O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

Nie wiem, czy ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam Powiśle. Od czasów, kiedy sprowadziłam się do Warszawy (w tym roku świętować będę dwadzieścia lat!) zmieniło się tu bardzo. Pamiętam, że jednak nawet wtedy Powiśle miało to coś i miałam inwestycyjnego nosa:-)

Gdy szukaliśmy naszych czterech kątów, namawiałam mojego męża na mieszkanie w urokliwym, starym domu blisko Wisły. A on, Warszawiak, patrzał na odrapane kamienice i twierdził, że jest tu wilgotno, niebezpiecznie i że wieki miną, zanim cokolwiek się w tej dzielnicy zmieni. Pomylił się, na szczęście:-)

Dzisiaj Powiśle jest modne, eleganckie, pachnące kawą i wegańskim jedzeniem, młode, bo studentów dużo, drogie i jak to mawia moja córka nastolatka, "posh". Z powodu bycia grzeczną żoną (te dwadzieścia lat temu;-) nie mieszkam tu, niestety, ale lubię ten moment, kiedy na przykład moje włosy bardzo już potrzebują zobaczyć się z moją ukochaną fryzjerką Dorotą i mogę zaplanować sobie powiślańskie pół dnia.

A że właśnie dzisiaj nadszedł TEN DZIEŃ, siedzę nad hipsterską kawą z aeropressu, piszę dla Ciebie post i właśnie skusiłam się na kokosowe ciasteczko... I niczym Proust dzięki swojej magdalence, nagle poczułam się jak w Hadze. Bo Powiśle bardzo mi ją przypomina. Podobny duch. I podobny posmak jakby lżejszego życia. A skoro tak, pomyślałam, to może już czas na podsumowanie tego, czego tam nauczyłam się o pieniądzach?

Długo zbierałam się do tego podsumowania, bo kojarzy mi się ono z nieuniknionym zamknięciem, pożegnaniem haskich dni. Powrotem na dobre tutaj. Bo pewnie dopiero za rok, przy pomyślnych wiatrach,  będę znów pić poranną kawę, patrząc, w jakim nastroju jest dzisiaj morze. Czy pieni się wielkimi bałwanami, czy tylko lekko się marszczy i łagodnie zaprasza do kąpieli. Wieczorami delikatna słoneczna poświata będzie kłaść się na wydmach, niczym na obrazach Mondriana, a ja będę zła, że na zdjęciach tego nie da się uchwycić. I będę z ciekawością obserwować pewnych siebie nienachalnym, nieostentacyjnym bogactwem ludzi i myśleć o tym, czego mogę się od nich nauczyć.

Bo Holandia to dla mnie najlepsza nauczycielka relacji z pieniędzmi, jaką mogłam sobie wymarzyć. Moje serce ma w sobie wdzięczność za wszystkie lekcje, które przyniósł mi mój pobyt w Hadze. I dwiema najbardziej dla mnie żywymi bardzo chcę się nimi z Tobą podzielić:

1. FAJNIE JEST KORZYSTAĆ Z PIENIĘDZY i nie czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta.

Jak to, czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta?! Brzmi dla Ciebie jak kosmos? Ja też myślałam, że tak myślę:-) A jednak pewnego pięknego niedzielnego poranka, spacerując po haskim parku, spotkałam parę starszych państwa, niespiesznie jadących konno alejką. Byli sprawni, zdrowi, wyglądali na bogatych, szczęśliwych i spełnionych, a ja ze zdumieniem złapałam w mojej głowie lekceważącą myśl: no tak, ale co oni wiedzą o prawdziwym życiu? Braku kasy na leki, biedzie, wojnie...

No tak, pewnie wiedzą niewiele. Na pewno mniej niż moje babcie, dziadkowie, a nawet rodzice. Ale czy to, że los ich nie doświadczył (a tak naprawdę skąd o tym wiem?) i że umieją korzystać z dobrego życia i się nim cieszyć, powoduje, że ja jestem lepsza, a oni gorsi, płytsi? Przecież taki właśnie stan jest tym, o czym marzymy dla naszych dzieci, prawda? I wtedy w Hadze całą sobą poczułam, że "miecie" lepiej niż moi rodzice i przeszłe pokolenia nie jest zdradą. Nie jest złe. Że czas z szacunkiem odpłakać to, czego przez lata nie mieliśmy i nauczyć się żyć z tym, co mamy. I że to wcale nie jest takie łatwe. Ale za to bywa przyjemne:-)

2. Pieniądze są DLA LUDZI.

Holandia to bogaty kraj. Bardzo bogaty. Podatki są tu wysokie, zwłaszcza, gdy zarabia się więcej. Ludzie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale dokładnie wiedzą, na co te ich pieniądze są wydawane. Kraj jest bezpieczny, policję można spotkać niemal na każdym rogu. Przyjazną, wspierającą, nie polującą na mandaty. I jednocześnie bardzo konsekwentną. Jeśli wiadomo, że czegoś nie wolno, to nie wolno. Przekroczysz prędkość? Mandat dotrze do twojej skrzynki w ciągu dwóch dni, nie ma bata.

Edukacja - w systemie nastawionym na odrywanie i wzmacnianie zasobów i osobistych talentów dziecka - do 16 roku życia jest bezpłatna (szkoły Montessori również), a pojęcie ''prywatna służba zdrowia" wywoływało kompletne zdziwienie u Holendrów, z którymi rozmawiałam.

Jeśli zarabia się mało, podatki są niskie, a dofinansowania spore. Dzięki temu, nie zarabiając dużo, można godnie żyć. Z pewnością są osoby, które sądzą inaczej, ale sporo ludzi, a którymi rozmawiałam, właśnie tak twierdziło.

