Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Zaczęło się w połowie grudnia.

– Niech pani pójdzie na badanie, czuję tu jakieś spore zgrubienie, węzeł chłonny, albo co – powiedziała masażystka, kończąc masaż. Poczułabym lęk, gdyby chodziło o mnie. Ale chodziło o moje dziecko. Poczułam więc panikę. Załatwianie na cito skierowania na badania, specjalistyczny rentgen w przeddzień Wigilii i… czekanie. Czekanie do 4 stycznia, bo święta, bo Nowy Rok, bo wynik idzie do lekarza, a wszyscy na urlopach.

4 stycznia telefon od pani doktor. Zanim go odebrałam, bezwiednie usiadłam. Kiedy skończyłam połączenie, położyłam się na podłodze. Z ulgi.

Początek stycznia. Mój tato kończy 81 lat. Jest niezła imprezka i radość, że wciąż jest z nami. Tylko forma gorsza. Nawet on, twardziel nad twardzielami, musi przyznać, że boli. Boli tak, że czasem trudno wytrzymać. No i znowu – skierowania na badania, specjaliści, diagnostyka. Jest w trakcie, na szczęście przestało boleć.

Połowa stycznia. Lecimy na wyczekane ferie. Co jak co, ale w tym roku należą nam się po tym wszystkim bardziej niż kiedykolwiek! Wprawdzie tylko 7 dni, ale dobre i to. Lanzarote urzeka. Innością, oceanem, małością człowieka wobec natury. Słońcem i zaskakująco jasnymi plażami, odcinającymi się od czarnego tła. Jest bosko. Trzeciego dnia moja młodsza córka zaczyna wymiotować. Wieczorem dołącza do niej starsza. Przez trzy dni walczymy z gorączką, która nie chce zejść poniżej 39 stopni. Wreszcie schodzi. Udaje nam się spędzić ostatni wieczór na plaży – i … lecimy do domu.

W domu – niespodziewana awaria. Musimy przenieść się do mieszkania babci i zacząć szukać ekipy remontowej. Oczywiście na cito.

A to wszystko dzieje się w czasie, kiedy w pracy mam naprawdę dużo. Kalendarz wypełniony szkoleniami tak, jak o tym marzyłam. Pracowałam na niego cały ostatni rok! Praca indywidualna z klientkami – w toku. Iza przygotowuje nowy projekt i czas na dołożenie czegoś ode mnie. Sesja foto. Nagrywanie filmików. Umówione dwa wywiady…

Czuję się jak rozpędzone pendolino, które zaraz trzeba będzie zatrzymać hamulcem ręcznym.

Od piętnastu lat prowadzę firmę, którą założyłam po to, aby pracować, zarabiać i jednocześnie mieć czas zajmować się dziećmi i domem.

Wiem, jak to jest, kiedy najlepiej byłoby wziąć zwolnienie, przestać przychodzić do pracy i skupić się na ważnym temacie w domu, ale trudno to zrobić, bo sprawy w toku, a przecież to ja sama jestem tym sterem, żeglarzem i okrętem w jednym. A jeśli pójdę na zwolnienie, nie mam kogo wystawić na zastępstwo. Myślę, że każda z nas, która pracuje na swoim, zna temat od podszewki.

Kiedy opowiadałam o tym wszystkim mojej przyjaciółce, spojrzała na mnie wielkimi, brązowymi oczami i stwierdziła: – to jest cholernie trudny czas. Ale popatrz, dajesz radę. Nie zatrzymałaś pendolino!

I wtedy pomyślałam, że podzielę się z Tobą pięcioma sprawdzonymi strategiami, które pomagają przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje ci tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć, a nie chcesz zatrzymywać swojego pendolino.

Niektórych strategii nie da się wdrożyć wtedy, kiedy jest kryzys, warto je mieć przećwiczone wcześniej. Dla mnie taką strategią jest mój najlepszy pomysł zeszłego roku – zatrudnienie asystentki. To dzięki niej mogłam spokojnie pojechać na wakacje, a sprawy nie zalegały w mojej skrzynce mailowej, mogłam też zajmować się pracą dwie godziny dziennie wtedy, gdy tego potrzebowałam, aby jeździć po lekarzach, stać w kolejkach, szukać ekipy remontowej, zanurkować pod kocem, kiedy strach łapał mnie za gardło i zajmować się tym, co w nadmiarze przyniosło mi życie.

Decyzja o zatrudnieniu wsparcia wcale nie jest łatwa. Trzeba zainwestować daną kwotę, a nie wiadomo, czy będą zlecenia. Trzeba zainwestować czas. Trzeba znaleźć osobę, której się zaufa. Trzeba ją nauczyć swojego biznesu, a przynajmniej jego części. Do duża inwestycja. Ale wiem jedno – bez tego wsparcia nie przetrwałabym ostatniego kwartału!

