Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Na ostatnim spotkaniu mojego ulubionego kobiecego biznesowego kręgu wywołała się spora dyskusja. O tym, czy to niedobrze zostać w domu i poświęcić się dzieciom, bo wypada się z gry. O tym, że może wcale nie źle, no bo przecież dobro dzieci. O tym, że jak postawi się na jedno, to umyka drugie, a jak na drugie, to cierpi pierwsze. Albo jak to sobie poustawiałyśmy, żeby jednak nie umknęło, chociaż było ciężko. Najpierw wciągnęłam się w rozmowę. A potem przyszła myśl: dziewczyny, po co my to sobie robimy?

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.

Po co tak chętnie i łatwo krytykujemy swoje wybory z kiedyś i obwiniamy siebie za brak owoców teraz? Żeby nie było - sama jestem w tym całkiem niezła. Do dzisiaj supeł mi się robi na żołądku, kiedy przypominam sobie, że gdybym te parę lat temu docisnęła mojego męża w sprawie kupna pewnego domu w Łomiankach, zwrot z inwestycji byłby siedmiokrotny. Ale nie docisnęłam i nie ma. A choć spotkanie, o którym opowiedziałam Ci na początku odbyło się już jakiś czas temu, ciągle pamiętam żal i niepokój dziewczyny, która podzieliła się z innymi opowieścią, że, o zgrozo, została w domu i o zgrozo, zakopała się. A ja pluję sobie w brodę, że, zamiast szukać jasnej strony w tamtym, nie zapytałam jej po prostu - posłuchaj, a jakie to ma znaczenie dla Ciebie TERAZ?

Czego TERAZ  potrzebujesz?

Na to, co już się wydarzyło, nie masz już wpływu. Prawda jasna jak słońce, a jednak gmeramy w tej przeszłości, ile wlezie. Ile tam łez, skurczów żołądka, wyrzutów sumienia. Mogłam była, powinnam była, trzeba było... Kurczę, już ponad dwa tysiące lat temu moja ulubiona szkoła filozoficzna, stoicy, nauczali, że jeśli coś pozostaje poza obszarem twojego wpływu, daruj to sobie. Bo inwestowana tam energia nie ma szans na zwrot. Lepiej zainwestować ją tam, gdzie ten wpływ masz. Czyli w TERAZ. Czy dokładanie sobie, że wtedy zrobiłaś to czy tamto cokolwiek zmieni? Czy czujesz, że karmi Cię energią do życia? Nie? To może warto sobie odpuścić? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Pamiętasz to zdanie z dziecięcej wyliczanki?

Opłacz i działaj.

No dobra, powiesz. Ale to wcale nie jest takie łatwe. Nie chcę zamiatać pod dywan. Moja ukochana filozofia życiowa - Porozumienie bez Przemocy ma na takie okazje sprawdzoną podpowiedź. Bo skoro, choć przeszłość pozostaje poza obszarem naszego wpływu, tak chętnie się w niej biczujemy, musi jednak być w nas coś, co nie całkiem wtedy umarło. I woła rozpaczliwie, jak spod ziemi.

Tym czymś są nasze niespełnione potrzeby. Potrzeby w rozumieniu Porozumienia bez Przemocy to naturalny motor wszystkich ludzkich działań, życiowa energia, która chce się zadziać. Są uniwersalne, niezależne od wieku, płci, miejsca zamieszkania, stanu konta. Różnią się tym, że albo mamy je w danym momencie zaspokojone, albo nie. I tym, że na spełnienie wybieramy różne sposoby działania, czyli różne strategie. Czasem na warsztatach słyszę, jak dziewczyny mówią - potrzebuję pieniędzy. OK. A po co? Pomysłem na jaką potrzebę są dla ciebie pieniądze? Bezpieczeństwo? Uznanie? Akceptację? Wpływ? Kiedy udaje nam się dotrzeć do tej potrzeby, okazuje się często, że nie tylko pieniądze są sposobem na jej nakarmienie. A gdy przestaje być głodna, zajmowanie się pieniędzmi przychodzi dużo łatwiej.

Za naszymi wyborami kryją się różne potrzeby - te spełnione i te niespełnione, myślę, że jeśli nasz wybór po latach ciągle nam dokucza, to w grę wchodzą te drugie. Kiedy przypominam sobie niedoszłą inwestycję w Łomiankach, zgaduję, że potrzeby, jakie udało mi się wtedy spełnić to był na pewno spokój (także w domu), ale też bezpieczeństwo, wolność i lekkość (bo jednak bez kawałka kredytu by się nie obyło). A niespełnione? Ha, również bezpieczeństwo (które po czasie ta inwestycja by przyniosła), sprawczość, rozwój, zaufanie do siebie. Sporo tego! Nic dziwnego, że ciągle mnie podgryzają. I co z tym fantem teraz zrobić? Porozumienie bez Przemocy podpowiada, że takie niespełnione potrzeby warto nazwać i uszanować, opłakać. To trochę jak żałoba po czymś, co nieodwracalne. A potem, po opłakaniu, zastanowić się, czy ta potrzeba we mnie jest nadal TERAZ żywa. Jest? No to co mogę TERAZ zrobić, żeby ją spełnić?

Dobre z przeszłości

Zauważyłaś, że jeśli chodzi o sukcesy, to jakoś szybciej przechodzimy nad nimi do porządku dziennego? Nie znam zbyt wielu osób, które z taką samą uwagą rozkładają na czynniki pierwsze składowe swojego sukcesu sprzedażowego sprzed dwóch lat. Za to porażkę i owszem. A gdy tak, dla równowagi, kiedy zaczynają nas targać demony z przeszłości, pozwolić sobie także na przywołanie przeszłych aniołów? Tych wszystkich razów, kiedy zrobiłaś, osiągnęłaś, udało się? Świętowanie potrzeb, które wtedy spełniłaś dodaje nowej energii do działania, sprawdziłam to na sobie wielokrotnie. Ba, to działa nawet wtedy, gdy nie wyszło. Bo jeśli udaje mi się dotrzeć do tego, jakie potrzeby spełniłam w sytuacji, w której podjęłam jakąś decyzję, a teraz ją podważam, zyskuję nowy ogląd na sprawę. Kiedy myślę teraz o mojej niedoszłej inwestycji, widzę, że w tamtym czasie spokój w moim związku był naprawdę potrzebny. Tym bardziej szkoda sobie teraz tę decyzję wyrzucać! I chyba nie przypadkiem trafiłam dzisiaj na Fejsie na cytat Berta Hellingera: "wszystko dobre, co ma się zdarzyć, zdąży się zdarzyć".