Na kolana rzuciła mnie jednak pewna scena, którą na zawsze zapamiętam. Rozgrywała się na molo w Scheveningen (takim naszym Sopocie:-)). Pewnego leniwego popołudnia, w środku tygodnia pod zadaszonym molo stanęła karetka. Dwóch pielęgniarzy wysunęło z niej przenośne łóżko, na którym leżała drobna, wychudzona staruszka, oddychająca z trudem przez rurki połączone z butlą. Pielęgniarze zawieźli łóżko pod ogromne szyby, wychodzące na morze. Starsza pani otwarła oczy. Świat na moment przystanął. Spacerujący po molo ludzie delikatnie omijali łóżko, a pani żegnała się z morzem, pewnie na zawsze. Jak bardzo życzę nam tu, w Polsce, takiego poziomu bezpieczeństwa finansowego, żeby taka sytuacja mogła się zdarzyć. Tak po prostu po ludzku, normalnie.

Pozdrawiam Cię ciepło z Powiśla! I bardzo jestem ciekawa, jakie są Twoje najważniejsze lekcje o pieniądzach i gdzie ich się nauczyłaś. Dasz znać?

I znów ten girl power:-)

I znów ten girl power:-)

Na Haagse Markt można kupić świeżutkie ryby i małże. I 3 mango za 1 Euro. Melona za 50 centów, a awokado za jeszcze mniej. Jakieś dwa - trzy razy taniej niż na mieście. Ręcznie robiony chleb. Kawę ze stewią (to już dużo drożej niż w zwykłym sklepie). Z jednej strony bywa naprawdę tanio, z drugiej całkiem drogo, za to hand-made i cymesik. Pachnie miętą, makrelą i arabskimi perfumami. Zwoje materiałów wabią kolorami niczym kolorowe motyle, ubrania trzepoczą na wietrze, a kawałek dalej - szmelc, mydło i powidło. Niektórzy sprzedawcy przekrzykują się znad swoich stoisk, inni stoją wpatrzeni w dal, ćmiąc ze spokojem swoje fajki.

Nic dziwnego, że szóstka, tramwaj którym można dotrzeć na targ z dworca, bywa przepełniony. A to rzadkość w Hadze, bo i bilety dość drogie, i ścieżki rowerowe tak genialne, że aż grzech nie korzystać. No, ale z wózeczkiem na zakupy, maluchami u boku, dzieckiem przy piersi i pełnymi siatami, rowerem nie da rady - chyba, że jest się zaprawioną w codziennej jeździe Holenderką, wiozącą jedno dziecko na siodełku z przodu i dwójkę w wózeczku przymocowanym z tyłu. Ale na Haagse widać więcej imigrantek.

Siedzę w zatłoczonej szóstce i nagle zdaję sobie sprawę, że w zasadzie są tu same kobiety. No nie 100%, ale panów zdecydowanie dużo mniej. Kobiety w chustach i bez chust, w długich sukniach i w mini, starsze i bardzo młode, z torbami, wózeczkami, plecakami. Rozmawiające ze sobą w różnych językach. Otoczone dziećmi albo z dziećmi na rękach. Matki, żony, opiekunki. W drodze na targ.

Zmęczone maleństwo zasypia w wózku. Dwie kobiety przechodzą dalej, za wózek, żeby usiąść na wolnych miejscach. Pierwsza nie zauważa, że rąbkiem chusty zahacza o dziecko, druga natychmiast ściąga materiał z buzi malucha i delikatnie przesuwa wózek, żeby zrobić tej starszej więcej miejsca. Mama dziecka uśmiecha się przepraszająco, bo mały pojazd toruje przejście, obie kobiety odwzajemniają jej uśmiech - ze zrozumieniem. Przyjaźnie kiwają głowami i zajmują się swoimi sprawami. Obok popłakuje mały chłopczyk, starsza pani przesuwa się na siedzeniu, żeby zrobić mu trochę miejsca. Mały siada, mocno trzymając mamę za rękę. Obie kobiety uśmiechają się do siebie nad jego główką. Przystanek Haagse Markt. Szybko, bez wielkiego halo, kobiety wynoszą wózki, dzieci, wózeczki. Płynnie, tu krok w bok, tam do przodu, tu przepuszczamy wózek, a tam staruszkę. Niczym wielki, wspólny organizm, miękki i sprawczy jednocześnie.

Patrzę na ten kobiecy taniec i w głowie pojawia mi się pytanie. Czy tak wyglądałby świat, gdybyśmy to my, kobiety nim rządziły? Ale nie na męskich zasadach, jak ma to miejsce teraz, tylko tak po naszemu, kobiecemu? Czemu ta nasza kobieca energia nie może się przebić wyżej, poza sprawczość codzienności? Jest miękka, nieagresywna. Ale czy to znaczy, że jest słaba? Patrząc na nasze codzienne zmagania, nie sądzę. Jest skuteczna jak nie wiem co! W dodatku jest kontakcie, w relacji, z uwagą na drugiego człowieka. Ponad podziałami (chusta czy bez chusty) wie, co jest ważne i czemu warto poświęcić uwagę, żeby to, co ma się zadziać, poszło do przodu.

- Mamo, ty znowu o tym girl power - mruczy moja nastoletnia córka, kiedy pytam, czy czuła tę energię w tramwaju. Tak, ja znowu o tym girl power. Bo coraz bardziej czuję, że ten rodzaj energii i współpracy, który zadział się tak po prostu, życiowo, w tym tramwaju, jest tym, czego nasz świat bardzo teraz potrzebuje. Wahadło produktywności ponad wszystko, presji, nacisku wychyliło się według mnie za daleko. Nawet my, kobiety gramy w tę grę i bywa, że jesteśmy dla siebie surowszymi sędziami niż panowie. Nie, nie marzy mi się Seksmisja 2, mam szacunek dla mężczyzn, tak samo jak do kobiet. Ale tęsknię za kobiecą jakością w zajmowaniu się światem. Niech się miesza z męską sprawczością i czyni ten świat bezpieczniejszym, przyjaźniejszym, współpracującym.

