Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Mężczyzna z kilkuletnim synkiem czekając na kogoś przed centrum handlowym zajadają się czymś. Mężczyzna mówi:

'Ależ to dobre! Jej takie drogie, ale dobre!"

Dużo w tym było uznania i delektowania się, ale też zaskoczenia czy zdziwienia, że coś drogiego może być aż tak dobre.

Taka urocza scenka skłoniła mnie do szybkiego rozważenia, jak to jest z relacją drogości do dobrości.

Przyszły mi natychmiast na myśl

  • lody we Florencji za 15 euro  - o cenie dowiedziałam się przy płaceniu, to, co myślałam, że zapłacę okazało się oferta na coś innego. Były pyszne, ale nie byłam szczęśliwa, że się dałam zrobić jak pierwsza lepsza turystka (choć nią byłam).
  • Stella Artois (chyba) - piwo, które swojego czasu, nie wiem, jak teraz, reklamowało się jako najdroższe z piw na świecie i wokół ceny rozwijało komunikację marketingową - smakowało jak zwykłe piwo, byłam rozczarowana
  • kawa Kopi Luwac - ta uwielbiane przez bohatera 'Póki goni nas czas' kawa o szczególnym procesie pozyskiwania. 50g kosztuje ok. 150 PLN, za filiżankę zaparzonej zapłaciłam 38 PLN. W sumie kawa jak kawa, na co dzień bym się na nią nie zdecydowała (nie tylko z powodu kosztów), ale rozumiem, że jej cena ściśle wiąże się z trudnością w pozyskiwaniu (ziarna wydobywa się z odchodów cywety - indonezyjskiego drapieżnika żywiącego się ziarnami kawowca, czyści się je, a potem tradycyjnie wypala. Soki trawienne zwierzęcia zmieniają jej smak).
  • pięciogwiazdkowy hotel, w którym spałam kiedyś służbowo - byłam zachwycona, bo wszystko było takie jak lubię i potrzebuję, a wszystkie moje potrzeby zaspokojone. (Nieustannie sprawdzam, czy byłabym skłonna zapłacić za ten nocleg z własnej kieszeni :-))
  • mocno wypasiony wyjazd narciarski (opłacony z własnej kieszeni), na którym wszystko było tak, jak by mogło być najlepiej, a może nawet bardziej i po którym wróciłam pełna energii, wypoczęta z nowymi umiejętnościami narciarskimi i nową wiedzą o sobie. (Nieustannie pytam się, ile razy jeszcze chciałabym na taki wyjazd pojechać).

Gdzieś jest połączenie, że drogie rzeczy są szczególne, wyjątkowe. Ale też nie jest to jedyne połączenie.

O tej szczególności i wyjątkowości produktów  drogich, czy, inaczej rzecz biorąc premium, zapewniają nas reklamy sugerujące, że dzięki droższym produktom można poczuć się naprawdę luksusowo, sprawić sobie (lub innym) szczególną przyjemność, podkreślić swoją wyjątkowość.

Często w tym kontekście przypomina mi się dziewczynka z mojej podstawówki. W szarych czasach PRLu była prawdziwą szczęściarą, bo jej rodzice mieszkali za granicą i przysyłali jej mnóstwo fantastycznych rzeczy. Kolorowych, atrakcyjnych, niespotykanych i, jak na nasze ówczesne warunki, niebotycznie drogich. (Pamiętam dżinsy, które kosztowały wtedy tyle, ile moja mama zarabiała miesięcznie).

Dziewczynka czuła się szczególnie i wyjątkowo, taka też była - łatwo wyróżniała się z tłumu. I miała mnóstwo przyjaciół i znajomych. Okropnie jej nie lubiłam. Dziś wiem, że to była zazdrość...

Z dzisiejszej perspektywy, mniej ją widzę jako szczęściarę i mniej cenię i tych przyjaciół i jej wyjątkowość. Ciekawa jestem nawet, jak dziś wyglądają jej relacje z pieniędzmi i ludźmi.