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Mężczyzna z kilkuletnim synkiem czekając na kogoś przed centrum handlowym zajadają się czymś. Mężczyzna mówi:

'Ależ to dobre! Jej takie drogie, ale dobre!"

Dużo w tym było uznania i delektowania się, ale też zaskoczenia czy zdziwienia, że coś drogiego może być aż tak dobre.

Taka urocza scenka skłoniła mnie do szybkiego rozważenia, jak to jest z relacją drogości do dobrości.

Przyszły mi natychmiast na myśl

  • lody we Florencji za 15 euro  - o cenie dowiedziałam się przy płaceniu, to, co myślałam, że zapłacę okazało się oferta na coś innego. Były pyszne, ale nie byłam szczęśliwa, że się dałam zrobić jak pierwsza lepsza turystka (choć nią byłam).
  • Stella Artois (chyba) - piwo, które swojego czasu, nie wiem, jak teraz, reklamowało się jako najdroższe z piw na świecie i wokół ceny rozwijało komunikację marketingową - smakowało jak zwykłe piwo, byłam rozczarowana
  • kawa Kopi Luwac - ta uwielbiane przez bohatera 'Póki goni nas czas' kawa o szczególnym procesie pozyskiwania. 50g kosztuje ok. 150 PLN, za filiżankę zaparzonej zapłaciłam 38 PLN. W sumie kawa jak kawa, na co dzień bym się na nią nie zdecydowała (nie tylko z powodu kosztów), ale rozumiem, że jej cena ściśle wiąże się z trudnością w pozyskiwaniu (ziarna wydobywa się z odchodów cywety - indonezyjskiego drapieżnika żywiącego się ziarnami kawowca, czyści się je, a potem tradycyjnie wypala. Soki trawienne zwierzęcia zmieniają jej smak).
  • pięciogwiazdkowy hotel, w którym spałam kiedyś służbowo - byłam zachwycona, bo wszystko było takie jak lubię i potrzebuję, a wszystkie moje potrzeby zaspokojone. (Nieustannie sprawdzam, czy byłabym skłonna zapłacić za ten nocleg z własnej kieszeni :-))
  • mocno wypasiony wyjazd narciarski (opłacony z własnej kieszeni), na którym wszystko było tak, jak by mogło być najlepiej, a może nawet bardziej i po którym wróciłam pełna energii, wypoczęta z nowymi umiejętnościami narciarskimi i nową wiedzą o sobie. (Nieustannie pytam się, ile razy jeszcze chciałabym na taki wyjazd pojechać).

Gdzieś jest połączenie, że drogie rzeczy są szczególne, wyjątkowe. Ale też nie jest to jedyne połączenie.

O tej szczególności i wyjątkowości produktów  drogich, czy, inaczej rzecz biorąc premium, zapewniają nas reklamy sugerujące, że dzięki droższym produktom można poczuć się naprawdę luksusowo, sprawić sobie (lub innym) szczególną przyjemność, podkreślić swoją wyjątkowość.

Często w tym kontekście przypomina mi się dziewczynka z mojej podstawówki. W szarych czasach PRLu była prawdziwą szczęściarą, bo jej rodzice mieszkali za granicą i przysyłali jej mnóstwo fantastycznych rzeczy. Kolorowych, atrakcyjnych, niespotykanych i, jak na nasze ówczesne warunki, niebotycznie drogich. (Pamiętam dżinsy, które kosztowały wtedy tyle, ile moja mama zarabiała miesięcznie).

Dziewczynka czuła się szczególnie i wyjątkowo, taka też była - łatwo wyróżniała się z tłumu. I miała mnóstwo przyjaciół i znajomych. Okropnie jej nie lubiłam. Dziś wiem, że to była zazdrość...

Z dzisiejszej perspektywy, mniej ją widzę jako szczęściarę i mniej cenię i tych przyjaciół i jej wyjątkowość. Ciekawa jestem nawet, jak dziś wyglądają jej relacje z pieniędzmi i ludźmi.

Mając ją w pamięci (i pewnie w nieświadomym) buduję swoją wyjątkowość w oparciu o to, co wypływa z moich kluczowych wartości. I niekoniecznie musi to być powiązane z szeroko rozumianym prestiżem czy statusem. A ponieważ potrzeba wolności jest moją kluczową wartością, wybieram wolność od gadżetów i zewnętrznych sposobów dowartościowywania się. (Te ostatnie wprawdzie lubię, doceniam i chętnie widzę je w moim otoczeniu, ale to nie z nich buduję i wspieram swoje przekonanie, że fajna ze mnie kobieta).

Zerknij na listę budżetowych rzeczy, które kupujemy - opisane w tym poście.

Ale, wracają do drogich rzeczy:

Jak to jest z drogimi rzeczami?

