, jest tym, czego nasz świat bardzo teraz potrzebuje. Wahadło produktywności ponad wszystko, presji, nacisku wychyliło się według mnie za daleko. Nawet my, kobiety gramy w tę grę i bywa, że jesteśmy dla siebie surowszymi sędziami niż panowie. Nie, nie marzy mi się Seksmisja 2, mam szacunek dla mężczyzn, tak samo jak do kobiet. Ale tęsknię za kobiecą jakością w zajmowaniu się światem. Niech się miesza z męską sprawczością i czyni ten świat bezpieczniejszym, przyjaźniejszym, współpracującym.

Pamiętam badanie Deloitte sprzed kilku lat, które dotyczyło wpływu płci na sposób działania w biznesie. Na podstawie analizy konkretnych zachować menedżerów, kobiet i mężczyzn, wyodrębniono taktyki wpływu i sposoby ich stosowania w relacjach podległych, nadrzędnych i równorzędnych. Mężczyźni najczęściej wybierali taktyki wymuszania i wymiany. Kobiety preferowały perswazyjne sposoby współpracy. Na krótką metę te pierwsze okazywały się bardzo skuteczne, na dłuższą, powodowały odpływ zdolnych pracowników i problemy z motywacją, zwłaszcza w trudniejszych ekonomicznie czasach. Kobiety budowały kapitał zaufania, a dzięki niemu w dłuższej perspektywie czasowej zarządzane przez nie działy/firmy wychodziły z kryzysów w lepszym stanie, a na co dzień cechowało je większe zaangażowanie pracowników i mniejsza rotacyjność, nawet mężczyzn. Nie chcę oceniać, który styl jest lepszy, bo każdy ma swoje plusy i minusy ( wcale nie! Sercem mi oczywiście bliżej do kobiecego;-)), ale wiem na pewno, że  jeśli tylko jeden obowiązuje, równowaga zostaje zachwiana i jest naprawdę mniej efektywnie. Jakiejś jakości zaczyna brakować i czuć to na każdym poziomie, od realizacji po energię pomysłu.

Kiedy myślę o tym, co mogłabym zrobić, aby ta energii znaczyła więcej na co dzień, na ten moment mam kilka pomysłów:

1. zajmujmy się, dziewczyny, kasą. Gdzie jest kasa, jest władza, na razie ten świat jeszcze tak ma. Nie odpuszczajmy tematu kasy w pracy (ciągle na tych samym stanowiskach zarabiamy średnio w Europie ok 20 procent mniej niż mężczyźni), w domu (nawet w sytuacji, jeśli tylko to druga strona zarabia, rozmawiajmy o pieniądzach, miejmy na nie wpływ), w naszych firmach;

2. szanujmy i doceniajmy siebie, to, co wnosimy w świat i w życie, doceniajmy też te wartości u innych kobiet - i mówimy im o tym głośno;

3. szanujmy inne kobiety. Wiele razy słyszałam, że nikt ci nie przyłoży tak, jak druga baba. Ale każda z nas, naprawdę każda z nas, może być tą, która zdecyduje, że nie będzie już grać w tę grę. Obiecałam sobie wiele lat temu, że nie będę łaskotać własnego ego, używając do tego innych kobiet (choć uwierz mi, niektóre same się o to proszą i dużo energii wkładam w to, żeby nie wejść w tę grę). I wiesz co, karma wraca. Od lat pracuję z kobietami i czasami wydaje mi się, że udaje nam się ruszyć ziemską bryłę z posad świata, chociaż o krok, ale taki krok, który potem zamienia się w śnieżną kulę. Rzadko doświadczam wprost zagrywek, za to mam to, czego potrzebuję - zrozumienie, wsparcie, współdziałanie. Mamy moc, nie przemoc.

Nadal jednak nie mam pomysłu, co zrobić, żeby nas, kobiet, było więcej tam, gdzie zapadają decyzje w ważnych dla ludzi sprawach - w polityce, w społeczeństwie obywatelskim. Jak to zrobić, żeby tam być, ale po swojemu. I nie stać się kamieniem rzuconym na szaniec?

Masz pomysł? Podrzuć, proszę.

A jeśli jesteś kobietą, która już tam jest, powiedz, proszę, jak konkretnie mogę Cię wesprzeć? Ja i inne babki?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

Jakie masz skojarzenie, kiedy słyszysz Holandia? Otwartość? Tolerancja? Autentyczność ludzi morza, bo przecież na morzu nie ma ściemy? Ja tak mam, więc kiedy życie przyniosło mi możliwość pomieszkania w Królestwie Niderlandów przez dwa miesiące, niemal zapiałam z zachwytu. Dojrzały system polityczny, jeden z pierwszych krajów, który otworzył rynek pracy dla imigrantów tuż po naszym wejściu do Unii, niedawny oddech ulgi po wyborczej klęsce populisty Geerta Wildersa. Będę tu dłużej niż trwają zwykłe wakacje, cieszę się, że posmakuję jak działa komunikacja w takim europejskim wydaniu.