Pamiętam badanie Deloitte sprzed kilku lat, które dotyczyło wpływu płci na sposób działania w biznesie. Na podstawie analizy konkretnych zachować menedżerów, kobiet i mężczyzn, wyodrębniono taktyki wpływu i sposoby ich stosowania w relacjach podległych, nadrzędnych i równorzędnych. Mężczyźni najczęściej wybierali taktyki wymuszania i wymiany. Kobiety preferowały perswazyjne sposoby współpracy. Na krótką metę te pierwsze okazywały się bardzo skuteczne, na dłuższą, powodowały odpływ zdolnych pracowników i problemy z motywacją, zwłaszcza w trudniejszych ekonomicznie czasach. Kobiety budowały kapitał zaufania, a dzięki niemu w dłuższej perspektywie czasowej zarządzane przez nie działy/firmy wychodziły z kryzysów w lepszym stanie, a na co dzień cechowało je większe zaangażowanie pracowników i mniejsza rotacyjność, nawet mężczyzn. Nie chcę oceniać, który styl jest lepszy, bo każdy ma swoje plusy i minusy ( wcale nie! Sercem mi oczywiście bliżej do kobiecego;-)), ale wiem na pewno, że  jeśli tylko jeden obowiązuje, równowaga zostaje zachwiana i jest naprawdę mniej efektywnie. Jakiejś jakości zaczyna brakować i czuć to na każdym poziomie, od realizacji po energię pomysłu.

Kiedy myślę o tym, co mogłabym zrobić, aby ta energii znaczyła więcej na co dzień, na ten moment mam kilka pomysłów:

1. zajmujmy się, dziewczyny, kasą. Gdzie jest kasa, jest władza, na razie ten świat jeszcze tak ma. Nie odpuszczajmy tematu kasy w pracy (ciągle na tych samym stanowiskach zarabiamy średnio w Europie ok 20 procent mniej niż mężczyźni), w domu (nawet w sytuacji, jeśli tylko to druga strona zarabia, rozmawiajmy o pieniądzach, miejmy na nie wpływ), w naszych firmach;

2. szanujmy i doceniajmy siebie, to, co wnosimy w świat i w życie, doceniajmy też te wartości u innych kobiet - i mówimy im o tym głośno;

3. szanujmy inne kobiety. Wiele razy słyszałam, że nikt ci nie przyłoży tak, jak druga baba. Ale każda z nas, naprawdę każda z nas, może być tą, która zdecyduje, że nie będzie już grać w tę grę. Obiecałam sobie wiele lat temu, że nie będę łaskotać własnego ego, używając do tego innych kobiet (choć uwierz mi, niektóre same się o to proszą i dużo energii wkładam w to, żeby nie wejść w tę grę). I wiesz co, karma wraca. Od lat pracuję z kobietami i czasami wydaje mi się, że udaje nam się ruszyć ziemską bryłę z posad świata, chociaż o krok, ale taki krok, który potem zamienia się w śnieżną kulę. Rzadko doświadczam wprost zagrywek, za to mam to, czego potrzebuję - zrozumienie, wsparcie, współdziałanie. Mamy moc, nie przemoc.

Nadal jednak nie mam pomysłu, co zrobić, żeby nas, kobiet, było więcej tam, gdzie zapadają decyzje w ważnych dla ludzi sprawach - w polityce, w społeczeństwie obywatelskim. Jak to zrobić, żeby tam być, ale po swojemu. I nie stać się kamieniem rzuconym na szaniec?

Masz pomysł? Podrzuć, proszę.

A jeśli jesteś kobietą, która już tam jest, powiedz, proszę, jak konkretnie mogę Cię wesprzeć? Ja i inne babki?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

Jakie masz skojarzenie, kiedy słyszysz Holandia? Otwartość? Tolerancja? Autentyczność ludzi morza, bo przecież na morzu nie ma ściemy? Ja tak mam, więc kiedy życie przyniosło mi możliwość pomieszkania w Królestwie Niderlandów przez dwa miesiące, niemal zapiałam z zachwytu. Dojrzały system polityczny, jeden z pierwszych krajów, który otworzył rynek pracy dla imigrantów tuż po naszym wejściu do Unii, niedawny oddech ulgi po wyborczej klęsce populisty Geerta Wildersa. Będę tu dłużej niż trwają zwykłe wakacje, cieszę się, że posmakuję jak działa komunikacja w takim europejskim wydaniu.

Przed wyjazdem lekki zamęt, ale staram się ogarnąć temat. Kupuję kurs niderlandzkiego, mam marzenie móc zamienić chociaż parę zdań z mieszkańcami w ich języku. Czytam o historii i kulturze. Załatwiam ubezpieczenie. Jeszcze wizyta w banku, chcę mieć na start trochę EURO, bo bywa podobno, że karty nie zawsze są akceptowane.

Jest pięknie. Pogoda dopisuje. Morze cudne. Wybieram się z czteroletnią córką po zakupy. Jak miło mijać sąsiadów, którzy mówią dzień dobry i odwzajemniają uśmiech.

Moja mała przytula Trackera z Psiego Patrolu. Mięknę, bo cena dużo korzystniejsza niż w Polsce. Wyciągam nowiutki banknot 100 Euro. Taki dostałam w banku. Legalnym, w moim kraju, należącym do Unii Europejskiej. Z twarzy ekspedientki znika uśmiech. Sorry, we do not have so much money to give you back. Karty Visa też niestety nie akceptują. Ok. To zrobię najpierw zakupy w spożywczym. Popularna sieciówka. Ludzie płacą gotówką. Ale ja nie mogę. Sorry, we don't have so much money. Uśmiech. Dobra, zapłacę kartą (tym razem udało się), a rozmienię przy okazji zakupów w drogerii. Niestety, też nie mają tyle w kasie. Najwyraźniej trafiająca tam gotówka w trybie natychmiastowym zostaje teleportowana do banku. Ale nie poddaję się. Znajduję w necie najbliższy bank, kolejki nie ma. Niestety, gotówki w kasie też nie. To jednak dość frustrujące, mówię, mam pieniądze z banku i chcę po prostu zrobić zakupy. Sorry, we do not have money here. Z twarzy młodej kobiety nie schodzi profesjonalny uśmiech. Może wymienią pani na dworcu w exchange office?