W założeniu, ponieważ są one rzadsze, sprawiają, że czujemy się kimś specjalnym. Nie składnikiem szarej masy, ale kimś, kto się wyróżnia (bo może zasługuje? jest inny, lepszy?). Inaczej patrzy się na człowieka, który wysiada z bardzo drogiego i dużego samochodu, a inaczej na kogoś, kto jeździ starym autem. A w zasadzie inaczej się patrzy na to auto, bo człowieka czasami trudniej dostrzec 🙂

Drogie rzeczy bywają narzędziem do wywierania wpływu - aspirując do nich, często jesteśmy w stanie dużo zrobić, poświęcić. Mam znajomą, która zwykle przy rodzinnych negocjacjach zgadzała się na różne ustępstwa za cenę wspólnego wyjścia z narzeczonym do drogiej restauracji. Dlaczego tak? Ano, tłumaczyła, że jak on wyda dużo w knajpie, to go zaboli tak samo jak ją boli, że on robi coś bez niej i będą kwita. (Oboje lubią chodzić do knajp, więc wysokość rachunku była głównym czynnikiem równoważącym)

Często też rzeczy, za które płacimy więcej, dają nam więcej komfortu. Bo są lepiej obmyślane, zaprojektowane, wykonane. Przyjemniej się z nich korzysta, powodują mniej zamieszania, sprawiają mniej kłopotu (bo się na przykład mniej psują). Mój mąż  na przykład z założenia nie kupuje używanych samochodów, nawet jeśli miałoby się to wiązać z faktem, że rzadziej je zmienia i nie naprawia ich samodzielnie, nawet jeśli usterka jest drobna. Bo ma wspomnienie psujących się samochodów i taty grzebiącego całymi dniami w samochodzie, który w wyniku tych działań działał, ale o tyle, o ile. Jest gotów wydać więcej, by mieć coś dobrego.

Z drugiej strony ten komfort może być mylący. Jeśli wybierzesz droższą (drogą?) rzecz, może się okazać, że właśnie zafundowałaś sobie trochę stresu.

Na przykład drogi samochód - kiedy uczyłam się jeździć, miałam nowe auto. Nie zliczę, ile razy płakałam czy wściekałam się na siebie, że je porysowałam przy parkowaniu. Było piękne, nowe i konsekwentnie przeze mnie rysowane. Dużo więcej komfortu miałabym gdyby to się działo przy jakimś piętnastoletnim samochodziku.

Drogi rower - jeździ się nim cudownie, ale gdy chcę zostawić pod szkołą, przy metrze lub gdzie indziej i udać się na zakupy mam dylemat - co  będzie, jak ktoś się na niego skusi? Oceniam wprawdzie, że kradzieże rowerowe są mniej powszechne niż w Amsterdamie, ale i tak serce czułoby się bardziej komfortowo, gdyby potencjalna strata nie była tak duża. (Przecież kocham mój rower i nie chcę go stracić. Ale czy to znaczy, że mam go nigdzie nie zostawiać?).

A dlaczego drogie rzeczy są drogie?

Niewykluczone, że dlatego, że są dobre.

Ale w przy takiej konstatacji przypomina mi się motto z czasów dawnych, głoszące, że

'tanie wino jest dobre bo jest tanie i dobre'

To, co stanowi, ze coś jest dobre, jest bardzo względne, zgodnie z tezą, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na to, ile coś kosztuje wpływ ma wiele czynników:

  • koszty wytworzenia (przy czym niekoniecznie coś, co jest wytwarzane drogo z automatu jest lepsze => patrz polski węgiel)
  • efektywność: produkcji, dystrybucji
  • umiejętności negocjacyjne i biznesowe na każdym etapie produkcji
  • filozofia biznesu właścicieli marki =>
  • postrzegana wartość w oczach nabywców => wiesz, że niektóre drogie marki wytwarzają swoje produkty w tych samych fabrykach co tańsze sieciówki? Płacą porównywalne pieniądze szwaczkom, a różnice w cenie produktu końcowego wykorzystują na droższe kanały dystrybucji, większe nakłady na promocję i pozostałe elementy marketingu.

Decydując o tym, co kupujemy decydujemy o wszystkich elementach mieszanki marketingowej. Jakość produktu i korzyści, jakich on nam dostarcza jet tylko jednym z nich.

Drogie rzeczy zatem również:

  • fundują nam pewną bajkę, czy mit, który niekoniecznie musi być zgodny z prawdą. => coś jest drogie, nie dlatego, ze dobre, ale dlatego, że ktoś ma wyższe marże, wyżej się ceni, albo ma wyższe koszty produkcji. Dotyczy to zarówno polskich kopalni, jak i producentów Kopi Luwac
  • mogą sprzyjać etykietkowaniu (dobrym jest ten, kto stosuje markę czy produkt X, a mniej interesującym kto wybiera marki czy produkty Y
  • mogą ograniczać nam wybór, a przez to naszą wolność => znam osobę, która zdecydowała się na bardzo drogi samochód głównie po to, żeby robić wrażenia na swoich klientach, gdy podjeżdża pod ich biuro. Podobno dzięki temu idzie jej biznes. A narzekania, ile ten smok pali i jak jest drogi i niewygodny w eksploatacji przecież u klienta nie słychać. 🙂

Czy warto zatem kupować drogie rzeczy?

O mojej filozofii radzenia sobie z tą kwestia napiszę w następnym odcinku, a wcześniej chętnie posłucham, co Ty o tym myślisz? Kupujesz drogie rzeczy? Daj znać!

 

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Wtorek. Jakaś 20:00. Stoję w ogonku na poczcie w hipermarkecie. Spieszę się na urodziny przyjaciółki, moja mama, która została z małą Alą, powinna być w domu około dziesiątej. Każda minuta po prostu boli, krew mnie zalewa ze złości. Ale muszę wysłać ten list i to z dzisiejszą datą! Za mną stoi mama z chłopczykiem, na oko dwuletnim.

Mały biega. Dopada do pocztowej lady. Zrzuca na dół pojemnik z karteczkami na polecony. Piszczy. Mama usiłuje wypisać kwitek na polecony. - Niech pani coś z nim zrobi! Dziecko nie może tak się zachowywać - podnosi głos jakaś pani w kolejce. W zasadzie miałabym ochotę dołączyć do kolejkowego pomruku aprobaty. Jest po 20:00. To dziecko powinno już spać. W dodatku kaszle. Wiadomo, że jak dziecko chore i śpiące, to ciężko upilnować. No i biedne takie w tej kolejce. A ona jeszcze zaczyna na niego krzyczeć. Sama nie ogarnęła, a teraz na dziecko wrzeszczy. A krzyk to przemoc!

