A jeśli Cię wywalą?

A jeśli Cię wywalą?

Bywają relacje, w których trwamy, mimo, że nam nie służą. Zdarza się, że nie tylko w nich trwamy, ale jeszcze dużo robimy, by je utrzymać i sprawić by trwały. Czasami w ogóle nie zadajemy sobie pytania, po co nam one i czy przypadkiem nie byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby się skończyły.

Całkiem niedawno zaangażowałam się w organizację, której idea przewodnia mocno do mnie przemawiała. Współpraca, wspieranie się, wspólne działanie – tego mi było potrzeba. Na początku byłam zachwycona i zaangażowana, ale z czasem entuzjazm zaczął opadać, a z nim i zaangażowanie. Okazało się, że nie nadążam, nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom. albo, że nieadekwatnie alokowałam czas i uwagę i wyszło, że się nie angażuję. Stało się, że moja strusia natura doszła do głosu i przestałam się angażować.  Odpuściłam i stwierdziłam, że to jednak nie to, czego szukałam. Nie podjęłam też żadnego działania, by z organizacji się wymiksować, na zasadzie, niech się dzieje.

I wszystko było OK do momentu weryfikacji. Kiedy ogłoszone zostało, że nadchodzi czas weryfikacji członków, zrobiło mi się zimno. „Rety, zaraz mnie wywalą! Co ja zrobię?!” (Bardzo logiczne, prawda?). Zaczęłam szukać sposobów, żeby się nie dać wyrzucić. Może zrobię jeszcze to, może tamto…

Przestraszyła mnie myśl, że będę wyłączona ze społeczności w której być nie chcę, z której praktycznie sama się wyłączyłam. I było mi przykro i smutno. Chore?

Niekoniecznie.

Bo co będzie jak mnie wykluczą?

Chłód i strach minęły, gdy usłyszałam pytanie, które przewijało mi się w głowie: „Co będzie jak mnie wywalą”. Kiedy je uchwyciłam, okazało się, że nie będzie nic szczególnego. Mniej powiadomień z grupy na FB i mniej potencjalnych oferowanych możliwości. Z których i tak nie korzystałam. Bo ich de facto nie potrzebuję. I może jeszcze pytanie, dlaczego czekałam, żeby to oni mnie, a nie wyszłam sama, choć wiem że mogłam i mimo, że były osoby, które tak robiły.

Kiedy relacja się kończy, jest smutno i przykro. Nawet, jeśli to nie był dobry związek. Kiedy kończy się praca, bywa trudno. Nawet, jeśli było w niej ciężko. Kiedy odchodzi klient, kończy się jakaś grupa czy to towarzyska czy zawodowa, jest szkoda. Bo lubimy przynależeć. Lubimy trwać. Obawiamy się zmian, Bo to, co znane, nawet jeśli niedobre, jest bardziej komfortowe niż to, nowe, nieznane.

Potrzeba przynależności. Mamy ją żywą od urodzenia. To dzięki niej byliśmy w stanie przetrwać – bo samodzielności uczymy się przez długi czas. Jesteśmy zaprogramowani, by przynależeć, być w grupie. Lęk przed odrzuceniem jest bardzo silnym motorem naszego działania. Dużo jesteśmy w stanie zrobić, by dostać akceptację grupy, być jej częścią nawet jako dorośli, samodzielni i niezależni. Wiadomo, jedni bardziej, inni mniej. Ale to, co łączy nas wszystkich to to, że często nie sprawdzamy i nie zadajemy sobie pytania Po co mi to? Co zyskuję? Dlaczego to dla mnie takie ważne?

I nie chodzi o kalkulację i transakcyjne podejście do społeczności (czy mi się to opłaca). Ale o świadomość, co jest tym magnesem, o co tak naprawdę zabiegamy. Szczególnie, gdy jakaś relacja wiele nas kosztuje.

Maria – cudowna, mądra i utalentowana przedsiębiorczyni. Pełna pomysłów, entuzjastyczna i otwarta. Od nawiązania współpracy z pewnym klientem jej firma zaczęła dobrze prosperować. Klient ma tę przypadłość, że potrzebuje wszystkiego na już. Nauczona, że o klienta i relacje trzeba dbać, wszak stoją za nim pieniądze Maria dostarcza rozwiązań na już. Mimo, że wie, że cierpią na tym inne projekty, że wiąże się z tym praca do późnych godzin nocnych. W miarę, jak Maria dostarcza rozwiązań, wymagania klienta rosną. A w Marii rośnie myśl, że już tak dłużej nie chce…

Czasami przynależymy gdzieś z przyzwyczajenia. Nie zauważamy, że sytuacja się zmieniła, potrzeby, niegdyś palące, pozostają zaspokojone, co innego pojawia się na liście priorytetów, a my trwamy. Mimo niewygody, mimo narastającej frustracji. Bo nie zatrzymujemy się, żeby odpowiedzieć sobie na te ważne pytania, zmodyfikować działania, renegocjować umowy, odpuścić i pozwolić odejść sobie czy drugiej stronie. Zanim zrobi się kwaśno. Choć trudno w to uwierzyć, czasem zakończenie współpracy, mimo, że przykre, przynosi ulgę. Obu stronom.