Nie muszę mieć wszystkiego podstawionego pod nas. Pojadę na ten dworzec, w końcu nie mam grafiku wypełnionego spotkaniami po brzegi. Ale coś mi tu nie pasuje. I czuję się jakoś nieswojo. Mam radar na ściemę w komunikacji i właśnie mi się załączył. A wraz z nim gadzi mózg, podpowiadający rozmaite oceny: dyskryminują mnie, bo jestem Polką? Mają nas za złodziei? Jak takie myśli nakręcają się dalej, można poczytać na forach, gdzie wypowiadają się Polacy, którzy przenieśli się do Holandii na stałe i chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat "prawdziwej" jej twarzy i podziałów na "ich" i "nas". Małe zdarzenie, ale jakby czubek góry lodowej.

Zrobiło mi się smutno. Czy naprawdę nie ma innej drogi niż dobrze nam znany komunikacyjny fundamentalizm albo pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu i autentyczności poprawność polityczna, tak mocno lansowana teraz w Europie? A także, niestety, w Polsce. Przecież ani jedna, ani druga opcja nie zbliży nas do porozumienia. I w Europie, i w Polsce na naszych oczach nasilają się podziały, panoszy się strach, rośnie frustracja, spod spodu wyziera nie wyrażona złość, tracimy to, co udało się wspólnie zbudować. OCZYSZCZAJĄCA, SZCZERA ROZMOWA , W KTÓREJ WSZYSCY ZOSTANĄ WYSŁUCHANI JEST NAM POTRZEBNA BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK.

Że agresja to żadna droga, wiem to na pewno. Oczywiście, jest skuteczna. Potrafi zmienić bieg historii i trwać całe lata, a nawet dekady. Ale jej ceną też jest strach, gniew i frustracja - tyle, że po innej stronie. Dla sumy nie ma to jednak znaczenia. Emocje będą buzować.

Że nieagresywna, ale unikająca trudnych tematów i pozbawiona empatii polityczna poprawność też nie działa - widzimy to na własne oczy. To, co niewyrażone wybucha nagle i ze zdwojoną siłą. W Polsce miliony nieodbytych rozmów z osobami, dla których transformacja nie przyniosła codziennego raju, właśnie teraz palą zgagą. Brak szczerej rozmowy o tym, co trudne, zbudował zasieki, które wydają się nie do przebycia. Rozum nie łapie, jak ludzie mogą popierać to, co wydaje się szaleństwem, ale emocje wiedzą swoje. A one zawsze będą górą!

Marshall Rosenberg, twórca filozofii komunikacji, która zmieniła moje życie, nazywa emocje dziećmi potrzeb. Potrzeb, czyli wartości, sił, które są emanacją naszej ludzkiej życiowej energii. Według Rosenberga potrzeby są uniwersalne, czyli takie same dla wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości, rasy, płci, wieku. Wszyscy potrzebujemy na przykład odpoczynku, snu, pożywienia, bezpieczeństwa, miłości, szacunku, radości, wpływu, sensu. To, co nas różni, to sposoby realizacji tych potrzeb, czyli strategie. Kiedy patrzę na sytuację w naszym kraju przychodzi mi do głowy myśl, że zarówno jedna i druga strona tęskni za bezpieczeństwem, szacunkiem, zrozumieniem, wpływem. Tylko ma na te potrzeby całkowicie odmienne pomysły - strategie. Póki te odmienne pomysły nie zostaną na moment odłożone na bok, a kryjące się pod nimi potrzeby nie zostaną usłyszane i nazwane, będą wrzeć i dawać o sobie znać poprzez uczucia. A te poprzez nieracjonalne decyzje i wybory. Dopóki dyskusja będzie się odbywać na poziomie pomysłów, nie wyjdzie poza kłótnie, oceny, próby sił i wybuchy uczuć.  Bo uczucia są barometrem spełnienia (bądź nie) ludzkich potrzeb. Jeśli potrzeby są spełnione, pojawiają się uczucia przyjemne w odczuwaniu, takie jak radość, spokój, zachwyt. Jeśli potrzeby są niespełnione, pojawiają się uczucia mniej przyjemne - smutek, złość, bezradność. A że mało kto umie się z takimi trudnymi uczuciami obchodzić, słowa stają się jak granaty, ranią, kaleczą. I koło się po raz kolejny zamyka, bo i potrzeby pozostają niespełnione, i pojawiają się kolejne - urodzone w wyniku raniącej komunikacji.

Gdy myślę o tym, co dzisiaj dzieje się w polskiej polityce, chcę wierzyć, że jest dla nas jeszcze szansa. Jestem w Holandii, rozglądam się wokół, szukając inspiracji. Jest w holenderskiej polityce zwyczaj, który nazywa się POLDERMODEL. Nie do końca wiadomo, kto wymyślił to określenie, ale czuć jego wpływ, a znaczy mniej więcej "współpraca mimo różnic". Jedna z interpretacji mówi, że polder w języku niderlandzkim oznacza kawałek ziemi poniżej poziomu morza, wydarty wodzie. Poldery są centralnymi elementami holenderskiego systemu zarządzania wodą, który, jeśli każdy z nich nie będzie dobrze zarządzany - z osobna i w całym systemie, zamieni się w bagno. Utrzymanie systemu 30 000 polderów i skomplikowanej sieci kanalizacji jest możliwe tylko dzięki współpracy. Musiała mieć ona miejsce nawet wtedy, gdy różne miasta w tym samym poderze pozostawały ze sobą w konflikcie czy stanie wojny (co często miało miejsce np. w średniowieczu). Inaczej - wiadomo, wszyscy skończą w bagnie. Czy to by dla nas mogła być droga? Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, na początek skupić się na tym, co łączy, co jest ważne i co powinno funkcjonować sprawnie, dla dobra wszystkich? Zaczynając od rozbitej opozycji, która dzięki skupieniu się na współpracy mimo różnic, mogłaby stać się równorzędnym partnerem w dialogu ze stroną rządzącą. Równorzędnym, czyli takim, którego bardziej trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się nie chce.