Wszystko prawda. Mój krytyk ma rację. Tak nie powinno być. Tylko, kurczę, CO Z TEGO? Czy moja racja coś tutaj doda? Wzbogaci jakoś świat tej kobiety? Raczej wątpię.

- Może zajmę pani kolejkę, a pani podejdzie z małym tam obok; tam jest taki jakby plac zabaw? Łatwiej go będzie zająć. Patrząc na to, jak idzie, to dziesięć minut macie na pewno - mówię. Kobieta patrzy na mnie zaskoczona. - No wiem, on kaszle. Ale może pojeździmy wózkiem dookoła - mówi z ulgą. - Wózio! Wózio! - mały, nie czekając, biegnie w stronę sklepowych wózków - samochodzików. Przyjemna cisza...

Nie wiem, czemu ta kobieta zabrała wieczorem chore dziecko do supermarketu. Nie wiem, czy to kwestia złej organizacji, czy noża na gardle. Ale stojąc w tej kolejce, zdałam sobie sprawę, że mam to w nosie. Że czuję się jak milion dolarów, bo niewiele zrobiłam, a mam wrażenie, że wniosłam w czyjeś życie coś fajnego. Ba, w dwa życia nawet. I jeszcze w moje. I że to uczucie jest bezcenne. 

Nie lubię podziału na bogactwo duchowe i materialne. Nie lubię myśli, że jedno jest lepsze czy szlachetniejsze od drugiego. Za to uwielbiam te momenty, kiedy dzielenie się tym, co akurat mam, mnoży zasoby. Bez wysiłku, napinki, poświęcania się. I dlatego, chociaż ta historia wprost o pieniądzach nie jest, chciałam Ci  ją dzisiaj opowiedzieć.

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Umiejętne przyjmowanie jest sztuką, która bardzo się w życiu przydaje. Podobnie jak odmawianie.

Dzięki umiejętności przyjmowania pielęgnujemy nasze prawo do decydowania o sobie, które jest jedną z fundamentalnych ludzkich potrzeb.Pozwala nam bowiem być wolnymi, niezależnymi, nie musieć rezygnować z tego, co dla nas ważne.(A tak się składa, że jest to główny powód, dla którego chcemy mieć więcej pieniędzy).

Są jednak relacje, w których odmówić bardzo trudno albo wręcz jest to niemożliwe.

Mama, która z miłością pakuje Ci świąteczne czy niedzielne jedzenie mimo Twoich zapewnień, że masz pełną lodówkę. Teściowa, która ciągle narzeka i marudzi jaka to ona biedna.

Partner czy znajomy, który obdarza Cię komplementami, które wywołują u Ciebie gotującą się złość.

Klient, który przesuwa Twoje granice poza Twoją strefę komfortu.

Są ludzie, których życiową misją jest jest dzielić się i nie przyjmują, że ktoś nie chce przyjąć tego, co oferują. (Przeczytaj więcej o tym, jak się dzielić, gdy nie chcą brać)

Czasami po protu nie możesz odmówić. Bo mamie będzie przykro. Bo partner przecież chce dobrze, bo klientowi się nie odmawia. Dla dobra relacji przyjmujesz zatem i dusisz złość, albo i frustrację. Odbiera to energię i wbrew pozorom psuje to relacje, bo stłumiona złość nakręca spiralę negatywnych uczuć.

Jeśli mierzysz się z podobną sytuacją i szukasz dla niej innych rozwiązań, przede wszystkim

1. Sprawdź, jaka Twoja potrzeba zostałaby zaspokojona, gdybyś odmówiła.

Może to potrzeba niezależności, a może troski o siebie? Równowagi? Bycia usłyszanym? Zmiany/rozwoju?

Często lokujemy uwagę w drugiej stronie i zapominamy o swoich własnych potrzebach (przecież nieładnie być egoistką, prawda?). Tymczasem to nasze niezaspokojone potrzeby domagają się spełnienia i dają nam to do zrozumienia poprzez emocje: złość, zdenerwowanie, lęk. To nie mama, partner czy klient jest przyczyną złości, ale nasze niespełnione potrzeby. Oni tylko te emocje nam uwidaczniają.

Bo przecież, kiedy jedzenie jest dokładnie takie jak lubisz i masz  ochotę je wziąć, bo w domu lodówka pusta niekoniecznie jesteś zła?

2. Sprawdź, jaką swoją ważną potrzebę zaspokajasz nie odmawiając.

Często, kiedy mówimy czy myślimy "nie mogę", "muszę", "powinnam", "nie mam wyjścia" tak naprawdę wybieramy, choć nie mamy świadomości alternatyw. (Przeczytasz o tym więcej tutaj).

Rezygnujesz ze swojego prawa do samostanowienia, z autentyczności, bo inna rzecz jest dla Ciebie w tym momencie i w tej relacji ważniejsza. Może potrzeba troski? O drugą osobę, o relację, o siebie. Może potrzeba spójności z tym, co dla Ciebie ważne? (Sprawdź, jakie przekonania przejmują tu prowadzenie: Klient nasz pan? Kiedy jestem grzeczna/posłuszna/uległa jestem kochana/dobra/akceptowana/bezpieczna?

Biorę koszyk z jedzeniem/ nie reaguję na uwagę, bo ważny jest dla mnie święty spokój. Przystaję na żądanie klienta bo ważne jest dla mnie, żeby pracować

Samo uświadomienie sobie, że dokonujesz wyboru przynosi trochę lekkości i spokoju do relacji i pozwala łatwiej przejść przez sytuację. OK, nie zawsze znalezienie tego, co wybierasz jest łatwe, ale wierz mi, praktyka czyni mistrzem.

I doskonale pomaga zaspokajać potrzebę wolności i niezależności.

3. Sprawdź, jaką potrzebę zaspokaja osoba nie przyjmująca do wiadomości Twojej odmowy.

Czasami pod koszykiem z jedzeniem kryje się potrzeba miłości, troski, wpływu.