Krótko po postawieniu sobie tych pytań Mara pożegnała się ze złotym klientem, solennie obiecując sobie, że już nigdy więcej się nie wda w taką relację biznesową. I niedługo potem zauważyła, że jej klienci to w 100% ludzie, z którymi cudownie jej się pracuje, a firma nigdy wcześniej nie miała się lepiej. Jedyne co ucierpiało, to czas, jaki Maria spędza w firmie – zaczęła wychodzić najpóźniej koło 18 zamiast po północy…

Zachęcam Cię dziś do spojrzenia na swoje relacje, organizacje i grupy do których należysz czy klientów, z którymi pracujesz. 

Co dobrego Ci dają? Jakie twoje ważne potrzeby zaspokajasz w ten sposób? Zapisz to sobie, powiedz głośno, doceń to, co masz. To bardzo ważne, by te rzeczy dostrzegać i o nich mówić.

Czy są relacje, które więcej Cię kosztują? Jakie ważne potrzeby w nich zaspokajasz? Jakie Twoje ważne potrzeby pozostają niezaspokojone? Co możesz zrobić, by mieć z nich więcej?

Bądźmy w kontakcie, szczególnie, jeśli potrzebujesz wsparcia.

P.S.  Kliknij tutaj, jeśli chcesz listę potrzeb i emocji – ułatwi Ci zadanie

Mamy dla Ciebie listę potrzeb, która ułatwi Ci zadanie. Prześlemy na maila, jeśli ją chcesz. 

Małe rzeczy wiele znaczą

Małe rzeczy wiele znaczą

Tytuł tego posta był kiedyś hasłem reklamowym pewnej marki samochodów i tak mi się spodobał, że całkiem na poważnie brałam ten samochód pod uwagę, przymierzając się do zmiany auta:-)

A tak na poważnie…

nie od dzisiaj jestem fanką filozofii kaizen, czyli małych kroków, które, choć nie są rewolucją, dzięki systematyczności mogą przynieść rewolucyjne efekty.

W zeszłym roku zaczęłyśmy Was namawiać do takich małych kroków – w akcji „1 szuflada, 10 zł i pół godziny ruchu” (ciągle możesz dołączyć tu) oraz #jednarzeczdlaziemi.

Chciałabym się z Tobą podzielić tymi małymi krokami, które okazały się najbardziej trwałe i służą – mnie i mojemu portfelowi:-) Może spodobają się i Tobie?

Codzienne główkowanie, połączone z przeglądaniem szuflad pod hasłem „jak tu zadbać o dodatkowe 10 zł” weszło mi w nawyk.

 

Dzięki niemu:

– przestałam namiętnie kupować kolorowe magazyny, nie wydając dychy i jednocześnie dbając o środowisko. Wymieniam się na gazetki z sąsiadką albo wpadam do bliblioteki na poczytanie i wtedy to jest święto. Zdarza mi się robić jakieś notatki z interesujących mnie treści, czego wcześniej nie robiłam, bo wydawało mi się (złudnie), że dane pismo zawsze będę mieć pod ręką. Ogarniania w domu też mniej:-)
– wyprzedałam przeczytane książki, do których nie wracałam i bardzo się z tego cieszę. Zarobiłam ponad 400 zł i zyskałam sporo miejsca w domu;
– przestałam kupować kosmetyki, wprowadzając zasadę – kupuję nowy, gdy skończy się poprzedni. W skali roku zyskałam ok 500 zł. Au!
– w temacie ciuchów i butów nieodmienne trzymam się zasady – nie kupuję ubrań, jeśli nie uważam, że wyglądam w nich jak milion dolarów;-). Szafa zmniejszyła mi się dwukrotnie, rano nie mam problemu, co założyć, bo wybór mnie nie przerasta:-) i raczej wszystko ze sobą gra – to akurat dzięki skorzystaniu z coachingu ubrań, który polecam zwłaszcza, gdy chcesz mieć małą szafę, a nie masz zaufania do własnych wyborów (ja nie miałam zupełnie). Niewydane prawie trzy tysiące w skali roku (dodawałam do siebie kwoty, które bym wydała, kupując rzeczy, na które miałam chęć). Ubocznym, bardzo przyjemnym skutkiem jest łatwość pakowania się w podróże. W wielkości (małości:-) bagażu osiągnęłam mistrzostwo.
– podpatruję koleżanki, których styl mi się podoba, a rozmiarowo dam radę ogarnąć i poprosiłam, aby dawały znać, gdy będą zmieniać szafę – chętnie odkupuję niektóre ciuchy. Obie strony zadowolone, a ja nie musze tak często chodzić po sklepach, czego bardzo, ale to bardzo nie lubię;
– jeśli podoba mi się jakaś rzecz do domu, robię jej zdjęcie. Noszę ze sobą. Jeśli przez dwa dni mi nie przechodzi (zwykle przechodzi), sprawdzam, jak się ma jej zamiennik w domu. Gdy go nadal lubię, odpuszczam. Uznaję, że już czas na zmianę – zmieniam;
– kiedy już kupuję, staram się wybierać rzeczy robione lokalnie – są piękne, niesztampowe i dają mi poczucie wpływu na los lokalnych rzemieślników/sprzedawców;
– zamiast na kawę na mieście zaczęłam z niektórymi osobami umawiać się na spacery. Genialne. i mój cel – pół godziny ruchu (lub bardziej ambitny 10 000 kroków) okazał się całkiem realny. Zainspirowana działaniami pewnej Kasi z Krakowa, która powiedziała mi kiedyś, że kasę, którą wydałaby na kawę, wysyła potrzebującym, umówiłam sie ze sobą na to samo. Nie wypiję kawki – wspieram 10 zł fundacje, które co i rusz przysyłają maile z naprawdę smutnymi historiami ludzi, którzy potrzebują pomocy;
– specjalizuję się w szukaniu strategii na łączenie potrzeby piękna i troski o finanse. Chcę mieć w domu ładnie. Ale nie chcę na to wydawać kroci, przykro mi wyrzucać rzeczy, które mogą jeszcze służyć. Moge je oczywiście oddać innym, ale zanim to robię, stawiam sobie pytanie: czy ta rzecz nie mogłaby jeszcze posłużyć mnie? Ostatnio bardzo drażniły mnie drzwi w moim mieszkaniu. Stare, wyglądały jak z poprzedniej epoki. Ale, kurczę, solidne. Wymieniłam w nich szkło na nowoczesne, mleczne, takie jak w hotelach;-) Drzwi zyskały całkiem nowy sznyt, mój przedpokój również, a cena była kilkanaście razy niższa, niż gdybym wymieniła drzwi;
– znalazłam firmę regenerującą buty. To nie jest tania impreza, ale jeśli buty nie były tanie, warto. I wyglądają jak nowe;
– codziennie zadaję sobie w firmie pytanie, czy zrobiłam dzisiaj coś w kierunku zarobienia pieniędzy. Nie tylko wykonania pracy, ale zarobienia pieniędzy – a to motywuje mnie do dbania o działania marketingowe i myślenia o produktach.