Drugą strategią, która pomaga mi w takich chwilach, jest medytowanie. Brzmi głupio, co? Już widzę lekki uśmiech i myśl, że to takie coachingowe gadanie. Ba, sama słyszę, jak mówi to mój wewnętrzny krytyk:-)  Ale myślę, gdyby nie to, że przez dwadzieścia minut dziennie zagłębiałam się w siebie w medytacji, nie dałabym rady przejść przez to wszystko we względnym spokoju. To w medytacji spotykałam mój lęk i napięcie i mogłam je rozluźnić oddechem. To w medytacji rozjaśniało mi się w głowie, co mogę odpuścić, a na czym się skoncentrować. To w medytacji przychodziły mi pomysły, jak zrobić to najprościej.

Jeśli 20 minut wydaje Ci się za długo, podrzucam Ci kilkuminutową praktykę mojej ukochanej autorki, Kelly McGonigal z Uniwersytetu Stanforda. Praktyka ta niemal natychmiast przywraca spokój i przynosi gotowość do podejmowania wyzwań:

Zwolnij rytm swego oddychania i rób 4-6 oddechów na minutę. Niech każdy trwa 10-15 sekund – będzie to pewnie dłużej niż zwykle oddychasz. Spowalnianie rytmu oddechowego pobudza działanie kory przedczołowej i pomaga wyprowadzać ózg i cało ze stresu.

Trzecią strategią jest słowo, które usłyszałam kiedyś w Latającej Szkole i zakochałam się w nim od razu. Tym słowem  jest „osiędbanie”. Na przekór wszystkiemu, co się działo, przy totalnym braku czasu, chodziłam spać stosunkowo wcześnie, szłam na półgodzinny spacer w lesie, choćby nie wiem co i jadłam o stałych porach. Myślę, że dzięki temu ciało dało radę dźwigać to wszystko i miałam dość siły – i na tematy domowe, i na pracę.

Czwarty pomysł, który się sprawdził, to wpisanie w kalendarz wszystkich domowych tematów do ogarnięcia najpierw, a potem zaznaczenie modułów, które mam na pracę. Widząc, ile realnie mam czasu na pracę, wybierałam z listy zawodowych spraw najważniejsze, dzieliłam je na mniejsze zadania i wkładałam w harmonogram. Zawsze przeznaczałam godzinę na delegowanie zadań, które mogły się odbyć beze mnie i sprawdzenie efektów zadań dotychczas zleconych. Dzięki temu moje planowanie trzymało się ziemi, nie obiecywałam gruszek na wierzbie (które trzeba by potem było wyprodukować w nocy), nie miałam do siebie żalu, że czas ucieka mi przez palce i miałam pewność, że nie nie spóźnię się na wizytę u lekarza.

Piąta strategia wiąże się z czymś, w co wierzę z całego serca – dawaniem sobie empatii. Pozwalałam sobie na złość, smutek, lęk i żal podczas regularnych sesji empatii. Dzięki przestrzeni i pełnej akceptacji obecności moich wyszkolonych w dawaniu empatii koleżanek, moje emocje były dobrze zaopiekowane. I nie wychodziły uszami w najmniej odpowiednim momencie.

A Ty? Podzielisz się ze mną tym, co robisz, kiedy grunt pali ci się pod nogami, a biznes prowadzić trzeba?

Kiedy klient chce taniej

Kiedy klient chce taniej

‚Kochane, pomóżcie, nie wiem, co mam zrobić. Mój główny klient domaga się znaczącej obniżki cen, a ja po prostu nie mogę się na to zgodzić – już pracuję na granicy opłacalności. Boję się, że jak mu odmówię, pójdzie do konkurencji, a jeśli się zgodzę, chyba rzucę tę robotę!’ napisała Katarzyna

 

Rozmowy o pieniadzach bywają trudne. Szczególnie, jeśli dajesz z siebie naprawdę dużo, a to, co robisz jest ważne i potrzebne innym. A klienci wnoszą swoją dezaprobatę, wymagania i oczekiwania. Żeby produkt był lepszy, tańszy, inaczej opakowany.

Komu nigdy nie przemknęła przez głowę myśl, że o wiele lepiej by się pracowało, gdyby nie Ci klienci ręka w górę. (Nie widzę?)

Takie rzeczy się zdarzają. Czasami częściej, czasami rzadziej. Mały mamy wpływ na to, żeby się nie zdarzały. Dużo więcej wpływu mamy na to, jak sobie z nimi radzimy.

Jakże łatwo w takiej sytuacji zobaczyć tylko dwie opcje – ulegam albo tracę klienta. Z intencją dbania o klienta częściej pewnie odpuszczamy i ulegamy. Ustawiamy warunki współpracy na granicy opłacalności, jak Katarzyna – bo przecież trzeba pracować, zarabiać, a klient nasz pan. I czasami rzeczywiście odpuszczenie jest najlepszym rozwiązaniem – tak długo jak Ci służy. Tak długo, jak jest to zgrane z Twoimi potrzebami i celami.