Narzekanie czy marudzenie może być prośbą o dostrzeżenie, usłyszenie, akceptacje czy uznanie.

Nietrafiony komplement - próbą pogłębienia relacji. A klienckie pomysły - testowaniem granicy, sprawdzaniem Twojej eksperckości.

Uwaga: Jeśli odkryjesz, że ktoś robi to po to, żeby Ci dokuczyć, jeszcze nie dotarłaś do potrzeby! Dlaczego ktoś miałby chcieć dokuczyć czy zranić kogoś innego? Bo jest złym człowiekiem? A może dlatego, że sam ma w sobie tyle bólu i zranienia, że nie daje rady sam tego unieść?

A może nie wie, że takie działanie jest dokuczliwe?

Skorzystaj z listy potrzeb i wartości, aby ułatwić sobie sprawę. Znajdziesz ją tutaj.

4. Sprawdź, jak możesz mieć ciastko i je zjeść: poszukaj rozwiązań, które zaspokoją potrzeby wszystkich zainteresowanych.

Jak dać się teściowej wygadać nie pozwalając się zalać zgorzknieniem czy frustracją? Jak przyjąć (i okazać) miłość nie zapychając lodówki rzeczami, które i tak wylądują w śmietniku?

Najprostsze rozwiązanie to wziąć koszyk i zawartość przekazać dalej. W oczach mamy podarunek będzie przyjęty, a Twoja wolność decydowania, co wrzucasz do lodówki uszanowana. Jeśli przy innej, bardziej neutralnej okazji pogadasz o tym, co chętnie byś wzięła, a co jest dla Ciebie marnowaniem jedzenia i wysiłku, masz szansę uszanować też potrzebę troski o czas, pieniądze i wysiłek mamy i swoją potrzebę harmonii i traktowaniu jedzenia. (Dla mnie uwalniające było to, że lepiej jest wyrzucić jedzenie, które mi nie służy, niż je jeść, żeby komuś nie było przykro. Zgodnie z przykazaniem miłości kochaj bliźniego swego JAK siebie samego).

Alternatywnie możesz skorzystać z różnych wariantów takiej odpowiedzi:

Mamo, pamiętasz, że my niechętnie jemy tłuste rzeczy? Jeśli wezmę ten pasztet, jest duże prawdopodobieństwo, że się zepsuje w lodówce i będę go musiała wyrzucić. Szkoda wyrzucać jedzenie. Może u Ciebie będzie lepiej wykorzystany? Chętnie wezmę za to soki, bo je lubimy.

Pokazujesz w ten sposób, co jest dla Ciebie ważne (nietłuste/zdrowe jedzenie, możliwość decydowania), ale także to, że ta mama jest dla Ciebie ważna i że doceniasz jej wyroby. Unikasz ryzyka, że poczuje się odrzucona, co bywa częstym powodem, dla którego przyjmujemy niechciane.

A marudzącą teściową zapytaj, jak by ona wolała, żeby było.

Pomożesz jej w ten sposób przestawić się w tryb konstruktywny (na początku pewnie się zdziwi i odpowie, że nie wie, ale już i to lepsze od narzekania). A przy okazji pokażesz, że jej zdanie ma dla Ciebie znaczenie, co wpłynie na jej potrzebę bycia usłyszaną, zrozumianą, docenioną.

Klientowi się nie odmawia? Może i nie, ale z pewnością klienta traktuje się z życzliwością i szacunkiem dla jego potrzeb, nie rezygnując z tego co dla nas ważne:

Jeśli dołożymy do tego projektu jeszcze trzy linijki tekstu, całość będzie nieczytelna. Nie chciałabym tego, bo ważne dla mnie jest, by prace, które firmuję były czytelne i przemawiające. W ten sposób mam poczucie, że nie marnuję pieniędzy moich klientów. Może zastanowimy się, jak przekazać informacje, które są dla Pani/a ważne inaczej?

A parter z tym swoim "misianiem"?

Wiesz co? Kiedy mówisz do mnie "misiu" to się czuję jak małe dziecko, którym łatwo się manipuluje. Tak mówiła do mnie X. Wołałabym nie wpuszczać jej do naszego związku. Może poszukamy jakiś innych ciepłych zwrotów?"

Po takim tekście może się okazać, że

(1) przechodzimy do szukania tego, co wspólne i zadbania o potrzeby obu stron, tak, by obie strony były spełnione. Ale też może się zdarzyć, że

(2) druga strona jest impregnowana na argumenty, nasze zdanie. Że, być może nawet bez złych intencji, jedynym dla niej rozwiązaniem jest kontynuacja status quo. Bo jest zbyt sztywna i nieskłonna do zmiany

wtedy

5. Opłacz niezaspokojoną potrzebę i spróbuj zaspokoić ją inaczej

Brzmi dziwnie?

Opłakiwanie to bardzo dobry sposób na zamykanie rzeczy i uwalnianie się od napięcia, jakie niosą. Znamy opłakiwanie po stracie - szczególnym opłakiwaniem jest żałoba, która służyć ma pożegnaniu się z kimś, kogo już nie ma wśród nas.

W przypadku potrzeb opłakujemy je, żeby zaakceptować fakt, że pozostają niespełnione, uznać naszą niemożność zmiany. Dzięki temu można pójść dalej.

Jak to wygląda?

Czasami wystarczy powiedzieć:

OK. Moja mama tak ma, że musi pakować mi swoje wyroby. To poza moim wpływem. Przyjmuję i szukam sposobów na to, by zminimalizować swoje straty z tym związane.

Teściowa narzeka, taki typ. Próbowałam, nie udało się. Co mogę zrobić, żeby lepiej się czuć w jej towarzystwie?

(Mi w takich sytuacjach pomaga wyobrażenie sobie, że otacza mnie bańka mydlana oporna na gorycz i marudzenie, a wszelkie emocje i nastroje, które chcą się przez nią przebić przechodzą przez filtr w postaci różyczki. I dzięki temu sama decyduję, co mnie otacza i nie przeszkadza mi, jakie banki otaczają innych, bo nie muszę się z nimi mieszać).