Kiedy podliczyłam pieniądze, które wydałabym, gdybym nie brała udziału w naszej akcji i nie wyczuliła się na nowy sposób myślenia, wyszło mi ponad 10 000 zł (drzwi zrobiłyby swoje:-)

Gdybym dodała zakup nowego samochodu, mogłabym spokojnie pomnożyć tę kwotę kilka razy. Chciałoby się, oj chciało, bo fajne są nowe samochody i fajnie się z nich pokazać… Ale mój Ford dalej jeździ, nic a nic się nie psuje, ubezpieczenie kosztuje mnie trzy razy mniej niż przy nowym. Więc jeździmy dalej razem i składamy na mieszkanie na wynajem:-)

W akcji #jednarzeczdlaziemi sprawdziło się:

– zbieranie pustych opakowań po jedzeniu i kosmetykach. Zbieram je dla koleżanki, która uczy robić własne kremy. Albo oddaję do przedszkola, gdzie zostają zamieniane na rakiety, samochody, ludziki i inne twórcze historie:-)
– chodzę z kubkiem termicznym i własną butelką z filtrem na wodę. Szczególnie ta woda to był strzał w dziesiątkę. Podczas wakacji nie wydałam dzięki niej ok. 150 EURP, a to już całkiem sporo! Nie przyczyniam się też do powstawania gór plastiku, a na jakości wody nie straciłam;
– torby materiałowe (shopperki albo siatki, jak kto woli;-) to żadne halo, podobnie jak noszenie własnej słomki i łyżeczki do lodów. Ale mam frajdę i moja młodsza córcia też;
– gdzie mogę, przyczyniam się do sadzenia drzewa. To fajne:-)
– ciągle układam się z kupowaniem jedzenia w takich ilościach, aby nie wyrzucać. To jeszcze wyzwanie. Na razie widzę, że pomaga planowanie, ale nie mam jeszcze algorytmu we krwi:-)
– negocjuję z młodszą córką decyzje zakupowe. Zamiast małych, plastikowych, kuszących „cośków”, zapisujemy kwotę w notesie i zbieramy na jedną dużą, fajną rzecz. Dobra szkoła dla nas obu;
– kiedy mogę, zamiast jechać samochodem, jadę pociągiem, komunikacją miejską i chodzę. Służy.
Nasze akcje nadal trwają i mam nadzieję, że trwać będą. Mam nadzieję, że za pół roku pojawią się kolejne sprawdzone pomysły. A może podrzucisz jakiś swój??? Będę wdzięczna!
Chcę być bogata!

Chcę być bogata!

Miał dziesięć, może jedenaście lat. Z uwagą, jakiej dawno nie widziałam u nikogo, włączając mnie samą, obserwował centymetrowe przesunięcie nogi młodszego chłopca. Pierwsze, potem drugie, trzecie, kolejne. W zasadzie lepiej byłoby napisać pieeeeerwsze, druuuuugie, trzeeeeeeecie… Starszy mocno trzymał młodszego pod ramieniem, a gdy w końcu dotarli do schodków, na jego buzi pojawił się uśmiech. Tak pełen ciepła i czułości, że aż poczułam się nieswojo, że mimowolnie stałam się świadkiem tej wymiany. Młodszy spojrzał w oczy starszego i odetchnął. Jego zdeformowane ciało lekko się rozluźniło i zaczął wysuwać nogę w kierunku pierwszego stopnia.