Czy każda z nas może taką jakość wnieść w otaczającą nas rzeczywistość? Wierzę, że tak. Ze swej strony wymyśliłam dla siebie kilka strategii:

1. staram się nie dokładać do pieca emocji kolejnych raniących słów - na przykład nie hejtuję w Internecie. I nie jest to wynik wewnętrznej emigracji, tylko świadoma decyzja, że mój hejt to kolejne drewno w tym wrzącym piecu, który w dodatku niczego nie zmieni;

2. staram się mówić o tym, czego potrzebuję i o tym, co mi się nie podoba, trzymając się faktów, nie ocen;

3. staram się patrzeć na to, co mówi i robi druga strona i próbować zrozumieć kryjące się pod spodem potrzeby. Nie jest to dla mnie jednoznaczne ze zgodą, aprobatą dla tego, co się dzieje, po prostu chcę to lepiej rozumieć;

4. jestem w kontakcie z moimi uczuciami i opiekuję się nimi;

5. opłakuję moje niespełnione potrzeby w związku z tym, co się dzieje i szukam własnych sposób za ich realizację. Nie zostawiam moich potrzeb "im" - po żadnej stronie. Bo "oni" są poza obszarem mojego wpływu. Działam, najskuteczniej jak potrafię, w obszarach, gdzie mam wpływ. Jeśli moja strategia na daną potrzebę nie rani innych, a wzbogaca mnie - idę w nią.

6. szukam wspólnoty w moim stadzie. Dołączam do akcji, gdzie ono jest i sprawdzam, czy mogę wesprzeć bardziej systemowo;

7. jeśli mam szansę na bezpośredni kontakt z osobą "po drugiej stronie", staram się w rozmowie pokazywać to, co nas łączy, szukać wartości i sprowadzać rozmowę do tego poziomu;

8. jeszcze bardziej uważnie sprawdzam, na co głosuję moimi pieniędzmi. To dla mnie temat na osobny post:-)

A Ty? Jestem bardzo ciekawa Twoich sposobów reagowania na to, co się dzieje wokół - każda inspiracja od ciebie będzie dla mnie prezentem

Vrede znaczy spokój

Vrede znaczy spokój

Siedzę właśnie w nadmorskiej kafejce. Widok ze stolika wart milion dolarów, kawa kosztuje dwa euro. Dumam nad siłą nabywczą Polaków a siłą nabywczą Holendrów, z zarobkami kilkukrotnie wyższymi niż nasze i kawą tańszą niż w naszej stolicy. W powietrzu czuć bryzę i zapach pieniędzy. Jedno niesie ze sobą jakąś ożywczą obietnicę, drugie spokój.

Spokój. Pisze się go tutaj "vrede", co trochę śmieszy mojego wewnętrznego diablika, bo Holendrzy nie mają najlepszego PR-u wśród mieszkających tu Polaków, którzy ostrzegają mnie, że dla nas bywają wredni. Ale "vrede" wymawia się tu "frejde" - a to już kojarzy mi się z frajdą, radością, czymś fajnym. I rzeczywiście, nawet ci, którzy przyjechali i pracują na czarno, zarabiają najniższe stawki, niewiele rozumieją i w kontaktach nie jest im łatwo, mówią, że czują się tu spokojnie. "Poziom zero tu i poziom zero u nas to są zupełnie inne poziomy, proszę pani", opowiada mi spotkany na molo chłopak. "Z korzyścią dla tego tu. Mieszkam z dziewczyną, żyjemy jak ludzie, nawet do knajpy dość często idziemy", zamyśla się na chwilę. "Tylko wie pani, ich to te pieniądze psują. Jeśli tu ktoś pani pomoże, to raczej obcokrajowiec, jak my. Bo oni jak mogą, to nas wykorzystują, a płacić nie lubią, oj bardzo nie lubią. Tacy bogaci, a skąpi strasznie. Dla siebie też. Tu wszystkim rządzi kasa"...

Dwie strony tego samego medalu, pomyślałam. Kiedy nie ma kasy, nie da się o niej nie myśleć. Ale kiedy wydaje się, że od niej wszystko zależy, nieważne, ile się ma - też ciąży i ogranicza. Mayuri Onerheim, dyplomowana finansistka i mentorka duchowa, napisała w swojej książce "Pieniądze - duchowość - świadomość. Jak poznać i zrozumieć swoje osobiste relacje z pieniędzmi": "Nie możemy być naprawdę wolni, jeśli nasz stosunek do pieniędzy nie jest oparty na prawdzie, uczciwości i odpowiedzialności". I właśnie tutaj, w bogatej Holandii, mój ukochany cytat wrócił do mnie z pełną mocą.

A wraz z nim pytania Onerheim, które kilka lat temu zwiększyły moją świadomość na temat moich własnych relacji z pieniędzmi w codziennym życiu i, co mnie zaskoczyło, dały mi niezłego kopa do poznania siebie i ograniczeń, które sama na siebie nałożyłam - w aspekcie dużo szerszym niż same pieniądze.  Ta świadomość przełożyła się u mnie na poczucie wewnętrznej wolności, dzięki której pieniądze nie są już dla mnie miarą sukcesu czy wartości, ani środkiem do zdobycia uznania czy akceptacji, za to stały się dla mnie narzędziem pomagającym mi wyrażać siebie, moje potrzeby i to, co chcę wnosić do świata. I za to je kocham. Chętnie o nich rozmawiam. Troszczę się o nie. Potrafię zawalczyć jak lwica. Potrafię odpuścić. Interesuję się nimi. Oddaję im należne miejsce w moim życiu, a dzięki temu one przestały być stroną w wewnętrznym konflikcie mieć czy być.

Jakie to pytania? Zanim Ci je zadam, opowiem Ci jeszcze jedną holenderską historię. Wyjeżdżając do Hagi nie pomyślałam o tym, żeby książkę Onerheim zabrać ze sobą. I kiedy ten post zaczął mi chodzić w głowie, pomyślałam, że będę musiała go wpisać na listę pomysłów powakacyjnych, bo  cytaty trudno pisać z pamięci:-) Ponieważ jednak podobno nie ma przypadków, los zetknął mnie właśnie tutaj z Kasią właścicielką Wydawnictwa Świadome Życie, która przyniosła ze sobą na nasze spotkanie... książkę Onerheim.