Przy marudnym kliencie czy partnerze mogę się zastanowić, czy naprawdę chcę iść na takie kompromisy, czy nie lepiej rozejrzeć się za kimś, z kim mi bardziej po drodze? Albo zweryfikować, czy to moje jest naprawdę warte poświęcania jakiejkolwiek potrzeby?

Przy takim podejściu okazuje się, że potrzeby wolności, niezależności i prawa do stanowienia o sobie nikt nie jest mi w stanie odebrać. Bo on jest moje, wewnętrzne i niezależne od nikogo.

Takie wewnętrzne, odnawialne źródło bogactwa :-).

A jak u Ciebie? Przyjmiesz, czy odmówisz?

Nie rób tego dziewczynkom!

Nie rób tego dziewczynkom!

Ważna dla mnie osoba opowiedziała mi ostatnio historię. O dziewczynie, którą w szkole otoczyło kilku chłopaków i zaczęło zarzucać krzyżowym ogniem bardzo bezpośrednich pytań. Czy powinno się zabronić sprzedaży mięsa? Jesteś socjalistką? Ile jest płci?... Niby nic takiego, można nawet pokusić się o interpretację, że może oni byli po prostu ciekawi, ale jednak ta dziewczyna odebrała to jako atak. Znam tę małą, jest wrażliwa, delikatna i bardzo uważna, żeby komuś nie zrobić krzywdy. I zachciało mi się płakać, bo znam, i to bardzo dobrze, podobną małą. Mieszka we mnie.

Przypomniały mi się te wszystkie razy, kiedy niby nic się nie działo, ktoś przekraczał moją przestrzeń w białych rękawiczkach, a ja czułam tylko, że energia ze mnie ucieka. I że jestem jakaś "niestosowna". Tylko nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Ocieranie się o mój biust w autobusie. No przecież autobus jest zatłoczony! Czy kobiety, które mają dzieci, powinny zarabiać tyle samo, co te, które ich nie mają? No przecież ja tylko pytam. Ciekawe dlaczego baby przez lata zgadzały się na to, gdzie ich miejsce - w kuchni, a teraz to nie chcą? Ale o co chodzi, tak tylko filozoficznie sobie dyskutujemy!  Chyba oszalałaś! W głowie ci się poprzewracało! No może jednak on ma rację, wie lepiej, że tego się nie da? Dziewczynka, a tak się złości! Oj, zawstydziłam się. Nie wściekaj się, masz okres czy co? ... Rzuca się, że to jej się nie podoba, i tamto, i siamto, dawno widać faceta nie miała... Te dziewczynki zachowują się, jakby mamy nie miały... (to znaczyło biegają i krzyczą). No fajnie, że wygrałaś konkurs matematyczny, a chłopaka już masz? Mam nadzieję, że się cieszysz, że masz tę pracę, za drzwiami jest tłum, który by ją wziął z pocałowaniem ręki, a pamiętaj, że masz dzieci...

Niby nic takiego. Czasem nawet można pod spodem niektórych komunikatów zobaczyć troskę. A jednak przeraża mnie siła przekazu, który od dziecka słyszą dziewczynki i który wybija je z poczucia bycia kompletną, ok i po prostu silną.

Sama przyłożyłam do tego rękę. Mam dwie córki - 15-latkę i 4-latkę. I widzę wyraźnie, jak bardzo mój sposób tłumaczenia im świata (a przede wszystkim moje postępowanie w życiu) wpłynął na ich zachowania.

Kiedy starsza była mała i opowiadała, że kolega uderzył ją w przedszkolu, tłumaczyłam, że na pewno nie chciał źle. Że chłopcy tak mają. Żeby nie brała do siebie. Żeby była mądrzejsza. Kiedy młodsza opowiada taką samą historię pytam, jak się z tym miała. Byłam zła! Nie lubię go. No tak, córeczko, kiedy ktoś przekroczy Twoją granicę, to normalne, że czujesz złość.

Kiedy starsza była mała i odbierałam ją z przedszkola, pytałam: byłaś grzeczna? Kiedy odbieram młodszą, pytam: Jak ci minął dzień? Na pytanie o to, co wniosła, też jest czas. Później.

Kiedy jakaś pani mówiła "dziewczynko, nie wolno tak robić", mówiłam przepraszam i odciągałam dziecko. Kiedy jakaś pani mówi "nie wolno tak robić", pytam "a co konkretnie budzi pani sprzeciw?".

Kiedy ktoś wchodził przede mną do kolejki, udawałam, że nie widzę albo mówiłam starszej, że pewnie tu stał wcześniej.

Kiedy ktoś wchodzi przede mną do kolejki, pytam: "stoję i nie widziałam tu pana wcześniej. Dlaczego staje pan przede mną?".

Kiedy ktoś nie wprost krytykował mnie albo moje dziecko, spinałam się i traciłam język za zębami.

Kiedy teraz ktoś tak robi, biorę kilka głębszych oddechów i mówię, że czuję się nieswojo, bo nie rozumiem, o co dokładnie chodzi.

Kiedy mój mąż mówił: "chyba oszalałaś?!" (chodziło o pomysł, który wydawał się nierealny), mówiłam: "może masz rację". Kiedy teraz tak mówi, odpowiadam: "porozmawiajmy o tym, czuję w tym potencjał, ale chętnie usłyszę, dlaczego ty sądzisz, ze to absolutnie niemożliwe".

Kiedy starsza była młodsza, mówiłam: nie płacz/nie krzycz/nie wściekaj się - denerwujesz tatę.dziadzię/babcię.Teraz mówię: widzę, że jesteś bardzo zła. Co się dzieje?