 

Rzecz działa się na rozbawionej sztucznej plaży Tropical Islands, gdzie tłumnie ściągają rodziny z dzieciakami, bo blisko, bo baseny genialne, bo zjeżdżalnie po sam dach, ba, nawet balonem polatać można w tym basenowym hangarze. Ludzi z dzieciakami sporo, więc na porządku dziennym są: uderzenia łopatką, walka o wiaderko, mamo chcę lody, mamo, a a ja chcę slushy, on mi zabrał koło, to moje miejsce, dlaczego tak krótko, dlaczego nie mogę pojeździć tym samochodzikiem…
Tamten dziesięciolatek, choć miałby powody do rozżalenia, bo zamiast dobrze się bawić, prowadził w tempie żółwia brata, wokół którego pewnie w 90 procentach koncentruje się życie rodzinne, a dla niego zostaje już niewiele, zaskoczył mnie empatią, od której poczułam w gardle kulkę wzruszenia.
No dobra, a co to ma do pieniędzy, zapytasz może.
Zaskoczyło mnie, że w tamtej chwili analogia do pieniędzy pojawiła się we mnie niemal w sekundę po świadkowaniu tej chwili. W głowie zabrzmiało mi pytanie, czy aby dzielić się z innymi kasą, trzeba najpierw być samemu w czarnej d…? Czy empatia, serce dla innej osoby, dzielenie się, wsparcie, możliwe jest tylko wtedy, gdy samo doświadczyliśmy czegoś trudnego? A gdy nam lekko przychodzi, albo daliśmy radę dla siebie wyszarpać, albo życie zwyczajnie było dla nas łaskawe, a rodzice zaradni i nie musieliśmy znosić zbyt wielu frustracji, to trudno nam wyjść poza schemat mój-moje-dla mnie-dlaczego nie mam?
Słuchając rozmów ludzi o pieniądzach, spotykam się często ze zdaniami: „bogaty biednego nie zrozumie”, „jest bogaty, to skurczysyn”. Bogaty brzmi czasem niemal jak obelga, jak wyrok, że ten ktoś jest pozbawiony ludzkich odczuć. Że na życzliwość i pomoc to możemy liczyć tylko od tych, co sami przeszli przez biedę, a w zasadzie nie przeszli przez nią, tylko ciągle w niej tkwią. Bo jak przejdą, to już im przejdzie również empatia i wspieranie innych. A bogaty to nie pomoże, tylko co najwyżej zainwestuje, gdy widzi w tym jakiś interes.
Trochę tak, jak w zwykłym życiu. Jeśli nie przeczołga człowieka odpowiednio, to nie zatrzyma się, nie spojrzy na innego. Biegnie po swoje i za swoim, a jak kto nie nadąża, to jego broszka. A jak ma problem, to niech idzie do psychologa. A przynajmniej się z tym problemem nie obnosi!
A ja chcę wierzyć w inną opowieść. Śni mi się świat, w którym Ci, którzy mają, doceniają, że mają, a wraz z poziomem posiadania, AUTOMATYCZNIE rośnie u nich poziom świadomości, że skoro mają więcej, mogą więcej, to zwyczajnie więcej mogą z siebie BEZPIECZNIE dać dla świata.
Marzy mi się, aby „mieć więcej” wiązało się z większą odpowiedzialnością za świat, który tworzymy. Więcej możemy – więcej mamy wpływu. Mamy wpływ – tworzymy więcej.
Widzę wokół siebie takie przykłady – na poziomie krajów (jak Dania czy Holandia, w których pobyłam trochę w te wakacje i przyglądałam się systemowym rozwiązanim), na poziomie firm, na poziomie mniejszych biznesów, na poziomie indywidualnym (poruszyło mnie ostatnio, kiedy nowo poznana dziewczyna opowiadała mi, że jedzie na wakacje do Kambodży i od kilku miesięcy kupuje leki i inne artykuły, które wie, że przydadzą się rodzinie, u której się zatrzyma. Albo inna historia, kiedy pewna Kasia (pozdrawiam!!!) opowiedziała mi, że po prostu nie pójdzie na kawę z koleżanką, tylko pójdą na spacer, bo kasę na kawę wpłaciła, aby wesprzeć zbiórkę na chorego dzieciaka).
Chce mi się takiego świata więcej!!! Chcę mieć więcej, żeby móc więcej i mieć większy wpływ na to, jaki świat tworzę dla nas i naszych dzieci. A Ty? Ciekawa jestem, jak to widzisz?
Wakacje marzeń przy ciasnym budżecie (cz. 1)

Wakacje marzeń przy ciasnym budżecie (cz. 1)

Jakie są Twoje wakacje marzeń? Czy właśnie jesteś na nich, są za Tobą czy jeszcze na etapie planów i właśnie marzeń? Niezależnie od tego, co przeszkodą Twoich wakacji jest i czy sobie z niej zdajesz sprawę, możesz sobie takie wakacje zafundować. Już dziś. I tym budżecie, który masz i przy tych ograniczeniach czasowych, które masz. Zobacz jak.

Jestem pewna, że niezależnie od tego, co Ci się marzy (błogostan na plaży pod palmami i turkusowym morzem?, odkrywanie egzotycznych miejsc i smaków?, czy zanurzenie się w nicnierobieniu i nicniemuszeniu?), masz swój ważny powód, który sprawia, że te wymarzone wakacje nie są Twoim udziałem.

Brak pieniędzy? Czasu? Odpowiedniego towarzystwa? Konieczność dostosowania się do potrzeb innych? To na pewno ważne i prawdziwe powody. I równocześnie - tylko wymówki, które wcale nie stoją na przeszkodzie temu, by tegoroczne wakacje były wymarzone i takie, jak lubisz.

Plany czy marzenia mają to do siebie, że kiedy je odkładamy, albo o nich zapominamy, koncentrując się na tym, co bardziej realne czy dostępne, pozostawiają w nas jakiś smutek, czasem może złość, albo poczucie porażki czy braku.

Ile razy łapałaś się na myśli, że gdyby nie trzeba się było ograniczać, że gdyby nie pieniądze, czas (a w zasadzie ich brak), inni ludzie czy plamy na Słońcu, byłabyś gdzieś indziej? Szczęśliwsza, spokojniejsza, bardziej spełniona?