Mając ją w pamięci (i pewnie w nieświadomym) buduję swoją wyjątkowość w oparciu o to, co wypływa z moich kluczowych wartości. I niekoniecznie musi to być powiązane z szeroko rozumianym prestiżem czy statusem. A ponieważ potrzeba wolności jest moją kluczową wartością, wybieram wolność od gadżetów i zewnętrznych sposobów dowartościowywania się. (Te ostatnie wprawdzie lubię, doceniam i chętnie widzę je w moim otoczeniu, ale to nie z nich buduję i wspieram swoje przekonanie, że fajna ze mnie kobieta).

Zerknij na listę budżetowych rzeczy, które kupujemy - opisane w tym poście.

Ale, wracają do drogich rzeczy:

Jak to jest z drogimi rzeczami?

W założeniu, ponieważ są one rzadsze, sprawiają, że czujemy się kimś specjalnym. Nie składnikiem szarej masy, ale kimś, kto się wyróżnia (bo może zasługuje? jest inny, lepszy?). Inaczej patrzy się na człowieka, który wysiada z bardzo drogiego i dużego samochodu, a inaczej na kogoś, kto jeździ starym autem. A w zasadzie inaczej się patrzy na to auto, bo człowieka czasami trudniej dostrzec 🙂

Drogie rzeczy bywają narzędziem do wywierania wpływu - aspirując do nich, często jesteśmy w stanie dużo zrobić, poświęcić. Mam znajomą, która zwykle przy rodzinnych negocjacjach zgadzała się na różne ustępstwa za cenę wspólnego wyjścia z narzeczonym do drogiej restauracji. Dlaczego tak? Ano, tłumaczyła, że jak on wyda dużo w knajpie, to go zaboli tak samo jak ją boli, że on robi coś bez niej i będą kwita. (Oboje lubią chodzić do knajp, więc wysokość rachunku była głównym czynnikiem równoważącym)

Często też rzeczy, za które płacimy więcej, dają nam więcej komfortu. Bo są lepiej obmyślane, zaprojektowane, wykonane. Przyjemniej się z nich korzysta, powodują mniej zamieszania, sprawiają mniej kłopotu (bo się na przykład mniej psują). Mój mąż  na przykład z założenia nie kupuje używanych samochodów, nawet jeśli miałoby się to wiązać z faktem, że rzadziej je zmienia i nie naprawia ich samodzielnie, nawet jeśli usterka jest drobna. Bo ma wspomnienie psujących się samochodów i taty grzebiącego całymi dniami w samochodzie, który w wyniku tych działań działał, ale o tyle, o ile. Jest gotów wydać więcej, by mieć coś dobrego.

Z drugiej strony ten komfort może być mylący. Jeśli wybierzesz droższą (drogą?) rzecz, może się okazać, że właśnie zafundowałaś sobie trochę stresu.

Na przykład drogi samochód - kiedy uczyłam się jeździć, miałam nowe auto. Nie zliczę, ile razy płakałam czy wściekałam się na siebie, że je porysowałam przy parkowaniu. Było piękne, nowe i konsekwentnie przeze mnie rysowane. Dużo więcej komfortu miałabym gdyby to się działo przy jakimś piętnastoletnim samochodziku.

Drogi rower - jeździ się nim cudownie, ale gdy chcę zostawić pod szkołą, przy metrze lub gdzie indziej i udać się na zakupy mam dylemat - co  będzie, jak ktoś się na niego skusi? Oceniam wprawdzie, że kradzieże rowerowe są mniej powszechne niż w Amsterdamie, ale i tak serce czułoby się bardziej komfortowo, gdyby potencjalna strata nie była tak duża. (Przecież kocham mój rower i nie chcę go stracić. Ale czy to znaczy, że mam go nigdzie nie zostawiać?).

A dlaczego drogie rzeczy są drogie?

Niewykluczone, że dlatego, że są dobre.