Ale automatyczne korzystanie z tego rozwiązania doprowadzić Cię może do konstatacji, że może coś z Toba jest nie tak, że Ci się zdarzają sami tacy klienci. albo że ten świat/biznes jest trudny, wymagający, po prostu nie dla Ciebie. Taka konstatacja to już ostatni dzwonek przed okopaniem się na pozycji „ja biedulka, straszny klient”.

Pozycja ta może wprawdzie być bardzo wygodna – zapewnia paliwo na długie rozmowy i narzekania na temat tego, jak jest trudno i źle, i jakie jesteśmy biedne, niemniej nie prowadzi do zmiany inaczej niż tej przeprowadzonej na wysokim poziomie frustracji i działań, z których później możesz nie być dumna. Trwanie w bidulkowaniu nie poprowadzi Cię do rozwoju i do pracy w zgodzie ze sobą i poczuciu sensu.

Co zrobić, gdy nie chcesz ulegać ani tracić klienta?

Niezależnie od tego, czy delektujesz się tym, jak jest trudno, albo tym jak jesteś biedna czy też blisko Ci do działania na wysokiej frustracji, zachęcam Cię do rozważenia kilku faktów. Może wydadzą Ci się oczywiste, przywołam je jednak z premedytacją, bo ich oczywistość sprawia, że często o nich zapominamy:

1. Klient jest OK. Tak samo jak Ty.

Ani Ty nie jesteś biedna ani klient nie jest straszny. Złościsz się nie dlatego, że coś jest nie tak z Tobą czy klientem, ale dlatego, że w związku z jego działaniami jakieś Twoje ważne potrzeby są niezaspokojone.
Oddzielenie człowieka od jego działania zdecydowanie ułatwi zmianę sytuacji. Łatwiej negocjować zmianę działania niż całego człowieka i większe szanse na sukces. Zresztą pewnie coś w tym kliencie jest takiego, że nie chcesz kończyć z nim współpracy?

Katarzyna frustrowała się tym, że klient stawia przed nią duże wymagania, proponując obniżenie i tak już niskiej ceny sprzedawanego przez nią produktu.

Propozycja klienta naruszała opłacalność całej relacji biznesowej i dlatego Katarzyna nie chciała się na to zgodzić.

2. Klient ma swoje prawa. Tak samo jak Ty.

Dawne powiedzenie ‚Klient nasz pan’ łatwo stawia nas w relacji podległości w stosunku do klienta. Tymczasem relacja biznesowa (jak każda inna) jest i może być relacją partnerską.
Klient ma prawo dbać o siebie i o swoje zyski dokładnie tak samo jak Ty masz prawo dbać o swoje potrzeby (w tym też o swoje przychody).

To jest jak najbardziej OK, by dbać o siebie. Niezależnie od tego, czy jesteś klientem, czy kontrahentem.

3. Są rozwiązania, które pasują obu stronom. Nikt nie musi ustępować.

Świat ma dużo więcej rozwiązań niż jesteś w stanie sobie wyobrazić
Kto powiedział, że wygrać mozna tylko wtedy, gdy ktoś przegrywa?

Tak się dzieje, jeśli pozwalamy, by tylko jedna strona była wygraną – gdy ulegamy odpuszczając swoje ważne potrzeby, lub gdy się usztywniamy ignorując ważne potrzeby drugiej strony.

Tymczasem istnieje mnóstwo rozwiązań, które pozwalają wygrać obu stronom.

Relacja biznesowa (jak każda inna) to nie mistrzostwa sportowe. Mistrzów może być dwóch.

Czasami trudno nam te możliwości zobaczyć, bo jesteśmy mocno przywiązani do tego, co nam się sprawdziło. Czasami potrzebujemy impulsu, by popatrzeć na sytuację z dystansu. Katarzyna poprosiła o pomoc. Określiła, że byłaby w stanie pójść na proponowaną przez klienta cenę jeśli będzie szło to w parze ze większonymi zamóieniami produktu uzupełniającego – przy tym warunku atrakcyjność całej transakcji była zdecydowanie korzystna.

4. Masz więcej wpływu Ci myślisz.

Możesz sama zwiększyć liczbę dostęnych opcji i wyjsć poza schemat ulegam-odmawiam. To że widzisz tylko te dwie opcje, to kwestia automatu. Twojego autopilota, który kieruje Twoimi działaniami, by oszczędzić Ci wysiłku. Jeśli tylko zatrzymasz się, by ręcznie zmienić program, zobaczych, jak dużo ich możesz wygenerować. To tylko kwestia wprawy.

Przede wszystkim – określ, czego chcesz. Nie tylko, czego nie chcesz, ale jak by to iało być, żeby było inazcej, biżej tego, co chce klient, ale korzystniej dla Ciebie.

Czy na pewno propozycja złożona przez klienta jest nie do przyjęcia pod żadnym pozorem i w żadnych warunkach? Co musiałoby się zmienić, abyożna ja było przyjąć? Co by się musiało zmienić, byś zmiana przyniosła korzyści również Tobie?