Zapraszam Cię do zabawy, która da Ci posmakować tego, co Ci w sercu gra, a być może też sprawi, że zrobisz krok czy kilka kroków w stronę spełnienia.


  1. Przede wszystkim, zacznij od określenia, czym te wakacje marzeń są. Co się podczas nich ma wydarzyć? Co Cię spotka? Jak będą przebiegać? Gdzie? Z kim?

Określ, czego chcesz

Nasze plany często, zbyt często określane są negatywnie, po przez to, czego nie chcemy.

"Nie chcę spędzać kolejnych wakacji na działce"

"Nie chcę znowu zmarznąć, nie chcę nudzić się jak mops i mieć wszystkiego dość."

"Nie chcę znowu oglądać każdej złotówki i odmawiać tego czy tamtego".

Czasami nie uświadamiamy sobie, jak bardzo ogólny jest nasz obraz tego, co chcemy. Albo, że wręcz w ogóle nie wiemy, czego chcemy, a swoje plany, cele i zamiary określamy przez to, czego NIE CHCEMY.

Przełączenie się w tryb 'czego chcę' pozwala odkryć to, co dla nas ważne i zbliżyć się do tego.

1. Określ, jakie to są wymarzone wakacje.

Zaplanuj i opisz to, co chcesz na idealnych, wymarzonych wakacjach robić, gdzie i jak chcesz być, co chcesz odczuwać, doświadczać.

Opisz to tak, jakby Ci się to właśnie przydarzało. Wykorzystaj do tego wszystkie zmysły. Zaobserwuj, co się wokół Ciebie dzieje: co widzisz, co słyszysz, jakie emocje odczuwasz, co Cię otacza, jakie zapachy czujesz, jakie myśli Ci towarzyszą.

Określ też, jak się chcesz czuć podczas tych wakacji - jakich emocji chcesz doświadczyć, z jakimi uczuciami się spotkać? To nam się przyda w dalszej części zabawy.

Kiedy wiesz, czego chcesz, łatwiej Ci po to sięgnąć i dostrzec, że się dzieje czy pojawiło. Łatwiej zrealizować to, co jest nazwane i opisane.

2. Dotknij tego, czego chcesz.

Wypuść ten pomysł na świat: zapisz to, co sobie wyobraziłaś, znajdź zdjęcia i obrazy, które chcesz zobaczyć (one na pewno już są w sieci - możesz przygotować z nich swoją mapę). Poszukaj filmów, dźwięków, zapachów, które traktują o tych miejscach, które chciałabyś odwiedzić. Znajdź osoby, które w tych miejscach były, robiły to, co ty byś chciała. Jeśli marzy Ci się, by powtórzyć to, co już doświadczyłaś, przywołaj wspomnienia czy doświadczenia, przejrzyj zdjęcia, zapiski. Skorzystaj z tylu dostępnych informacji, obrazów, z ilu chcesz lub możesz.  Pozwól się poprowadzić swojej wyobraźni i intuicji.

Podpowiedź: Spróbuj wyłączyć na chwilę swojego wewnętrznego krytyka i analizatora. Pozostaw ocene, zę to głupie, dziwne, niepotrzebne. Uruchom swoją dziecięcą część, tę która lubi się bawić, tworzyć i nie przejmuje się tym, czy to, co wymyśla jest rozsądne, racjonalne, ma sens.

Jeśli coś brzmi Ci dziwnie, zastanów się, co w tym jest dziwnego i niepasującego. Podejdź do tej myśli z ciekawością badacza. I sprawdź koniecznie, czy przypadkiem nie jesteś w trybie zero-jeden, wszystko, albo nic. (To ten tryb, któremu zawdzięczamy  stan braku.)

3. Oszacuj, ile by to kosztowało.

Często mamy ogólne wrażenie, że to, co się nam marzy wiąże się z ogromnymi kosztami. Tak wielkimi, że lepiej ich nie znać, żeby się nie zniechęcać. Tymczasem z kosztami jest jak ze strachem: póki są nieokreślone i nienazwane, przerażają i paraliżują. A nazwane, określone, czy w przypadku kosztów - policzone okazują się zarządzalnymi i ogarnialnymi.

Dlatego, zobacz, jak kosztowne są Twoje wymarzone wakacje. To kolejny krok, by je uczynić bardziej realnymi. 

Nawet, jeśli wyliczona kwota okaże się nie na Twoją kieszeń na najbliższy czas, masz możliwość zweryfikowania co dla Ciebie ważne i wypracowania innych opcji. Możesz zdecydować, co możesz odpuścić, z czego ewentualnie zrezygnować, a co jest nienegocjowalne i musi zostać.

Dzięki internetowi możesz dotrzeć do cennika dowolnego hotelu, linii lotniczej, kolejowej czy autobusowej czy menu w dowolnej restauracji. Możesz sprawdzić katalogi dowolnego biura podróży i wyliczyć koszty. Tworząc kosztorys wymarzonych wakacji pogłębiasz swoje zanurzenie w ich energii i energii miejsca, do którego chcesz wyjechać. Mając gotową kwotę jesteś o krok bliżej do tego, by w tym miejscu znaleźć się fizycznie, realnie, bez udawania.

3. Poczuj się tak, jak byś tam już była.

Choćby jedną nogą. Drugą nogą bądź tu, gdzie jesteś.