Ale w przy takiej konstatacji przypomina mi się motto z czasów dawnych, głoszące, że

'tanie wino jest dobre bo jest tanie i dobre'

To, co stanowi, ze coś jest dobre, jest bardzo względne, zgodnie z tezą, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na to, ile coś kosztuje wpływ ma wiele czynników:

  • koszty wytworzenia (przy czym niekoniecznie coś, co jest wytwarzane drogo z automatu jest lepsze => patrz polski węgiel)
  • efektywność: produkcji, dystrybucji
  • umiejętności negocjacyjne i biznesowe na każdym etapie produkcji
  • filozofia biznesu właścicieli marki =>
  • postrzegana wartość w oczach nabywców => wiesz, że niektóre drogie marki wytwarzają swoje produkty w tych samych fabrykach co tańsze sieciówki? Płacą porównywalne pieniądze szwaczkom, a różnice w cenie produktu końcowego wykorzystują na droższe kanały dystrybucji, większe nakłady na promocję i pozostałe elementy marketingu.

Decydując o tym, co kupujemy decydujemy o wszystkich elementach mieszanki marketingowej. Jakość produktu i korzyści, jakich on nam dostarcza jet tylko jednym z nich.

Drogie rzeczy zatem również:

  • fundują nam pewną bajkę, czy mit, który niekoniecznie musi być zgodny z prawdą. => coś jest drogie, nie dlatego, ze dobre, ale dlatego, że ktoś ma wyższe marże, wyżej się ceni, albo ma wyższe koszty produkcji. Dotyczy to zarówno polskich kopalni, jak i producentów Kopi Luwac
  • mogą sprzyjać etykietkowaniu (dobrym jest ten, kto stosuje markę czy produkt X, a mniej interesującym kto wybiera marki czy produkty Y
  • mogą ograniczać nam wybór, a przez to naszą wolność => znam osobę, która zdecydowała się na bardzo drogi samochód głównie po to, żeby robić wrażenia na swoich klientach, gdy podjeżdża pod ich biuro. Podobno dzięki temu idzie jej biznes. A narzekania, ile ten smok pali i jak jest drogi i niewygodny w eksploatacji przecież u klienta nie słychać. 🙂

Czy warto zatem kupować drogie rzeczy?

O mojej filozofii radzenia sobie z tą kwestia napiszę w następnym odcinku, a wcześniej chętnie posłucham, co Ty o tym myślisz? Kupujesz drogie rzeczy? Daj znać!

 

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Umiejętne przyjmowanie jest sztuką, która bardzo się w życiu przydaje. Podobnie jak odmawianie.

Dzięki umiejętności przyjmowania pielęgnujemy nasze prawo do decydowania o sobie, które jest jedną z fundamentalnych ludzkich potrzeb.Pozwala nam bowiem być wolnymi, niezależnymi, nie musieć rezygnować z tego, co dla nas ważne.(A tak się składa, że jest to główny powód, dla którego chcemy mieć więcej pieniędzy).

Są jednak relacje, w których odmówić bardzo trudno albo wręcz jest to niemożliwe.

Mama, która z miłością pakuje Ci świąteczne czy niedzielne jedzenie mimo Twoich zapewnień, że masz pełną lodówkę. Teściowa, która ciągle narzeka i marudzi jaka to ona biedna.

Partner czy znajomy, który obdarza Cię komplementami, które wywołują u Ciebie gotującą się złość.

Klient, który przesuwa Twoje granice poza Twoją strefę komfortu.

Są ludzie, których życiową misją jest jest dzielić się i nie przyjmują, że ktoś nie chce przyjąć tego, co oferują. (Przeczytaj więcej o tym, jak się dzielić, gdy nie chcą brać)

Czasami po protu nie możesz odmówić. Bo mamie będzie przykro. Bo partner przecież chce dobrze, bo klientowi się nie odmawia. Dla dobra relacji przyjmujesz zatem i dusisz złość, albo i frustrację. Odbiera to energię i wbrew pozorom psuje to relacje, bo stłumiona złość nakręca spiralę negatywnych uczuć.

Jeśli mierzysz się z podobną sytuacją i szukasz dla niej innych rozwiązań, przede wszystkim

1. Sprawdź, jaka Twoja potrzeba zostałaby zaspokojona, gdybyś odmówiła.

Może to potrzeba niezależności, a może troski o siebie? Równowagi? Bycia usłyszanym? Zmiany/rozwoju?