Pamiętasz, "nie możemy być naprawdę wolni, jeśli nasz stosunek do pieniędzy nie jest oparty na prawdzie, uczciwości i odpowiedzialności". Jeśli i w Tobie ta myśl też gra, poświęć trochę czasu w wakacje na znalezienie swoich odpowiedzi na poniższe pytania. Uwielbiam je za to, że uświadomiły mi z całą mocą, że relacje z pieniędzmi to nie tylko rozkminy, ale i działanie.

1. Ile czasu, procentowo, poświęcasz codziennie pośrednio lub bezpośrednio pieniądzom, w takiej czy innej postaci?

2. Czy zdajesz sobie sprawę, w jakim stopniu doświadczenia związane z okresu dzieciństwa wpływają na twoje obecne decyzje finansowe?

3. Czy doświadczasz strachu i poczucia niedostatku w obszarach twojego życia związanych z pieniędzmi?

4. Czy wierzysz, że pieniądze wnoszą w twoje życie coś naprawdę wartościowego?

5. Jaki związek ma miłość z pieniędzmi?

6. Jaka jest twoja ogólna wiedza o finansach i o tym, jak zarządzać pieniędzmi?

Pozdrawiam Cię ciepło!

P.S. Podaję link do księgarni Kasi na wypadek, gdybyś chciała mieć tę książkę w swojej biblioteczce. Kupiłam ją dobrych parę lat temu i nie jestem pewna, czy łatwo będzie ją znaleźć w księgarni stacjonarnej.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Na ostatnim spotkaniu mojego ulubionego kobiecego biznesowego kręgu wywołała się spora dyskusja. O tym, czy to niedobrze zostać w domu i poświęcić się dzieciom, bo wypada się z gry. O tym, że może wcale nie źle, no bo przecież dobro dzieci. O tym, że jak postawi się na jedno, to umyka drugie, a jak na drugie, to cierpi pierwsze. Albo jak to sobie poustawiałyśmy, żeby jednak nie umknęło, chociaż było ciężko. Najpierw wciągnęłam się w rozmowę. A potem przyszła myśl: dziewczyny, po co my to sobie robimy?

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.

Po co tak chętnie i łatwo krytykujemy swoje wybory z kiedyś i obwiniamy siebie za brak owoców teraz? Żeby nie było - sama jestem w tym całkiem niezła. Do dzisiaj supeł mi się robi na żołądku, kiedy przypominam sobie, że gdybym te parę lat temu docisnęła mojego męża w sprawie kupna pewnego domu w Łomiankach, zwrot z inwestycji byłby siedmiokrotny. Ale nie docisnęłam i nie ma. A choć spotkanie, o którym opowiedziałam Ci na początku odbyło się już jakiś czas temu, ciągle pamiętam żal i niepokój dziewczyny, która podzieliła się z innymi opowieścią, że, o zgrozo, została w domu i o zgrozo, zakopała się. A ja pluję sobie w brodę, że, zamiast szukać jasnej strony w tamtym, nie zapytałam jej po prostu - posłuchaj, a jakie to ma znaczenie dla Ciebie TERAZ?

Czego TERAZ  potrzebujesz?

Na to, co już się wydarzyło, nie masz już wpływu. Prawda jasna jak słońce, a jednak gmeramy w tej przeszłości, ile wlezie. Ile tam łez, skurczów żołądka, wyrzutów sumienia. Mogłam była, powinnam była, trzeba było... Kurczę, już ponad dwa tysiące lat temu moja ulubiona szkoła filozoficzna, stoicy, nauczali, że jeśli coś pozostaje poza obszarem twojego wpływu, daruj to sobie. Bo inwestowana tam energia nie ma szans na zwrot. Lepiej zainwestować ją tam, gdzie ten wpływ masz. Czyli w TERAZ. Czy dokładanie sobie, że wtedy zrobiłaś to czy tamto cokolwiek zmieni? Czy czujesz, że karmi Cię energią do życia? Nie? To może warto sobie odpuścić? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Pamiętasz to zdanie z dziecięcej wyliczanki?

Opłacz i działaj.

No dobra, powiesz. Ale to wcale nie jest takie łatwe. Nie chcę zamiatać pod dywan. Moja ukochana filozofia życiowa - Porozumienie bez Przemocy ma na takie okazje sprawdzoną podpowiedź. Bo skoro, choć przeszłość pozostaje poza obszarem naszego wpływu, tak chętnie się w niej biczujemy, musi jednak być w nas coś, co nie całkiem wtedy umarło. I woła rozpaczliwie, jak spod ziemi.

Tym czymś są nasze niespełnione potrzeby. Potrzeby w rozumieniu Porozumienia bez Przemocy to naturalny motor wszystkich ludzkich działań, życiowa energia, która chce się zadziać. Są uniwersalne, niezależne od wieku, płci, miejsca zamieszkania, stanu konta. Różnią się tym, że albo mamy je w danym momencie zaspokojone, albo nie. I tym, że na spełnienie wybieramy różne sposoby działania, czyli różne strategie. Czasem na warsztatach słyszę, jak dziewczyny mówią - potrzebuję pieniędzy. OK. A po co? Pomysłem na jaką potrzebę są dla ciebie pieniądze? Bezpieczeństwo? Uznanie? Akceptację? Wpływ? Kiedy udaje nam się dotrzeć do tej potrzeby, okazuje się często, że nie tylko pieniądze są sposobem na jej nakarmienie. A gdy przestaje być głodna, zajmowanie się pieniędzmi przychodzi dużo łatwiej.

Za naszymi wyborami kryją się różne potrzeby - te spełnione i te niespełnione, myślę, że jeśli nasz wybór po latach ciągle nam dokucza, to w grę wchodzą te drugie. Kiedy przypominam sobie niedoszłą inwestycję w Łomiankach, zgaduję, że potrzeby, jakie udało mi się wtedy spełnić to był na pewno spokój (także w domu), ale też bezpieczeństwo, wolność i lekkość (bo jednak bez kawałka kredytu by się nie obyło). A niespełnione? Ha, również bezpieczeństwo (które po czasie ta inwestycja by przyniosła), sprawczość, rozwój, zaufanie do siebie. Sporo tego! Nic dziwnego, że ciągle mnie podgryzają. I co z tym fantem teraz zrobić? Porozumienie bez Przemocy podpowiada, że takie niespełnione potrzeby warto nazwać i uszanować, opłakać. To trochę jak żałoba po czymś, co nieodwracalne. A potem, po opłakaniu, zastanowić się, czy ta potrzeba we mnie jest nadal TERAZ żywa. Jest? No to co mogę TERAZ zrobić, żeby ją spełnić?