Sprawdzaj ze sobą, jak byś zareagowała, co byś zrobiła, co czuła, gdyby to, co Ci się zdarza tu, gdzie jesteś teraz, zdarzyło Ci się tam.

Wstań rano tak, jak byś wstawała na wymarzonych wakacjach - Jak byś rozpoczęła swój dzień? Jakie myśli, działania, emocje by Ci towarzyszyły? Skorzystaj z nich teraz.

Jak wyglądałaby poranna kawa? Zakupy?

Jak patrzyłabyś na ludzi, budynki, przyrodę którzy Cię otaczają?

Jak byś podróżowała gdybyś była tam? Co jadła? Jak spędzała czas?

Jak byś odpoczywała? Co wypełniałoby Twój dzień?

Wypróbuj taką zabawę przez jeden dzień będąc tu, gdzie jesteś. Zadawaj sobie pytanie, co byś zrobiła, jak reagowała. Jeśli nie dasz rady przez cały dzień, w porządku, spróbuj raz. A potem drugi.

Wybierz się na wakacyjny spacer i bądź podczas niego sobą z wymarzonych wakacji. Albo poświęć godzinę na wygrzewanie się w słońcu czy kontakt z natura, jeśli tego własnie chcesz. Uruchom swój wakacyjny tryb w tym, co robisz ico jest dla Ciebie dostępne teraz. 

I zobacz, co się będzie działo. Czasami to, czego najbardziej chcemy jest tuż obok, tylko o tym nie wiemy

Może się zdarzyć, że zwykły szary dzień nagle okaże się pełen emocji i doświadczeń, za którymi tęsknisz i które do tej pory były możliwe do zrealizowania tylko 'gdybyś tylko'.

Przy wyłączonym krytyku masz duże szanse na zaskoczenie, to sprawdzone!

W następnym wpisie opowiem o tym więcej - skąd, jak i dlaczego. I jak zorganizować sobie wakacje marzeń w rzeczywistości, bez udawania.

A tymczasem zapytam Cię, jakie są Twoje wymarzone wakacje?



Bądźmy w kontakcie!

Zostaw swój adres email by jako pierwsza dowiedzieć się o kolejnym wpisie.

Świętujmy, ale jak?

Świętujmy, ale jak?

Kiedy poruszam temat świętowania, jedną z podstawowych reakcji jest pytanie:

„No dobra, ale chcesz, żebym cały czas robiła imprezę? Przecież to chore!”

I o ile nie ma nić złego w robieniu imprezy dla uczczenia różnych ważnych sytuacji, o tyle impreza absolutnie nie jest jedynym sposobem na świętowanie.

W ogóle świętowanie nie musi być związane ani z wysiłkiem, ani z wydawaniem pieniędzy, że o naruszania zdrowia nie wspomnę.

Cała rzecz ze świętowaniem rozjaśnia się, kiedy powiemy jasno, że jego istotą jest zauważanie i akcentowanie tego dobrego, co nam się przydarza.

„Istotą świętowania jest zauważanie i akcentowanie dobrych rzeczy, które nam się przydarzają”.

To, jak bardzo i jak mocno to dobre akcentujemy to wyłącznie nasza decyzja. I kwestia nawyku, jak przyjmujemy to, co się nam zdarza.

Częstym nawykiem jest traktowane tego, co dobre, jako normy i nie poświęcanie jej większej uwagi, na zasadzie: „Co z tego, że zrobiłam a i b, jak mi jeszcze pozostało e, f, g i h. Ucieszę, się, jak dojdę do h. Tymczasem trwałe koncentrowanie się na tym, czego jeszcze nie mam, utrzymuje nas w trybie braku.

Więcej o korzyściach świętowania przeczytasz tutaj.

Jeśli odważysz się na dostrzeganie małych sukcesów, małych pozytywów, kiedy zaczniesz je dostrzegać i się nimi cieszyć, świętować je, w pewnym momencie przełączysz się automatycznie w tryb pełni, obfitości i lekkości. Na zasadzie ziarnka do ziarnka ze starego powiedzenia.

Co więcej, dostrzegając małe radości ćwiczysz swój mięsień świętowania. I zwiększasz szansę na to, że się naprawdę ucieszysz, że jesteś w punkcie h, zamiast patrzeć, że od h do z jeszcze taka daleka droga…

Świętowanie może wydawać się dziwne i nienaturalne, szczególnie, jeśli Twoje doświadczenia ze świętami nie są szczególnie pozytywne.

Bo w święta, przy okazji spotkań rodzinnych wychodziły rodzinne żale i złości, bo poddawałaś się rytuałom, których (1) nie rozumiałaś, (2) nie potrzebowałaś, które (3) nie pasowały do tego, co naprawdę czujesz.

I może tak być. Kwestią Twojej woli i Twojej decyzji jest, czy będziesz pielęgnować to, co trudne i smutne, czy pozwolisz sobie na kropelkę tego, co radosne i lekkie.

Świętowanie nie jest tożsame ze świętem.

Święto to tylko część święto-wania. I niekoniecznie musi wyglądać jak święto. Możesz stworzyć swoje własne święta, mini- czy mikro-święta. I obchodzić je tak, jak chcesz. Tak, jak to jest na ten moment DLA CIEBIE adekwatnie, pod względem siły i intensywności.

Pamiętasz może, jak świętowały Sylwestra dzieci z Bullerbyn? Takie proste dziecięce świętowanie. Elastyczne w ramach tego, co im wolno, co trzeba i czego chcą.