Często lokujemy uwagę w drugiej stronie i zapominamy o swoich własnych potrzebach (przecież nieładnie być egoistką, prawda?). Tymczasem to nasze niezaspokojone potrzeby domagają się spełnienia i dają nam to do zrozumienia poprzez emocje: złość, zdenerwowanie, lęk. To nie mama, partner czy klient jest przyczyną złości, ale nasze niespełnione potrzeby. Oni tylko te emocje nam uwidaczniają.

Bo przecież, kiedy jedzenie jest dokładnie takie jak lubisz i masz  ochotę je wziąć, bo w domu lodówka pusta niekoniecznie jesteś zła?

2. Sprawdź, jaką swoją ważną potrzebę zaspokajasz nie odmawiając.

Często, kiedy mówimy czy myślimy "nie mogę", "muszę", "powinnam", "nie mam wyjścia" tak naprawdę wybieramy, choć nie mamy świadomości alternatyw. (Przeczytasz o tym więcej tutaj).

Rezygnujesz ze swojego prawa do samostanowienia, z autentyczności, bo inna rzecz jest dla Ciebie w tym momencie i w tej relacji ważniejsza. Może potrzeba troski? O drugą osobę, o relację, o siebie. Może potrzeba spójności z tym, co dla Ciebie ważne? (Sprawdź, jakie przekonania przejmują tu prowadzenie: Klient nasz pan? Kiedy jestem grzeczna/posłuszna/uległa jestem kochana/dobra/akceptowana/bezpieczna?

Biorę koszyk z jedzeniem/ nie reaguję na uwagę, bo ważny jest dla mnie święty spokój. Przystaję na żądanie klienta bo ważne jest dla mnie, żeby pracować

Samo uświadomienie sobie, że dokonujesz wyboru przynosi trochę lekkości i spokoju do relacji i pozwala łatwiej przejść przez sytuację. OK, nie zawsze znalezienie tego, co wybierasz jest łatwe, ale wierz mi, praktyka czyni mistrzem.

I doskonale pomaga zaspokajać potrzebę wolności i niezależności.

3. Sprawdź, jaką potrzebę zaspokaja osoba nie przyjmująca do wiadomości Twojej odmowy.

Czasami pod koszykiem z jedzeniem kryje się potrzeba miłości, troski, wpływu.

Narzekanie czy marudzenie może być prośbą o dostrzeżenie, usłyszenie, akceptacje czy uznanie.

Nietrafiony komplement - próbą pogłębienia relacji. A klienckie pomysły - testowaniem granicy, sprawdzaniem Twojej eksperckości.

Uwaga: Jeśli odkryjesz, że ktoś robi to po to, żeby Ci dokuczyć, jeszcze nie dotarłaś do potrzeby! Dlaczego ktoś miałby chcieć dokuczyć czy zranić kogoś innego? Bo jest złym człowiekiem? A może dlatego, że sam ma w sobie tyle bólu i zranienia, że nie daje rady sam tego unieść?

A może nie wie, że takie działanie jest dokuczliwe?

Skorzystaj z listy potrzeb i wartości, aby ułatwić sobie sprawę. Znajdziesz ją tutaj.

4. Sprawdź, jak możesz mieć ciastko i je zjeść: poszukaj rozwiązań, które zaspokoją potrzeby wszystkich zainteresowanych.

Jak dać się teściowej wygadać nie pozwalając się zalać zgorzknieniem czy frustracją? Jak przyjąć (i okazać) miłość nie zapychając lodówki rzeczami, które i tak wylądują w śmietniku?