Gdy tylko Katarzyna zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie chodzi jej o rabat czy cenę końcową, ale o jej przychody czy zyski, i że ona po prostu chce zarabiać bez szarpania się, miała większą otwartość na to, żeby rozmawiać o rabatach. I szukać korzyści dla siebie.  Sytuacja, w której się znalazła okazała się być grą, w której obie strony mogą zyskać.

5. To, że czegoś nigdy nie robiłaś, nie znaczy, że się nie da przeprowadzić.

To tylko kwestia uważności i świadomego oderwania się od automatycznych programów. Kiedy zadasz sobie pytanie: „Czego ja chcę? Czego potrzebuję?” ze świadomoscią, że to jest OK, że czegoś chcesz i potrzebujesz, jesteś na dobrej drodze ku temu, by wyjść z zaklętego koła biedulka-monster i po prostu urosnąć.
Na pocztątku klient Katarzyny trochę oporował i upierał się, że chce tylko niższej ceny. Ale gdy okazało się, że może mieć więcej nie tracąc nic, po kilku mailach udało się ustawić nowe zasady współpracy, które pasowały tak samo jemu jak i Katarzynie.

Zamiast ulegać i odmawiać udało się porozumieć.

Co było kluczem do sukcesu?

  1. Poszukiwanie sytuacji, w której i wilk jest syty i owca cała
  2. odważenie się do podjęcia rozmowy na zasadach partnerskich. Przełamując lęk o stratę klienta. Który to lęk kręci najlepsze i najbardziej wciągające filmy w naszych głowach. (Pewnie sama z resztą wiesz, że te filmy z rzadka oparte sa na faktach…)

 

A Ty co zrobisz, gdy Twój klient zażąda więcej niż będziesz chciała/mogła zaoferować? Ulegniesz? Czy odmówisz?

 

 

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Początek listopada ma dla mnie szczególne znaczenie.

Kiedy zapalam świece na grobach bliskich, z każdym upływającym rokiem biorę ten gest bardziej do siebie. Pamiętam, że jako dziecko traktowałam spotkania na cmentarzu jako zabawę, świetną okazję do spotkania moich dawno nie widzianych kuzynów. Kiedy byłam starsza, te wyprawy weszły w kategorię zadań do wykonania. Ale tak od przekroczenia czterdziestki coś się zmieniło. W głowie nie mam już tej bezczelnej pewności, że przede mną więcej niż mniej. Choć wiem, że była złudna, jakoś w nią wierzyłam. A teraz? Teraz jest we mnie słodko-gorzka wdzięczność, doprawiona szczyptą lęku – dziękuję, że mogę tu być. Proszę, cicho proszę o jeszcze…

Niemal namacalnie czuję, że czas to największe dobro, które mam.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to jedyne dobro, które mam tak naprawdę. Że każde inne jest w jakiś sposób mu podrzędne. Że nie warto się szarpać, walczyć, rozmieniać na drobne, wykonywać czynności zastępczych, by nie tracić tego daru. Że warto czasem odpuścić.

I to właśnie odpuszczanie nie daje mi ostatnio spokoju.

Rozmawiamy o nim dużo z Izą. Szukamy pewności, jak rozpoznać prawdziwe odpuszczanie, takie wynikające z umiejętności odróżnienia ziarna od plew od tego, który jest zaniechaniem, zmarnowaniem energii, zasobów, poddaniem się, umniejszeniem własnego potencjału. Mamy taką obserwację, że w domu, w życiu prywatnym przychodzi nam to odróżnić jakoś łatwiej. Znamy siebie, wiemy na co w życiu stawiamy, z większą pewnością odróżniamy co dla nas ważne, a co mniej ważne. Z pewnością pomogły nam w tym lata rozwoju osobistego, gdy podczas tak zwanej pracy nad sobą miałyśmy szansę z empatią usłyszeć swoje potrzeby i tęsknoty, zaufać im i pozwolić sobie na nie.

Ale w biznesie wcale nie przychodziło mi to tak łatwo.
Znam dobrze ten stan, kiedy lista zadań do wykonania jest ambitna i długa jak spaghetti. Bo pracuję na zysk, nie odpuszczam sobie. Działam. Jestem solidna i sumienna, więc potrafię się zawziąć i odhaczać po kolei. Ale znam też poczucie braku równowagi, do jakiego takie działanie prowadzi. Wiem, co to znaczy zapracować się niemal na śmierć, a w każdym razie na pewno do momentu, kiedy ciało mówi: dość, dalej nie poniosę; znam ten moment, kiedy rzucam wszystko w diabły i poddaję się, bo jestem tak zmęczona, że już nawet koszty poniesionych nakładów nie są w stanie mnie motywować dalej. Znam go i nie chcę go już do mnie zapraszać.