Wystarczyła tylko informacja, że jest ostatni dzień roku, zgoda od rodziców na niespanie aż do po północy. A świętowanie zaczęło się od przygotowania miejsca – Lisa wytrzepała dywaniki w swoim pokoju, postawiła na stole świecznik z 5 świecami oraz lemoniadę, jabłka i orzechy. No i ołów sprezentowany przez dziadziusia, wszak prawdziwy Sylwester nie może obejść się bez topienia ołowiu i wróżenia z niego. Wszystko, co się potem wydarzyło pojawiało sie naturalnie.

I tak samo do świętowania możesz podejść i TY. W zależności od tego, jak Ci w duszy gra.

Świętuj sama lub z innymi.

Zrób imprezę, albo spotkaj się 1:1 się z kimś, kto miał udział w tym dobrym, które się wydarzyło, albo z kimś, kto jest dla Ciebie ważny.

Przez imprezę rozumiem również spacer, wyjście do kina, kawiarni, czy na rower. Przez spotkanie rozumiem również telefon czy Skype’a.

Spotkaj się ze sobą w lustrze i puść sobie oko.

Wydając pieniądze lub nie.

Możesz wydać pieniądze na siebie, z puli prezentów albo przyjemności, albo na innych, oferując im coś, co ucieszy ich, albo Ciebie.

Królowa angielska świętując swoje urodziny daje dzień wolny od pracy. Jako królowa swojego świata nie musisz się ograniczać do tego co robią inni.

Ja całkiem niedawno w ramach świętowania wyczyściłam sobie biurko. (Porządek w papierach natomiast – pływaniem po sieci bez sensu i celu. Oraz wyrzutów sumienia)

Świętuj intensywnie (albo mniej).

W zależności od sytuacji możesz tylko zaobserwować, co się dzieje mówiąc do siebie: „O , zrobiłam to/udało mi się!”, „Brawa dla mnie”.

To samo możesz wysłać do świata, przyjaciółki czy mamy. Albo wszystkich na raz.

Możesz się docenić wystawiając twarz do słońca, biorąc kilka świadomych, głębokich oddechów, odtańczając taniec radości czy gratulując tej Tobie po drugiej stronie lustra. Albo decydując się na ten wyjazd, który ciągle odkładasz, czy na ten zakup, który Ci chodzi po głowie.

Dla mnie to świętowanie jest jak zbieranie koralików na nitkę i tkanie z nich naszyjnika, który sprawia, że wyglądam pięknie, czuję się mocniej i jestem bogatsza.

Nieśmiało zauważę na koniec, że jest to bogactwo, którego nikt Ci nie zabierze.

I możesz je sobie sama zaprojektować. Niezależnie od tego, co Cię do tej pory spotkało.

Ale co, jeśli akurat to, co dzieje się źle jest takie duże, że nie ma miejsca na świętowanie?

O tym opowiem w kolejnym wpisie. A tymczasem czekam na wieści od Ciebie – jak świętujesz dzisiaj?

Daj znać w komentarzu poniżej!

O korzyściach świętowania, czyli po co Ci ono.

O korzyściach świętowania, czyli po co Ci ono.

Kultura czerwonego długopisu sprawia, że kiedy myślimy o zmianie, dużo łatwiej skoncentrować się na tym co poszło nie tak, albo co jeszcze trzeba zmienić, niż na tym, co się udało, co poszło tak, co się skończyło.

Nad tym, co się udało tak jakoś łatwo przejść do porządku dziennego, szczególnie jeśli po prostu ‚tak wyszło’. Łatwo przejść nad tym do porządku dziennego nawet, jeśli wprowadzanie zmiany i robienie kolejnych kroków na jej drodze nie jest automatyczne i nawet, jeśli na to, by się udało, trzeba było poświęcić trochę uwagi.

Tak łatwo przychodzi nam zauważać, co jest nie tak, a tak trudno świętować to, co się udało.

Już sama koncepcja ‚świętowania brzmi dziwnie i kojarzy się organizowaniem imprezy. Tymczasem nie o to chodzi.

Kultura czerwonego długopisu, czyli nawyk zauważania błędów i obszarów do poprawy i rozwoju, towarzyszy nam od małego. Ma swoje dobre strony (motywuje do zmiany, popycha do doskonałości). Ale ma też i słabe strony.

Kto z nas nie słyszał komunikatów podobnych do tych poniżej (albo sam ich do siebie nie kierował) ręka w górę:

„Ładnie, pokolorowałaś ten obrazek, ale tutaj wyszłaś za linię.”

Dobrze, że poskładałaś klocki, ale zapomniałaś odłożyć książeczki na półkę.”

„Piękne opowiadanie, ale ‚bohater’ piszemy przez ‚h’.”

Co z tego że zrobiłaś X skoro nie powiodło Ci się w Y i Z”

„Jeszcze się musisz dużo nauczyć”

Brzmi znajomo? Naturalnie? Zwyczajnie?

No jasne! Bo to jest rzeczywistość, w jakiej funkcjonujemy. taki mamy nawyk, żeby zwracać uwagę na to, co jest do zmiany. Jego źródła biorą się pewnie z czasów, kiedy my ludzie mocno potrzebowaliśmy uważności, bo wszystko, co odbiegało od normy mogło stanowić zagrożenie. Ale odkąd nasze życie nie jest zagrożone trującymi roślinami, niebezpiecznymi zwierzętami (bo cywilizacja, w której żyjemy te zagrożenia znacznie ogranicza), możemy wzbogacić naszą uważności o zauważane, docenianie i swiętowanie tego, co jest dobre, udane czy zaspokojone.