Kiedy starsza była mała, mówiłam komuś: "dobrze, zrobię to". A potem ciskałam się  po pokoju, złoszcząc o byle co, bo byłam zmęczona i potrzebowałam wolności. Teraz mówię: "mogę to zrobić po weekendzie" i idę poczytać książkę albo posadzić kwiatki (czasami moja starsza córka mawia, że moja terapeutka powinna zapłacić odszkodowanie tym, dla których teraz jestem niemiła. Mówi to z szelmowskim uśmiechem i coraz łatwiej przychodzi jej dyskutowanie ze mną na temat rozładowywania zmywarki.

Kiedy starsza bardzo czegoś ode mnie chciała, zgadzałam się dla świętego spokoju. A potem byłam wewnętrznie wściekła, a ona czuła to siódmym zmysłem i pewnie miała niezły konflikt wewnętrzny. Teraz ważę, czy się zgodzę, czy nie. I jeśli nie mam siły/nie chcę teraz, mówię nie. Wścieka się i tupie. Trudno, to normalne, kiedy trzeba zmierzyć się ze swoją niespełnioną potrzebą.

Kiedy starsza była mała, prowadziłam dużych klientów w mojej agencji PR. Spałam po 4 godziny i stawałam na głowie, aby nikt nie miał gorzej, w związku z tym, że ja mam firmę. Czas odpoczynku mojego męża był święty, ja przecież kiedyś się wyśpię, dzieci muszą być co tydzień w zoo, albo na pływalni, przecież jestem super mamą, nawet zakład kosmetyczny wybrałam taki, gdzie można robić paznokcie i włosy jednocześnie. Teraz uważam, że radzenie sobie z frustracją jest zdrowe - i dla związku (zawsze możemy poszukać kolejnych rozwiązań, które są fajne dla nas obojga, a to daje nam poczucie bliskości i równowagi, które przekłada się na więcej zrozumienia i szacunku), i dla dzieci.

Kiedy ktoś robił mi coś niefajnego, traciłam grunt pod nogami, usprawiedliwiałam go i szukałam winy w sobie. Teraz czasem też wchodzę w ten automat, ale udaje mi się zatrzymać (albo sięgnąć po empatię, która pomaga mi się zatrzymać) i najpierw pytam siebie: jak się czuję? O co tu chodzi? Czego potrzebuję, żeby energia ze mnie nie spływała?

Że to przekłada się na kasę, wiadomo, nie?:-)

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Wiele kobiet, z którymi rozmawiam o pieniądzach mówi, że chciałaby mieć ich tyle, by nie musieć się nimi zajmować.

Bierze się to z połączenia znaczeń: zajmować się pieniędzmi = martwić się o nie. Bo na ogół musimy się nimi zająć, czy o nich pomyśleć, gdy ich za mało, by wystarczyło na wszystko, czego potrzebujemy. Albo raczej chcemy.

O tym, że czas zajmowania się pieniędzmi może być czasem mocy, a nie męki, pisałam tutaj, dziś pokażę Ci parę sztuczek, które pozwolą Ci

  • mniej się o pieniądze martwić,
  • nie tracić ich
  • nie obciążać głowy rzeczami, które są oczywiste.

Cały dzisiejszy świat dąży do zwiększenia komfortu i wygody: technologia pozwala nam robić zakupy za granicą bez wychodzenia z domu, nawiązywać znajomości i relacje za pomocą jednego kliknięcia, rejestrować osiągi sportowe, to, co jemy, ile spalamy, wydajemy, co myślimy i co robimy. Przy pomocy jednego kliknięcia czy jednej aplikacji, z jednego telefonu.

Dzięki temu nie trzeba szukać, martwić się, bo wszystko jest pod ręką i na wyciągniecie ręki.

I jedyny problem z tym związany, że dzięki tej wygodzie i jednemu przyciskowi całkowicie tracimy anonimowość i wpływ na to, co kto o nas wie.

Ostatnio głośno wokół mnie o próbach (udanych) finansowych oszustw.

Duża firma przelała milion euro na fałszywy rachunek za transakcję, której nigdy nie dokonała ani nie planowała.

Inna firma odzyskała dostęp do swoich chmur danych po zapłaceniu kosmicznego rachunku.

Znana mi osoba ze zdziwieniem dowiedziała się, że zapłaciła kartą firmową 10 tys. za transakcję, o której nic nie wiedziała.

Inna osoba została obciążona dwukrotnie za tę samą, niemałą, transakcję.

To kilka przykładów z tych, o których ktoś powiedział głośno. A ile jest takich, o których się milczy? Bo nie zauważyliśmy, bo głupio się przyznać, bo wstyd?

Nie przed wszystkim jesteśmy w stanie się uchronić, ale mamy sporo wpływu na to, jak bardzo jesteśmy podatni na takie sytuacje.

Wiele zależy od naszych nawyków finansowych i świadomości słabych punktów w systemie naszych zabezpieczeń.

Kiedy wypracujemy zdrowe nawyki, pozwalające zabezpieczyć nasze dane przez nieautoryzowanym wykorzystaniem, możemy się mniej martwić o to, co się z tymi danymi dzieje.

Bo to, co mamy w nawyku, wykonujemy automatycznie, bez angażowania świadomej części umysłu.

Co zatem możemy zautomatyzować, by zapewnić sobie komfort i zwiększyć bezpieczeństwo pieniędzy?

Niektóre z pomysłów są bardzo oczywiste. Tym dziwniej przekonać się, że wiele bystrych osób z nich nie korzysta - czy z niewiedzy, czy z zamiłowania do zajmowania się wyłącznie tym, co budzi większe wyzwania.

Nawyki i zwyczaje, które pozwalają mniej się martwić o pieniądze:

1. Loguję się do banków, dokonuję transakcji wyłącznie z własnego komputera i przez zaufaną sieć.

(Żadne wi-fi w centrach handlowych, kawiarniach i innych miejscach publicznych nie jest zaufane. Jeśli już muszę w takich miejscach dokonać transakcji, korzystam z danych sieci komórkowej).

2. Adres banku wpisuję ręcznie.

Niektóre linki i podpowiedzi przeglądarek mogą być zainfekowane przez wirusy i inne śmieci, które dostają się do komputera z sieci. Warto mieć to na uwadze.