Najprostsze rozwiązanie to wziąć koszyk i zawartość przekazać dalej. W oczach mamy podarunek będzie przyjęty, a Twoja wolność decydowania, co wrzucasz do lodówki uszanowana. Jeśli przy innej, bardziej neutralnej okazji pogadasz o tym, co chętnie byś wzięła, a co jest dla Ciebie marnowaniem jedzenia i wysiłku, masz szansę uszanować też potrzebę troski o czas, pieniądze i wysiłek mamy i swoją potrzebę harmonii i traktowaniu jedzenia. (Dla mnie uwalniające było to, że lepiej jest wyrzucić jedzenie, które mi nie służy, niż je jeść, żeby komuś nie było przykro. Zgodnie z przykazaniem miłości kochaj bliźniego swego JAK siebie samego).

Alternatywnie możesz skorzystać z różnych wariantów takiej odpowiedzi:

Mamo, pamiętasz, że my niechętnie jemy tłuste rzeczy? Jeśli wezmę ten pasztet, jest duże prawdopodobieństwo, że się zepsuje w lodówce i będę go musiała wyrzucić. Szkoda wyrzucać jedzenie. Może u Ciebie będzie lepiej wykorzystany? Chętnie wezmę za to soki, bo je lubimy.

Pokazujesz w ten sposób, co jest dla Ciebie ważne (nietłuste/zdrowe jedzenie, możliwość decydowania), ale także to, że ta mama jest dla Ciebie ważna i że doceniasz jej wyroby. Unikasz ryzyka, że poczuje się odrzucona, co bywa częstym powodem, dla którego przyjmujemy niechciane.

A marudzącą teściową zapytaj, jak by ona wolała, żeby było.

Pomożesz jej w ten sposób przestawić się w tryb konstruktywny (na początku pewnie się zdziwi i odpowie, że nie wie, ale już i to lepsze od narzekania). A przy okazji pokażesz, że jej zdanie ma dla Ciebie znaczenie, co wpłynie na jej potrzebę bycia usłyszaną, zrozumianą, docenioną.

Klientowi się nie odmawia? Może i nie, ale z pewnością klienta traktuje się z życzliwością i szacunkiem dla jego potrzeb, nie rezygnując z tego co dla nas ważne:

Jeśli dołożymy do tego projektu jeszcze trzy linijki tekstu, całość będzie nieczytelna. Nie chciałabym tego, bo ważne dla mnie jest, by prace, które firmuję były czytelne i przemawiające. W ten sposób mam poczucie, że nie marnuję pieniędzy moich klientów. Może zastanowimy się, jak przekazać informacje, które są dla Pani/a ważne inaczej?

A parter z tym swoim "misianiem"?

Wiesz co? Kiedy mówisz do mnie "misiu" to się czuję jak małe dziecko, którym łatwo się manipuluje. Tak mówiła do mnie X. Wołałabym nie wpuszczać jej do naszego związku. Może poszukamy jakiś innych ciepłych zwrotów?"

Po takim tekście może się okazać, że

(1) przechodzimy do szukania tego, co wspólne i zadbania o potrzeby obu stron, tak, by obie strony były spełnione. Ale też może się zdarzyć, że

(2) druga strona jest impregnowana na argumenty, nasze zdanie. Że, być może nawet bez złych intencji, jedynym dla niej rozwiązaniem jest kontynuacja status quo. Bo jest zbyt sztywna i nieskłonna do zmiany

wtedy

5. Opłacz niezaspokojoną potrzebę i spróbuj zaspokoić ją inaczej

Brzmi dziwnie?

Opłakiwanie to bardzo dobry sposób na zamykanie rzeczy i uwalnianie się od napięcia, jakie niosą. Znamy opłakiwanie po stracie - szczególnym opłakiwaniem jest żałoba, która służyć ma pożegnaniu się z kimś, kogo już nie ma wśród nas.

W przypadku potrzeb opłakujemy je, żeby zaakceptować fakt, że pozostają niespełnione, uznać naszą niemożność zmiany. Dzięki temu można pójść dalej.

Jak to wygląda?

Czasami wystarczy powiedzieć:

OK. Moja mama tak ma, że musi pakować mi swoje wyroby. To poza moim wpływem. Przyjmuję i szukam sposobów na to, by zminimalizować swoje straty z tym związane.

Teściowa narzeka, taki typ. Próbowałam, nie udało się. Co mogę zrobić, żeby lepiej się czuć w jej towarzystwie?