No i znowu pojawia się pytanie – co mogłam wcześniej odpuścić? Pół biedy, jeśli jakieś podejmowane działania nie przekładały się na zyski. Wiadomo. Ale co zrobić, jeśli jednak się przekładały? Kiedy już, już myślałaś, że ten wysiłek to nie, bo nic nie dał, ale nagle pojawiał się klient, którego właśnie w ten sposób wypracowałaś? Z której aktywności zrezygnować? Mniej siebie dawać w kontakcie, czy może mniej angażować się PR-owo? Odpuścić social media czy wprost przeciwnie, właśnie tam dawać z siebie wszystko, bo wszelkie dane, które masz pokazują, że tam są Twoi klienci?

Postawić na kurs, który nauczy Cię mega wysokiej konwersji sprzedaży i iść dokładnie tym tropem? Czy odpuścić, bo widzisz, że sporo osób już tak robi i możesz zakładać, że siła rażenia będzie coraz mniejsza? Robić swoje i zaufać, że świat odpowie, czy przypominać o sobie światu, bo zapomni? Kiedy nie idzie tak, jak planowałaś, uznać, że odpuszczasz, bo to nie ta strategia, czy zaufać, skupić się na prawie manifestacji i raczej szukać blokad w sobie?

Kiedyś w biznesie mniej ufałam swojej intuicji, chętniej słuchałam innych.

W samym zeszłym roku liczba kursów, które miały mi pomóc rozjaśnić funkcjonowanie w biznesie albo rozwinąć jakieś moje kompetencje przekroczyła 10! Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale miałam w tym temacie ogromne pomieszanie. I zmęczenie. Do tego stopnia, że w czerwcu, wyjeżdżając do Hagi, zawiesiłam działalność. Z opcją, że naprawdę nie mam żadnej pewności, jaką decyzję podejmę, gdy wrócę.

Od mojego powrotu z Hagi minęły dwa miesiące. Zmieniło się sporo – pracuję na część etatu w mojej ukochanej Szkole Trenerów Empatii i znów prowadzę biznes szkoleniowy. Co najważniejsze dla mnie – z większą jasnością, co odpuszczać. Te dwa miesiące odpuszczenia właśnie, okazały się tym, czego potrzebowałam najbardziej. No dobra, a skąd wiedziałam, że odpuszczam, a nie poddaję się?

Zaufałam pytaniom, które moje życie osobiste doprowadziły do dokładnie takiego momentu, w jakim chcę być.

Nie chcę wciskać Ci tutaj kitu, że jest u mnie landrynkowo-różowo, a moje życie wygląda jak na Instagramie. Bo tak nie jest. Zycie jest życiem i przynosi różne momenty – strach o życie posuwających się mocno w latach rodziców, którzy dzwonią, bo gorzej się poczuli, choroby dzieci, zaskakujące w noc z niedzieli na poniedziałek, tarcia w związku, bo każdy z nas ma swoje potrzeby i jeszcze chciałoby się coś razem, tylko te grafiki jakoś stoją na przeszkodzie, kolejną zmarszczkę na czole, słabszy wynik tarczycy… Jednak kiedy uczciwie zadaję sobie codziennie pytania – co czuję i czego potrzebuję, i biorę za moje odpowiedzi odpowiedzialność, jest dobrze.

Czuję się jak statek, który jest wprawdzie łupinką na wzburzonym czasem oceanie, ale i łódkę ratunkowa mam, i o dobry radar zadbałam, i sonaru też mogę użyć jakby co. Ma w porcie zaufanego szkutnika, który pomoże, gdy sama nie daję rady. Sprawdzam stan łódki i na bieżąco naprawiam, gdzie przecieka; mam nawet linę, żeby podpłynąć do tych łódek, które chwilowo zagubiły się gdzieś w morzu i jakby co, dość siły, żeby je wesprzeć.

Skoro zadziałało w życiu, to czemu nie miałoby zadziałać w biznesie?!

Przez dwa miesiące w Hadze zadawałam sobie właśnie te dwa pytania: jak się czuję w kwestii mojego biznesu i czego potrzebuję? Nic więcej. Odpuściłam strategie. Odpuściłam produkty. Odpuściłam zadania. Czując w środku, że odpuszczam, ale nie poddaję się. Choć życie nie dawało żadnej pewności, gdzie te pytania mnie zaprowadzą.

Na ten moment zaprowadziły mnie do miejsca, w którym się wygodnie moszczę. Wiem, ile potrzebuję zarobić i mam jasność, że zarabianie to cel biznesu. (Kilka podpowiedzi, jak to określić, znajdziesz wkrótce na blogu). Wiem, ile potrzebuję czasu na regenerację i kontakt z rodziną. Na bycie przy sobie i pisanie książki. Prowadzą mnie uczucia – jeśli pojawia się frustracja, działam od razu – szukam, czego potrzebuję i sama lub przy wsparciu biznesowych mentorów szukam najlepszych strategii. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy już zyskałam całkowitą jasność co do moich potrzeb w biznesie, rozwiązania zaczęły przychodzić same.