Przed wyjazdem lekki zamęt, ale staram się ogarnąć temat. Kupuję kurs niderlandzkiego, mam marzenie móc zamienić chociaż parę zdań z mieszkańcami w ich języku. Czytam o historii i kulturze. Załatwiam ubezpieczenie. Jeszcze wizyta w banku, chcę mieć na start trochę EURO, bo bywa podobno, że karty nie zawsze są akceptowane.

Jest pięknie. Pogoda dopisuje. Morze cudne. Wybieram się z czteroletnią córką po zakupy. Jak miło mijać sąsiadów, którzy mówią dzień dobry i odwzajemniają uśmiech.

Moja mała przytula Trackera z Psiego Patrolu. Mięknę, bo cena dużo korzystniejsza niż w Polsce. Wyciągam nowiutki banknot 100 Euro. Taki dostałam w banku. Legalnym, w moim kraju, należącym do Unii Europejskiej. Z twarzy ekspedientki znika uśmiech. Sorry, we do not have so much money to give you back. Karty Visa też niestety nie akceptują. Ok. To zrobię najpierw zakupy w spożywczym. Popularna sieciówka. Ludzie płacą gotówką. Ale ja nie mogę. Sorry, we don't have so much money. Uśmiech. Dobra, zapłacę kartą (tym razem udało się), a rozmienię przy okazji zakupów w drogerii. Niestety, też nie mają tyle w kasie. Najwyraźniej trafiająca tam gotówka w trybie natychmiastowym zostaje teleportowana do banku. Ale nie poddaję się. Znajduję w necie najbliższy bank, kolejki nie ma. Niestety, gotówki w kasie też nie. To jednak dość frustrujące, mówię, mam pieniądze z banku i chcę po prostu zrobić zakupy. Sorry, we do not have money here. Z twarzy młodej kobiety nie schodzi profesjonalny uśmiech. Może wymienią pani na dworcu w exchange office?

Nie muszę mieć wszystkiego podstawionego pod nas. Pojadę na ten dworzec, w końcu nie mam grafiku wypełnionego spotkaniami po brzegi. Ale coś mi tu nie pasuje. I czuję się jakoś nieswojo. Mam radar na ściemę w komunikacji i właśnie mi się załączył. A wraz z nim gadzi mózg, podpowiadający rozmaite oceny: dyskryminują mnie, bo jestem Polką? Mają nas za złodziei? Jak takie myśli nakręcają się dalej, można poczytać na forach, gdzie wypowiadają się Polacy, którzy przenieśli się do Holandii na stałe i chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat "prawdziwej" jej twarzy i podziałów na "ich" i "nas". Małe zdarzenie, ale jakby czubek góry lodowej.

Zrobiło mi się smutno. Czy naprawdę nie ma innej drogi niż dobrze nam znany komunikacyjny fundamentalizm albo pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu i autentyczności poprawność polityczna, tak mocno lansowana teraz w Europie? A także, niestety, w Polsce. Przecież ani jedna, ani druga opcja nie zbliży nas do porozumienia. I w Europie, i w Polsce na naszych oczach nasilają się podziały, panoszy się strach, rośnie frustracja, spod spodu wyziera nie wyrażona złość, tracimy to, co udało się wspólnie zbudować. OCZYSZCZAJĄCA, SZCZERA ROZMOWA , W KTÓREJ WSZYSCY ZOSTANĄ WYSŁUCHANI JEST NAM POTRZEBNA BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK.

Że agresja to żadna droga, wiem to na pewno. Oczywiście, jest skuteczna. Potrafi zmienić bieg historii i trwać całe lata, a nawet dekady. Ale jej ceną też jest strach, gniew i frustracja - tyle, że po innej stronie. Dla sumy nie ma to jednak znaczenia. Emocje będą buzować.

Że nieagresywna, ale unikająca trudnych tematów i pozbawiona empatii polityczna poprawność też nie działa - widzimy to na własne oczy. To, co niewyrażone wybucha nagle i ze zdwojoną siłą. W Polsce miliony nieodbytych rozmów z osobami, dla których transformacja nie przyniosła codziennego raju, właśnie teraz palą zgagą. Brak szczerej rozmowy o tym, co trudne, zbudował zasieki, które wydają się nie do przebycia. Rozum nie łapie, jak ludzie mogą popierać to, co wydaje się szaleństwem, ale emocje wiedzą swoje. A one zawsze będą górą!