(Mi w takich sytuacjach pomaga wyobrażenie sobie, że otacza mnie bańka mydlana oporna na gorycz i marudzenie, a wszelkie emocje i nastroje, które chcą się przez nią przebić przechodzą przez filtr w postaci różyczki. I dzięki temu sama decyduję, co mnie otacza i nie przeszkadza mi, jakie banki otaczają innych, bo nie muszę się z nimi mieszać).

Przy marudnym kliencie czy partnerze mogę się zastanowić, czy naprawdę chcę iść na takie kompromisy, czy nie lepiej rozejrzeć się za kimś, z kim mi bardziej po drodze? Albo zweryfikować, czy to moje jest naprawdę warte poświęcania jakiejkolwiek potrzeby?

Przy takim podejściu okazuje się, że potrzeby wolności, niezależności i prawa do stanowienia o sobie nikt nie jest mi w stanie odebrać. Bo on jest moje, wewnętrzne i niezależne od nikogo.

Takie wewnętrzne, odnawialne źródło bogactwa :-).

A jak u Ciebie? Przyjmiesz, czy odmówisz?

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Wiele kobiet, z którymi rozmawiam o pieniądzach mówi, że chciałaby mieć ich tyle, by nie musieć się nimi zajmować.

Bierze się to z połączenia znaczeń: zajmować się pieniędzmi = martwić się o nie. Bo na ogół musimy się nimi zająć, czy o nich pomyśleć, gdy ich za mało, by wystarczyło na wszystko, czego potrzebujemy. Albo raczej chcemy.

O tym, że czas zajmowania się pieniędzmi może być czasem mocy, a nie męki, pisałam tutaj, dziś pokażę Ci parę sztuczek, które pozwolą Ci

  • mniej się o pieniądze martwić,
  • nie tracić ich
  • nie obciążać głowy rzeczami, które są oczywiste.

Cały dzisiejszy świat dąży do zwiększenia komfortu i wygody: technologia pozwala nam robić zakupy za granicą bez wychodzenia z domu, nawiązywać znajomości i relacje za pomocą jednego kliknięcia, rejestrować osiągi sportowe, to, co jemy, ile spalamy, wydajemy, co myślimy i co robimy. Przy pomocy jednego kliknięcia czy jednej aplikacji, z jednego telefonu.

Dzięki temu nie trzeba szukać, martwić się, bo wszystko jest pod ręką i na wyciągniecie ręki.

I jedyny problem z tym związany, że dzięki tej wygodzie i jednemu przyciskowi całkowicie tracimy anonimowość i wpływ na to, co kto o nas wie.

Ostatnio głośno wokół mnie o próbach (udanych) finansowych oszustw.

Duża firma przelała milion euro na fałszywy rachunek za transakcję, której nigdy nie dokonała ani nie planowała.

Inna firma odzyskała dostęp do swoich chmur danych po zapłaceniu kosmicznego rachunku.

Znana mi osoba ze zdziwieniem dowiedziała się, że zapłaciła kartą firmową 10 tys. za transakcję, o której nic nie wiedziała.

Inna osoba została obciążona dwukrotnie za tę samą, niemałą, transakcję.

To kilka przykładów z tych, o których ktoś powiedział głośno. A ile jest takich, o których się milczy? Bo nie zauważyliśmy, bo głupio się przyznać, bo wstyd?

Nie przed wszystkim jesteśmy w stanie się uchronić, ale mamy sporo wpływu na to, jak bardzo jesteśmy podatni na takie sytuacje.

Wiele zależy od naszych nawyków finansowych i świadomości słabych punktów w systemie naszych zabezpieczeń.

Kiedy wypracujemy zdrowe nawyki, pozwalające zabezpieczyć nasze dane przez nieautoryzowanym wykorzystaniem, możemy się mniej martwić o to, co się z tymi danymi dzieje.

Bo to, co mamy w nawyku, wykonujemy automatycznie, bez angażowania świadomej części umysłu.