A Ty, jak jest u Ciebie? Ogromnie ciekawią mnie strategie kobiet, które umieją odpuszczać i wiedzą jak to robić. Co jest Twoją nawigacją, która pomaga Ci wiedzieć, że jesteś na właściwej drodze? Że jeśli z czegoś rezygnujesz, to odpuszczasz, a nie marnujesz swój potencjał?

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Wiele z nas, kobiet dążących do zmiany relacji z pieniędzmi żywo reaguje na hasło ‚OSZCZĘDZANIE’

‚Ojej, oszczędzanie – to dramat!’, ‚nie cierpię oszczędzać’, ‚no, wydawać potrafię z lekkością, oszczędzanie mi nie po drodze!’, ‚wiem, że muszę, ale zupełnie nie mogę się za to zabrać’, ‚tylko mi nie mów, że muszę oszczędzać. Budżet mam już tak napięty, że nie mam z czego”, ‚chciałabym, marzę o tym, a nie daję rady’

To oszczędzanie to taki okropny temat! 🙂

Okropny i fascynujący zarazem.

Nie oszczędzamy, bo dość mamy trudności, ograniczeń i zmęczenia, żeby dodawać ich sobie więcej (a oszczędzanie postrzegamy jako ograniczanie się).

Albo wprost przeciwnie: oszczędzamy jak szalone. Wyłącznie oszczędzamy, ważąc każdą złotówkę i odmawiając sobie. Bo wiemy, że tak trzeba. Tylko czasem wahadełko się odbije w drugą stronę i popuszczamy w wydawaniu, bo to (przynajmniej na początku) bardziej nasze niż oszczędzanie.

Masz podobnie?

Pamiętam, jak w podstawówce oszczędzaliśmy klasą na SKO. Co tydzień przynosiliśmy pieniądze do wychowawczyni, ona zapisywała nam na książeczkach. Potem było porównywanie tych wpisów pod kątem kto ma więcej. I jeszcze ranking, która klasa ile zebrała. Fajnie było się ścigać i sprawdzać, kto jest lepszy, kto ma więcej… A przy okazji odłożyłam 280 złotych!

Założenie było takie, żeby, przy okazji rywalizacji budować zdrowe nawyki finansowe i oswajać się z tym, że oszczędzanie jest fajne.

I rzeczywiście było fajnie – do dziś pamiętam, ile radości było z tego porównywania, kto jest lepszy. I jaką miałam motywację, by nie kupować lodów, tylko wpłacić kilka złotych więcej na książeczkę! W ogóle ograniczeniem nie było to, że tych lodów nie kupuję, mimo, że je uwielbiałam…

Tylko dlaczego nie utrwaliło mi się, że oszczędzanie jest fajne?

Bo już jako dorosła strasznie tego nie lubiłam. Nie widziałam w nim sensu innego niż odmawianie sobie i ograniczanie się. Mimo, że racjonalnie przyjmowałam, że ważne, że potrzebne, że trzeba.

Do momentu, kiedy przeglądając swoje relacje z pieniędzmi pokojarzyłam różne fakty.

  1. Kompletnie nie pamiętam, co stało się z odłożonymi na SKO pieniędzmi. Wiem, że zebrałam 280 złotych i na tym koniec. Czy je w ogóle dostałam z powrotem? czy je wydałam na coś ważnego? czy się rozeszły? Brak danych. Czarna dziura.
  2. Wokół mnie byli ludzie, którzy dużo wydawali i na wiele mogli sobie pozwolić. Oraz tacy, którzy żyli oszczędnie i skąpili na wszystko. Czego chciałam dla siebie? Kto mnie inspirował? No, raczej ci pierwsi. Chciałam i ja móc sobie pozwalać na dużo, bo niby dlaczego mam się ograniczać?
  3. Słyszałam wiele historii o tym, jak przyszłość jest nieprzewidywalna i jak wiele osób w związku z tym traciło oszczędności życia, bo wojna, pożar, reforma, wymiana pieniędzy.

Jaki obraz mi z tego powstał?

Raczej oszczędzanie nie było wysoko w rankingu atrakcyjności. A że wszyscy mówią, że oszczędzać trzeba? Że w przyszłości będę  żałować? Przecież nie wiadomo, co będzie w przyszłości! Skoro może mi być dobrze albo teraz albo w przyszłości, której nie znam, to wolę teraz.

I tak się działo, oszczędzanie nie było ważne. Czasem jak coś zostało z puli, to odkładałam. Jeśli nie pojawiło się coś ważniejszego (zwykle się pojawiało).

Aż do momentu, kiedy zaczęłam sprawdzać, czy na pewno wybór jest ‚albo – albo’ i czy przypadkiem nie można mieć ciastka i go zjeść.

Wtedy skojarzyłam też, że oszczędzanie to komfort, władza. I wolność.