Dobre z przeszłości

Zauważyłaś, że jeśli chodzi o sukcesy, to jakoś szybciej przechodzimy nad nimi do porządku dziennego? Nie znam zbyt wielu osób, które z taką samą uwagą rozkładają na czynniki pierwsze składowe swojego sukcesu sprzedażowego sprzed dwóch lat. Za to porażkę i owszem. A gdy tak, dla równowagi, kiedy zaczynają nas targać demony z przeszłości, pozwolić sobie także na przywołanie przeszłych aniołów? Tych wszystkich razów, kiedy zrobiłaś, osiągnęłaś, udało się? Świętowanie potrzeb, które wtedy spełniłaś dodaje nowej energii do działania, sprawdziłam to na sobie wielokrotnie. Ba, to działa nawet wtedy, gdy nie wyszło. Bo jeśli udaje mi się dotrzeć do tego, jakie potrzeby spełniłam w sytuacji, w której podjęłam jakąś decyzję, a teraz ją podważam, zyskuję nowy ogląd na sprawę. Kiedy myślę teraz o mojej niedoszłej inwestycji, widzę, że w tamtym czasie spokój w moim związku był naprawdę potrzebny. Tym bardziej szkoda sobie teraz tę decyzję wyrzucać! I chyba nie przypadkiem trafiłam dzisiaj na Fejsie na cytat Berta Hellingera: "wszystko dobre, co ma się zdarzyć, zdąży się zdarzyć".

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Mężczyzna z kilkuletnim synkiem czekając na kogoś przed centrum handlowym zajadają się czymś. Mężczyzna mówi:

'Ależ to dobre! Jej takie drogie, ale dobre!"

Dużo w tym było uznania i delektowania się, ale też zaskoczenia czy zdziwienia, że coś drogiego może być aż tak dobre.

Taka urocza scenka skłoniła mnie do szybkiego rozważenia, jak to jest z relacją drogości do dobrości.

Przyszły mi natychmiast na myśl

  • lody we Florencji za 15 euro  - o cenie dowiedziałam się przy płaceniu, to, co myślałam, że zapłacę okazało się oferta na coś innego. Były pyszne, ale nie byłam szczęśliwa, że się dałam zrobić jak pierwsza lepsza turystka (choć nią byłam).
  • Stella Artois (chyba) - piwo, które swojego czasu, nie wiem, jak teraz, reklamowało się jako najdroższe z piw na świecie i wokół ceny rozwijało komunikację marketingową - smakowało jak zwykłe piwo, byłam rozczarowana
  • kawa Kopi Luwac - ta uwielbiane przez bohatera 'Póki goni nas czas' kawa o szczególnym procesie pozyskiwania. 50g kosztuje ok. 150 PLN, za filiżankę zaparzonej zapłaciłam 38 PLN. W sumie kawa jak kawa, na co dzień bym się na nią nie zdecydowała (nie tylko z powodu kosztów), ale rozumiem, że jej cena ściśle wiąże się z trudnością w pozyskiwaniu (ziarna wydobywa się z odchodów cywety - indonezyjskiego drapieżnika żywiącego się ziarnami kawowca, czyści się je, a potem tradycyjnie wypala. Soki trawienne zwierzęcia zmieniają jej smak).
  • pięciogwiazdkowy hotel, w którym spałam kiedyś służbowo - byłam zachwycona, bo wszystko było takie jak lubię i potrzebuję, a wszystkie moje potrzeby zaspokojone. (Nieustannie sprawdzam, czy byłabym skłonna zapłacić za ten nocleg z własnej kieszeni :-))
  • mocno wypasiony wyjazd narciarski (opłacony z własnej kieszeni), na którym wszystko było tak, jak by mogło być najlepiej, a może nawet bardziej i po którym wróciłam pełna energii, wypoczęta z nowymi umiejętnościami narciarskimi i nową wiedzą o sobie. (Nieustannie pytam się, ile razy jeszcze chciałabym na taki wyjazd pojechać).

Gdzieś jest połączenie, że drogie rzeczy są szczególne, wyjątkowe. Ale też nie jest to jedyne połączenie.

O tej szczególności i wyjątkowości produktów  drogich, czy, inaczej rzecz biorąc premium, zapewniają nas reklamy sugerujące, że dzięki droższym produktom można poczuć się naprawdę luksusowo, sprawić sobie (lub innym) szczególną przyjemność, podkreślić swoją wyjątkowość.

Często w tym kontekście przypomina mi się dziewczynka z mojej podstawówki. W szarych czasach PRLu była prawdziwą szczęściarą, bo jej rodzice mieszkali za granicą i przysyłali jej mnóstwo fantastycznych rzeczy. Kolorowych, atrakcyjnych, niespotykanych i, jak na nasze ówczesne warunki, niebotycznie drogich. (Pamiętam dżinsy, które kosztowały wtedy tyle, ile moja mama zarabiała miesięcznie).

Dziewczynka czuła się szczególnie i wyjątkowo, taka też była - łatwo wyróżniała się z tłumu. I miała mnóstwo przyjaciół i znajomych. Okropnie jej nie lubiłam. Dziś wiem, że to była zazdrość...

Z dzisiejszej perspektywy, mniej ją widzę jako szczęściarę i mniej cenię i tych przyjaciół i jej wyjątkowość. Ciekawa jestem nawet, jak dziś wyglądają jej relacje z pieniędzmi i ludźmi.