Marshall Rosenberg, twórca filozofii komunikacji, która zmieniła moje życie, nazywa emocje dziećmi potrzeb. Potrzeb, czyli wartości, sił, które są emanacją naszej ludzkiej życiowej energii. Według Rosenberga potrzeby są uniwersalne, czyli takie same dla wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości, rasy, płci, wieku. Wszyscy potrzebujemy na przykład odpoczynku, snu, pożywienia, bezpieczeństwa, miłości, szacunku, radości, wpływu, sensu. To, co nas różni, to sposoby realizacji tych potrzeb, czyli strategie. Kiedy patrzę na sytuację w naszym kraju przychodzi mi do głowy myśl, że zarówno jedna i druga strona tęskni za bezpieczeństwem, szacunkiem, zrozumieniem, wpływem. Tylko ma na te potrzeby całkowicie odmienne pomysły - strategie. Póki te odmienne pomysły nie zostaną na moment odłożone na bok, a kryjące się pod nimi potrzeby nie zostaną usłyszane i nazwane, będą wrzeć i dawać o sobie znać poprzez uczucia. A te poprzez nieracjonalne decyzje i wybory. Dopóki dyskusja będzie się odbywać na poziomie pomysłów, nie wyjdzie poza kłótnie, oceny, próby sił i wybuchy uczuć.  Bo uczucia są barometrem spełnienia (bądź nie) ludzkich potrzeb. Jeśli potrzeby są spełnione, pojawiają się uczucia przyjemne w odczuwaniu, takie jak radość, spokój, zachwyt. Jeśli potrzeby są niespełnione, pojawiają się uczucia mniej przyjemne - smutek, złość, bezradność. A że mało kto umie się z takimi trudnymi uczuciami obchodzić, słowa stają się jak granaty, ranią, kaleczą. I koło się po raz kolejny zamyka, bo i potrzeby pozostają niespełnione, i pojawiają się kolejne - urodzone w wyniku raniącej komunikacji.

Gdy myślę o tym, co dzisiaj dzieje się w polskiej polityce, chcę wierzyć, że jest dla nas jeszcze szansa. Jestem w Holandii, rozglądam się wokół, szukając inspiracji. Jest w holenderskiej polityce zwyczaj, który nazywa się POLDERMODEL. Nie do końca wiadomo, kto wymyślił to określenie, ale czuć jego wpływ, a znaczy mniej więcej "współpraca mimo różnic". Jedna z interpretacji mówi, że polder w języku niderlandzkim oznacza kawałek ziemi poniżej poziomu morza, wydarty wodzie. Poldery są centralnymi elementami holenderskiego systemu zarządzania wodą, który, jeśli każdy z nich nie będzie dobrze zarządzany - z osobna i w całym systemie, zamieni się w bagno. Utrzymanie systemu 30 000 polderów i skomplikowanej sieci kanalizacji jest możliwe tylko dzięki współpracy. Musiała mieć ona miejsce nawet wtedy, gdy różne miasta w tym samym poderze pozostawały ze sobą w konflikcie czy stanie wojny (co często miało miejsce np. w średniowieczu). Inaczej - wiadomo, wszyscy skończą w bagnie. Czy to by dla nas mogła być droga? Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, na początek skupić się na tym, co łączy, co jest ważne i co powinno funkcjonować sprawnie, dla dobra wszystkich? Zaczynając od rozbitej opozycji, która dzięki skupieniu się na współpracy mimo różnic, mogłaby stać się równorzędnym partnerem w dialogu ze stroną rządzącą. Równorzędnym, czyli takim, którego bardziej trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się nie chce.

Czy każda z nas może taką jakość wnieść w otaczającą nas rzeczywistość? Wierzę, że tak. Ze swej strony wymyśliłam dla siebie kilka strategii:

1. staram się nie dokładać do pieca emocji kolejnych raniących słów - na przykład nie hejtuję w Internecie. I nie jest to wynik wewnętrznej emigracji, tylko świadoma decyzja, że mój hejt to kolejne drewno w tym wrzącym piecu, który w dodatku niczego nie zmieni;

2. staram się mówić o tym, czego potrzebuję i o tym, co mi się nie podoba, trzymając się faktów, nie ocen;

3. staram się patrzeć na to, co mówi i robi druga strona i próbować zrozumieć kryjące się pod spodem potrzeby. Nie jest to dla mnie jednoznaczne ze zgodą, aprobatą dla tego, co się dzieje, po prostu chcę to lepiej rozumieć;

4. jestem w kontakcie z moimi uczuciami i opiekuję się nimi;

5. opłakuję moje niespełnione potrzeby w związku z tym, co się dzieje i szukam własnych sposób za ich realizację. Nie zostawiam moich potrzeb "im" - po żadnej stronie. Bo "oni" są poza obszarem mojego wpływu. Działam, najskuteczniej jak potrafię, w obszarach, gdzie mam wpływ. Jeśli moja strategia na daną potrzebę nie rani innych, a wzbogaca mnie - idę w nią.

6. szukam wspólnoty w moim stadzie. Dołączam do akcji, gdzie ono jest i sprawdzam, czy mogę wesprzeć bardziej systemowo;

7. jeśli mam szansę na bezpośredni kontakt z osobą "po drugiej stronie", staram się w rozmowie pokazywać to, co nas łączy, szukać wartości i sprowadzać rozmowę do tego poziomu;

8. jeszcze bardziej uważnie sprawdzam, na co głosuję moimi pieniędzmi. To dla mnie temat na osobny post:-)

A Ty? Jestem bardzo ciekawa Twoich sposobów reagowania na to, co się dzieje wokół - każda inspiracja od ciebie będzie dla mnie prezentem