I że mogę decydować, czy chcę mieć tego komfortu, wolności czy władzy więcej teraz, czy jutro. Że mogę decydować, czy chcę wydać dziś, ale mniej, czy za chwilę, za to więcej? Decyzje są różne: czasem zdecydowanie wolę wydać już teraz. A czasem jednak ilosć komfortu i władzy jest wystarczająca i mogę je trochę odłożyć (w czasie i w portfelu).

Aby mieć ciastko i zjeść ciastko staram się pamiętać o komforcie i władzy dziś. I nie zapominać o nich na jutro. Dlatego też:

  1. Odkładam, zanim zacznę wydawać. Trawestując Scarlett o’Hara myślę sobie: ‚O tych pieniądzach pomyślę jutro’. Zdecydowanie lepiej to brzmi, niż ‚te pieniądze MUSZĘ odłożyć’, czyż nie?
  2. Wiem, na co oszczędzam i ten cel jest dla mnie ważny. I namacalny. Nie tak po prostu, bo trzeba, albo na przyszłość, bo to naruszałoby ważną dla mnie potrzebę wolności i zaufania, że się wydarzy, bo ja konkretna jestem. Decyduję, na co odkładam te pieniędze. Bardzo konkretnie i szczegółowo. Na rzeczy, które są dla mnie ważne albo nie mieszczą się w zwykłym budżecie: buty droższe niż rozum akceptuje, dom w Bretanii na starość itp.. Dzięki temu przyjemnie i chętnie rezygnuję z części wydatków dziś, bo wiem, że to tylko przesunięcie w czasie w strone czegoś większego w dodatku.
  3. Dużo rzeczy automatyzuję – pieniądze same się przelewają i gromadzą tam, gdzie chcę, a ja nie muszę się nimi zajmować (i unikam pokus wydawania dziś). Dopieszczam w ten sposób swoją Strusią część, która nie przepada za zajmowaniem się pieniędzmi. (Więcej o Strusiach, Chomikach i Mikołajach dowiesz się z quizu – klik)
  4. Jeśli kupuję coś tańszego, rejestruję różnicę i na bieżąco decyduję, czy chcę ją zagospodarować dziś czy ‚jutro’. Żeby nie było, że oszczędzam, oszczędzam i nic z tego nie mam. Zwiększa mi to spokój na temat tego, co się wydarzy w przyszłości.

I te wszystkie fane rzeczy, które na mnie czekają ‚jutro’ zbliżają się – mniejszymi czy większymi kroczkami. A niektóre okazuje się, są już dziś, bo, co najważniejsze:

5. Pozwalam sobie wydać na to, na co oszczędziłam. Nawet jeśli ‚rozsądna’ część mnie mówi, że to strasznie drogie. Bo po prostu realizuję umowę z samą sobą.

I to jest najprzyjemniejsze w całym oszczędzaniu.

 

A jak Ty się masz z oszczędzaniem? Napisz na w komentarzu – dla inspiracji swojej i  naszej, jako pierwszy krok do zmiany – Twojej czy naszej.

Serdeczności i do jutra 🙂

 

Jeśli chcesz sprawdzić swoje przekonania dotyczące pieniędzy, kliknij, by pobrać bezpłatny ebook „Przekonania i pieniądze”

 

 

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

Nie wiem, czy ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam Powiśle. Od czasów, kiedy sprowadziłam się do Warszawy (w tym roku świętować będę dwadzieścia lat!) zmieniło się tu bardzo. Pamiętam, że jednak nawet wtedy Powiśle miało to coś i miałam inwestycyjnego nosa:-)

Gdy szukaliśmy naszych czterech kątów, namawiałam mojego męża na mieszkanie w urokliwym, starym domu blisko Wisły. A on, Warszawiak, patrzał na odrapane kamienice i twierdził, że jest tu wilgotno, niebezpiecznie i że wieki miną, zanim cokolwiek się w tej dzielnicy zmieni. Pomylił się, na szczęście:-)

Dzisiaj Powiśle jest modne, eleganckie, pachnące kawą i wegańskim jedzeniem, młode, bo studentów dużo, drogie i jak to mawia moja córka nastolatka, „posh”. Z powodu bycia grzeczną żoną (te dwadzieścia lat temu;-) nie mieszkam tu, niestety, ale lubię ten moment, kiedy na przykład moje włosy bardzo już potrzebują zobaczyć się z moją ukochaną fryzjerką Dorotą i mogę zaplanować sobie powiślańskie pół dnia.

A że właśnie dzisiaj nadszedł TEN DZIEŃ, siedzę nad hipsterską kawą z aeropressu, piszę dla Ciebie post i właśnie skusiłam się na kokosowe ciasteczko… I niczym Proust dzięki swojej magdalence, nagle poczułam się jak w Hadze. Bo Powiśle bardzo mi ją przypomina. Podobny duch. I podobny posmak jakby lżejszego życia. A skoro tak, pomyślałam, to może już czas na podsumowanie tego, czego tam nauczyłam się o pieniądzach?