Mając ją w pamięci (i pewnie w nieświadomym) buduję swoją wyjątkowość w oparciu o to, co wypływa z moich kluczowych wartości. I niekoniecznie musi to być powiązane z szeroko rozumianym prestiżem czy statusem. A ponieważ potrzeba wolności jest moją kluczową wartością, wybieram wolność od gadżetów i zewnętrznych sposobów dowartościowywania się. (Te ostatnie wprawdzie lubię, doceniam i chętnie widzę je w moim otoczeniu, ale to nie z nich buduję i wspieram swoje przekonanie, że fajna ze mnie kobieta).

Zerknij na listę budżetowych rzeczy, które kupujemy - opisane w tym poście.

Ale, wracają do drogich rzeczy:

Jak to jest z drogimi rzeczami?

W założeniu, ponieważ są one rzadsze, sprawiają, że czujemy się kimś specjalnym. Nie składnikiem szarej masy, ale kimś, kto się wyróżnia (bo może zasługuje? jest inny, lepszy?). Inaczej patrzy się na człowieka, który wysiada z bardzo drogiego i dużego samochodu, a inaczej na kogoś, kto jeździ starym autem. A w zasadzie inaczej się patrzy na to auto, bo człowieka czasami trudniej dostrzec 🙂

Drogie rzeczy bywają narzędziem do wywierania wpływu - aspirując do nich, często jesteśmy w stanie dużo zrobić, poświęcić. Mam znajomą, która zwykle przy rodzinnych negocjacjach zgadzała się na różne ustępstwa za cenę wspólnego wyjścia z narzeczonym do drogiej restauracji. Dlaczego tak? Ano, tłumaczyła, że jak on wyda dużo w knajpie, to go zaboli tak samo jak ją boli, że on robi coś bez niej i będą kwita. (Oboje lubią chodzić do knajp, więc wysokość rachunku była głównym czynnikiem równoważącym)

Często też rzeczy, za które płacimy więcej, dają nam więcej komfortu. Bo są lepiej obmyślane, zaprojektowane, wykonane. Przyjemniej się z nich korzysta, powodują mniej zamieszania, sprawiają mniej kłopotu (bo się na przykład mniej psują). Mój mąż  na przykład z założenia nie kupuje używanych samochodów, nawet jeśli miałoby się to wiązać z faktem, że rzadziej je zmienia i nie naprawia ich samodzielnie, nawet jeśli usterka jest drobna. Bo ma wspomnienie psujących się samochodów i taty grzebiącego całymi dniami w samochodzie, który w wyniku tych działań działał, ale o tyle, o ile. Jest gotów wydać więcej, by mieć coś dobrego.

Z drugiej strony ten komfort może być mylący. Jeśli wybierzesz droższą (drogą?) rzecz, może się okazać, że właśnie zafundowałaś sobie trochę stresu.

Na przykład drogi samochód - kiedy uczyłam się jeździć, miałam nowe auto. Nie zliczę, ile razy płakałam czy wściekałam się na siebie, że je porysowałam przy parkowaniu. Było piękne, nowe i konsekwentnie przeze mnie rysowane. Dużo więcej komfortu miałabym gdyby to się działo przy jakimś piętnastoletnim samochodziku.

Drogi rower - jeździ się nim cudownie, ale gdy chcę zostawić pod szkołą, przy metrze lub gdzie indziej i udać się na zakupy mam dylemat - co  będzie, jak ktoś się na niego skusi? Oceniam wprawdzie, że kradzieże rowerowe są mniej powszechne niż w Amsterdamie, ale i tak serce czułoby się bardziej komfortowo, gdyby potencjalna strata nie była tak duża. (Przecież kocham mój rower i nie chcę go stracić. Ale czy to znaczy, że mam go nigdzie nie zostawiać?).

A dlaczego drogie rzeczy są drogie?

Niewykluczone, że dlatego, że są dobre.

Ale w przy takiej konstatacji przypomina mi się motto z czasów dawnych, głoszące, że

'tanie wino jest dobre bo jest tanie i dobre'

To, co stanowi, ze coś jest dobre, jest bardzo względne, zgodnie z tezą, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na to, ile coś kosztuje wpływ ma wiele czynników:

  • koszty wytworzenia (przy czym niekoniecznie coś, co jest wytwarzane drogo z automatu jest lepsze => patrz polski węgiel)
  • efektywność: produkcji, dystrybucji
  • umiejętności negocjacyjne i biznesowe na każdym etapie produkcji
  • filozofia biznesu właścicieli marki =>
  • postrzegana wartość w oczach nabywców => wiesz, że niektóre drogie marki wytwarzają swoje produkty w tych samych fabrykach co tańsze sieciówki? Płacą porównywalne pieniądze szwaczkom, a różnice w cenie produktu końcowego wykorzystują na droższe kanały dystrybucji, większe nakłady na promocję i pozostałe elementy marketingu.

Decydując o tym, co kupujemy decydujemy o wszystkich elementach mieszanki marketingowej. Jakość produktu i korzyści, jakich on nam dostarcza jet tylko jednym z nich.

Drogie rzeczy zatem również:

  • fundują nam pewną bajkę, czy mit, który niekoniecznie musi być zgodny z prawdą. => coś jest drogie, nie dlatego, ze dobre, ale dlatego, że ktoś ma wyższe marże, wyżej się ceni, albo ma wyższe koszty produkcji. Dotyczy to zarówno polskich kopalni, jak i producentów Kopi Luwac
  • mogą sprzyjać etykietkowaniu (dobrym jest ten, kto stosuje markę czy produkt X, a mniej interesującym kto wybiera marki czy produkty Y
  • mogą ograniczać nam wybór, a przez to naszą wolność => znam osobę, która zdecydowała się na bardzo drogi samochód głównie po to, żeby robić wrażenia na swoich klientach, gdy podjeżdża pod ich biuro. Podobno dzięki temu idzie jej biznes. A narzekania, ile ten smok pali i jak jest drogi i niewygodny w eksploatacji przecież u klienta nie słychać. 🙂

Czy warto zatem kupować drogie rzeczy?

O mojej filozofii radzenia sobie z tą kwestia napiszę w następnym odcinku, a wcześniej chętnie posłucham, co Ty o tym myślisz? Kupujesz drogie rzeczy? Daj znać!