  • Sprawdzam, czy połączenie jest szyfrowane (kłódeczka przy pasku adresu i na dole w przeglądarce)

Dzięki temu dane, które są wysyłane z komputera, są niewidoczne dla innych ciekawskich. Poza tym strony fałszywe często nie mają protokołu prywatności, sprawdzając ten szczegół zwiększasz swoje bezpieczeństwo

3. Nigdy przenigdy nie korzystam z przycisku ZALOGUJ SIĘ z poziomu emaila.

Facebook ,PayPal, banki, kontrahenci (prąd, gaz, woda) często przesyłają informacje o stanie konta czy faktury na podany adres mailowy. Nigdy nie korzystam z ułatwień w postaci przyciski ZALOGUJ SIĘ dołączanego do takich mail (czasem bywają i w mailach prawdziwych). A to dlatego, że grafik o podstawowych umiejętnościach jest w stanie przygotować email, który będzie wyglądał dokładnie tak jak te, które dostajesz z tych instytucji. Nie tylko grafik z tych instytucji. A Ty okiem laika nie jesteś w stanie stwierdzić, co jest pod warstwą graficzną. Przenosząc się na stronę logowania poprzez ten przycisk nie wiesz, gdzie i komu podajesz swoje dane ani co się dalej dziać będzie z Twoim komputerem. Może całkiem przypadkiem właśnie zainstalowałaś programik śledzący Twoje działania w sieci? Podałaś dane logowania do banku firmie z siedzibą w Chinach lub innym uroczym zakątku świata, aautoryzując ją tym samym do wyczyszczenia Ci konta?

Jeśli chcesz zweryfikować informacje otrzymane w mailu, zaloguj się z poziomu przeglądarki. Sprawdzając  wcześniej, czy to ta sama strona co zawsze i czy połączenie jest, jak zawsze, szyfrowane.Nie pozwalam komputerowi zapamiętywać żadnych haseł. Bo łatwo je przejąć, gdy coś zainfekuje komputer.

4. Nie pozwalam komputerowi zapamiętywać żadnych haseł.

Nie tylko zresztą własnemu komputerowi, ale też sklepom i aplikacjom płatniczym tam, gdzie nie jest to wymagane. (Mój bank ma raczej numer mojej karty, ale już Allegro, czy PayPal - niekoniecznie).

Bo łatwo je przejąć, gdy coś zainfekuje komputer. Albo, gdy Twoim komputerem musi zająć się jakiś spec. Są wprawdzie programy, które hasła chronią i zabezpieczają dodatkowo, ale dopóki ich nie znasz i nie masz zainstalowanych lepiej dmuchać na zimne. A poza tym dużo było informacji o wydrukach z numerami kart i danymi osobowymi nieodpowiednio zabezpieczonymi i upublicznionymi. Nie na wszystko mam wpływ, ale tam, gdzie mam, oddam trochę komfortu na rzecz tego, by się nie martwić.

5. Ustawiam unikalne hasła tam, gdzie podaję dane z rachunku albo karty płatniczej

Większość ludzi, dla komfortu i prostoty do każdego logowania podaje jedno, to samo hasło. I może się okazać, że wygoda ta jest bardzo kosztowna. Szczególnie, gdy połączyć to hasło z jednym adresem email. Czasem myślę sobie Komu by się chciało sprawdzać akurat moją kombinację hasła i emaila w tylu różnych serwisach. I okazuje się, że odpowiedź jest prosta: są ludzie, dla których takie działanie jest źródłem utrzymania czy sposobem na życie. A komputery mają dziś taką moc obliczeniową, że wyłuskanie tych danych i połączenie  ich zajmuje kilka sekund.

6. Często zmieniam hasła

Szczególnie do banku, mimo, że banki same tego wymagają. Lepiej dmuchać na zimne i nie pozwalać, by jakiś wyciek, albo przypadek sprawił, że komuś się uda podłączyć do Twojego konta.

7. Nie przesyłam loginów ani haseł w mailu, smsie ani wiadomościami mediów społecznościowych.

Niedawno w jednej z fejsbukowych grup duże poruszenie wywołała historia kobiety, która, świętując otrzymanie specjalnej karty kredytowej z dużym limitem, załączyła na FB zdjęcie tejże karty, z pełnym numerem, swoim nazwiskiem. Zaraz później okazało się, że duży limit miała do spłacenia, nie za swoich zakupów. Ktoś wykorzystał zdjęcie i opłacił swoje wydatki. Jak to zrobił i jak to było możliwe, nie wiem, wolę świętować inaczej.

8. Sprawdzam operacje bankowe minimum raz w tygodniu.

Łatwiej wtedy uchwycić dziwne transakcje, podwójne obciążenia i wcześniej zareagować. Zwiększają się wtedy szanse na odzyskanie strat lub ich zminimalizowanie.

9. Uważnie dobieram znajomych w mediach społecznościowych

Jeśli kogoś nie znam, nie uznaję za znajomego. Takie dodatkowe zapewnienie, że trudniej mnie będzie namierzyć w kontekście zwyczajów, odwiedzanych miejsc i wzorców zakupowych. Mało się tym wprawdzie dzielę choćby na FB, ale mniejsza publiczność dla tego, co mam do pokazania w tym przypadku jest służąca. Nawet jeśli to dmuchanie na zimne.

10. Nie korzystam z aplikacji na telefon, pozwalających na dostęp do konta bez logowania

Wiem, że to wygodne, wkurza mnie wpisywanie ID i haseł, potwierdzanie smsem. Ale telefon tak łatwo stracić. A jak bez niego zablokować dostęp do tych kanałów? Znowu może dmucham na zimne i rezygnuję z wygody, ale jest to poświęcenie, które gotowa jestem znieść, żeby nie martwić się o pieniądze.

A ty, co robisz, by nie martwić się o pieniądze?

Napisz w komentarzu, im więcej mamy w nawyku, tym mniej na głowie i więcej w portfelu.