Długo zbierałam się do tego podsumowania, bo kojarzy mi się ono z nieuniknionym zamknięciem, pożegnaniem haskich dni. Powrotem na dobre tutaj. Bo pewnie dopiero za rok, przy pomyślnych wiatrach,  będę znów pić poranną kawę, patrząc, w jakim nastroju jest dzisiaj morze. Czy pieni się wielkimi bałwanami, czy tylko lekko się marszczy i łagodnie zaprasza do kąpieli. Wieczorami delikatna słoneczna poświata będzie kłaść się na wydmach, niczym na obrazach Mondriana, a ja będę zła, że na zdjęciach tego nie da się uchwycić. I będę z ciekawością obserwować pewnych siebie nienachalnym, nieostentacyjnym bogactwem ludzi i myśleć o tym, czego mogę się od nich nauczyć.

Bo Holandia to dla mnie najlepsza nauczycielka relacji z pieniędzmi, jaką mogłam sobie wymarzyć. Moje serce ma w sobie wdzięczność za wszystkie lekcje, które przyniósł mi mój pobyt w Hadze. I dwiema najbardziej dla mnie żywymi bardzo chcę się nimi z Tobą podzielić:

1. FAJNIE JEST KORZYSTAĆ Z PIENIĘDZY i nie czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta.

Jak to, czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta?! Brzmi dla Ciebie jak kosmos? Ja też myślałam, że tak myślę:-) A jednak pewnego pięknego niedzielnego poranka, spacerując po haskim parku, spotkałam parę starszych państwa, niespiesznie jadących konno alejką. Byli sprawni, zdrowi, wyglądali na bogatych, szczęśliwych i spełnionych, a ja ze zdumieniem złapałam w mojej głowie lekceważącą myśl: no tak, ale co oni wiedzą o prawdziwym życiu? Braku kasy na leki, biedzie, wojnie…

No tak, pewnie wiedzą niewiele. Na pewno mniej niż moje babcie, dziadkowie, a nawet rodzice. Ale czy to, że los ich nie doświadczył (a tak naprawdę skąd o tym wiem?) i że umieją korzystać z dobrego życia i się nim cieszyć, powoduje, że ja jestem lepsza, a oni gorsi, płytsi? Przecież taki właśnie stan jest tym, o czym marzymy dla naszych dzieci, prawda? I wtedy w Hadze całą sobą poczułam, że „miecie” lepiej niż moi rodzice i przeszłe pokolenia nie jest zdradą. Nie jest złe. Że czas z szacunkiem odpłakać to, czego przez lata nie mieliśmy i nauczyć się żyć z tym, co mamy. I że to wcale nie jest takie łatwe. Ale za to bywa przyjemne:-)

2. Pieniądze są DLA LUDZI.

Holandia to bogaty kraj. Bardzo bogaty. Podatki są tu wysokie, zwłaszcza, gdy zarabia się więcej. Ludzie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale dokładnie wiedzą, na co te ich pieniądze są wydawane. Kraj jest bezpieczny, policję można spotkać niemal na każdym rogu. Przyjazną, wspierającą, nie polującą na mandaty. I jednocześnie bardzo konsekwentną. Jeśli wiadomo, że czegoś nie wolno, to nie wolno. Przekroczysz prędkość? Mandat dotrze do twojej skrzynki w ciągu dwóch dni, nie ma bata.

Edukacja – w systemie nastawionym na odrywanie i wzmacnianie zasobów i osobistych talentów dziecka – do 16 roku życia jest bezpłatna (szkoły Montessori również), a pojęcie ”prywatna służba zdrowia” wywoływało kompletne zdziwienie u Holendrów, z którymi rozmawiałam.

Jeśli zarabia się mało, podatki są niskie, a dofinansowania spore. Dzięki temu, nie zarabiając dużo, można godnie żyć. Z pewnością są osoby, które sądzą inaczej, ale sporo ludzi, a którymi rozmawiałam, właśnie tak twierdziło.

Na kolana rzuciła mnie jednak pewna scena, którą na zawsze zapamiętam. Rozgrywała się na molo w Scheveningen (takim naszym Sopocie:-)). Pewnego leniwego popołudnia, w środku tygodnia pod zadaszonym molo stanęła karetka. Dwóch pielęgniarzy wysunęło z niej przenośne łóżko, na którym leżała drobna, wychudzona staruszka, oddychająca z trudem przez rurki połączone z butlą. Pielęgniarze zawieźli łóżko pod ogromne szyby, wychodzące na morze. Starsza pani otwarła oczy. Świat na moment przystanął. Spacerujący po molo ludzie delikatnie omijali łóżko, a pani żegnała się z morzem, pewnie na zawsze. Jak bardzo życzę nam tu, w Polsce, takiego poziomu bezpieczeństwa finansowego, żeby taka sytuacja mogła się zdarzyć. Tak po prostu po ludzku, normalnie.

Pozdrawiam Cię ciepło z Powiśla! I bardzo jestem ciekawa, jakie są Twoje najważniejsze lekcje o pieniądzach i gdzie ich się nauczyłaś. Dasz znać?