Zauważać, doceniać, świętować – brzmi dziwnie? Nienaturalnie? To tylko kwestia braku wprawy, czy nawyku. Kiedy się oswoisz, wszystko to (1) zacznie przychodzić Ci z łatwością, (2) stanie się zupełnie naturalną rzeczą, a po trzecie i najważniejsze, sprawi, że poczujesz się znacznie bogatsza (i szczęśliwsza).

Stworzenie nawyku świętowania zależy wyłącznie od Twojej decyzji. I odrobiny cierpliwości czy wytrwałości we wprowadzaniu zmiany. A ja zachęcam Cię do tej zmiany z całego serca, bo to jeden z lepszych prezentów, które możesz sobie sprawić.

Co dobrego ze świętowania?

Po co świętować? Powodów są miliony, jak głosi jedno z reklamowych haseł. Poniżej prezentuję te, które dla mnie wydają się najważniejsze:

1.  Świętujesz po to, żeby zamknąć symbolicznie rzeczy, które się skończyły.

Dzięki świętowaniu stawiasz kropkę na końcu zdania. Nabierasz oddechu zanim ruszysz dalej. I przez to wchodzisz w kolejne zadania z większą energią i większą mocą.

Świętowanie uwalnia energię do dalszej zmiany.

2. Świętujesz, żeby przełączyć się w tryb bogactwa.

Bo jeśli koncentrujesz się tylko na tym, czego Ci brak, co jeszcze potrzebujesz załatwić, zrobić, osiągnąć, budujesz (lub utrwalasz)  tryb braku. Zauważanie tego, co się udało, co zrobiłaś, co jest warte świętowania, pozwala zrównoważyć brak, a może nawet – przełączyć się w tryb obfitości i bogactwa. I nie chodzi o to, żeby koniecznie odpuszczać to, co jest do zrobienia. Chodzi o to, by pamiętać o tym, co już zrobiłaś. Jedno i drugie jest tak samo ważne i tak samo potrzebne.

3. Świętujesz, by mieć więcej opcji.

Świętowanie pozwala wyjść z chomiczego młynka, czy zajętości, w której jesteś tak zajęta ścinaniem drzew, ze nie masz czasu naostrzyć piły (pisałyśmy o tym tutaj). (Oczywiście, jeśli lubisz w tym trybie przebywać, świętowanie nie jest opcją). Poprzez świętowanie zaczynasz dostrzegać drogę, nie sam cel. Dzięki temu uciekasz od trybu zero – jeden, gdzie: 1 to realizacja celu, czyli wygrana, zaś 0 – to brak realizacji czyli przegrana. Kiedy świętujesz to, co się udało, zdarzyło skończyło lub zaczęło, przełączasz się z trybu liczb naturalnych (0, 1, 2) do trybu liczb rzeczywistych, gdzie między 0 a 1 jest cała nieskończoność innych liczb.

Tak na marginesie: Jeden z powodów, dla których kocham matematykę to ten, że nikomu nie przyszło do głowy głosić, że liczby naturalne są lepsze niż rzeczywiste.  Czasami potrzebujemy skorzystać z jednych, czasem przydatne są drugie. Tak samo jest przecież z realizacją celu – czasem warto patrzeć, dokąd się idzie, czasem przydaje się spojrzenie, gdzie się ruszyło.  najlepiej mieć w jedno i drugie. A znam wiele osób, które twierdzą, że koncentracja na celu jest lepsza niż koncentracja na drodze ;-)).

Dostrzeganie nawet małych rzeczy do świętowania i świętowanie ich pozwala dostrzec i docenić całe bogactwo świata, zanurzyć się w nim i poczuć się bogatszym.

4. Świętując zyskujesz wpływ.

A kiedy potrzeby znasz, łatwiej Ci zdecydować, które potrzeby potrzebują Twojej uwagi, a które mogą poczekać. Możesz bardziej świadomie wybierać, decydować. Masz więcej wpływu. Również na to, na ile funkcjonujesz w trybie „muszę/powinnam/trzeba/należy”, a na ile w trybie „chcę/potrzebuję”.

5. Świętując wychodzisz z trybu konfrontacji. Odkładasz na bok mobilizację, uruchamiasz wdzięczność, która przyspiesza Rozwój i wzrost. Również finansowy. (O wdzięczności i jej roli w tworzeniu bogactwa przeczytasz tutaj)

6. Świętując sama sobie tworzysz radość. A ta przyciąga. Ludzi, którzy podzielają Twoje wartości, pomysły, kreatywne rozwiązania. Również pieniądze.

Jedna mała uwaga: przez świętowanie wcale nie rozumiem organizowania imprezy w stylu sylwestrowym. Niekoniecznie też chodzi mi o odpalanie korków od szampana czy nawet wznoszenia toastów. Świętowanie może przybierać taką formę, ale przecież wcale nie musi. Świat jest dużo bogatszy w rozwiązania i opcje niż nam się wydaje.

Jak to świętowanie miłoby wyglądać? O tym opowiem w kolejnym odcinku.

A tymczasem zapytam Ciebie: co myślisz o świętowaniu zaspokojonych potrzeb? Masz taki nawyk? Masz swoje sposoby?

Podziel się nimi w komentarzu poniżej – będziemy mieć kolejne okazje do świętowania!

Chcesz wiedzieć pierwsza o kolejnych wpisach?