Co zatem możemy zautomatyzować, by zapewnić sobie komfort i zwiększyć bezpieczeństwo pieniędzy?

Niektóre z pomysłów są bardzo oczywiste. Tym dziwniej przekonać się, że wiele bystrych osób z nich nie korzysta - czy z niewiedzy, czy z zamiłowania do zajmowania się wyłącznie tym, co budzi większe wyzwania.

Nawyki i zwyczaje, które pozwalają mniej się martwić o pieniądze:

1. Loguję się do banków, dokonuję transakcji wyłącznie z własnego komputera i przez zaufaną sieć.

(Żadne wi-fi w centrach handlowych, kawiarniach i innych miejscach publicznych nie jest zaufane. Jeśli już muszę w takich miejscach dokonać transakcji, korzystam z danych sieci komórkowej).

2. Adres banku wpisuję ręcznie.

Niektóre linki i podpowiedzi przeglądarek mogą być zainfekowane przez wirusy i inne śmieci, które dostają się do komputera z sieci. Warto mieć to na uwadze.

  • Sprawdzam, czy połączenie jest szyfrowane (kłódeczka przy pasku adresu i na dole w przeglądarce)

Dzięki temu dane, które są wysyłane z komputera, są niewidoczne dla innych ciekawskich. Poza tym strony fałszywe często nie mają protokołu prywatności, sprawdzając ten szczegół zwiększasz swoje bezpieczeństwo

3. Nigdy przenigdy nie korzystam z przycisku ZALOGUJ SIĘ z poziomu emaila.

Facebook ,PayPal, banki, kontrahenci (prąd, gaz, woda) często przesyłają informacje o stanie konta czy faktury na podany adres mailowy. Nigdy nie korzystam z ułatwień w postaci przyciski ZALOGUJ SIĘ dołączanego do takich mail (czasem bywają i w mailach prawdziwych). A to dlatego, że grafik o podstawowych umiejętnościach jest w stanie przygotować email, który będzie wyglądał dokładnie tak jak te, które dostajesz z tych instytucji. Nie tylko grafik z tych instytucji. A Ty okiem laika nie jesteś w stanie stwierdzić, co jest pod warstwą graficzną. Przenosząc się na stronę logowania poprzez ten przycisk nie wiesz, gdzie i komu podajesz swoje dane ani co się dalej dziać będzie z Twoim komputerem. Może całkiem przypadkiem właśnie zainstalowałaś programik śledzący Twoje działania w sieci? Podałaś dane logowania do banku firmie z siedzibą w Chinach lub innym uroczym zakątku świata, aautoryzując ją tym samym do wyczyszczenia Ci konta?

Jeśli chcesz zweryfikować informacje otrzymane w mailu, zaloguj się z poziomu przeglądarki. Sprawdzając  wcześniej, czy to ta sama strona co zawsze i czy połączenie jest, jak zawsze, szyfrowane.Nie pozwalam komputerowi zapamiętywać żadnych haseł. Bo łatwo je przejąć, gdy coś zainfekuje komputer.

4. Nie pozwalam komputerowi zapamiętywać żadnych haseł.

Nie tylko zresztą własnemu komputerowi, ale też sklepom i aplikacjom płatniczym tam, gdzie nie jest to wymagane. (Mój bank ma raczej numer mojej karty, ale już Allegro, czy PayPal - niekoniecznie).

Bo łatwo je przejąć, gdy coś zainfekuje komputer. Albo, gdy Twoim komputerem musi zająć się jakiś spec. Są wprawdzie programy, które hasła chronią i zabezpieczają dodatkowo, ale dopóki ich nie znasz i nie masz zainstalowanych lepiej dmuchać na zimne. A poza tym dużo było informacji o wydrukach z numerami kart i danymi osobowymi nieodpowiednio zabezpieczonymi i upublicznionymi. Nie na wszystko mam wpływ, ale tam, gdzie mam, oddam trochę komfortu na rzecz tego, by się nie martwić.

5. Ustawiam unikalne hasła tam, gdzie podaję dane z rachunku albo karty płatniczej

Większość ludzi, dla komfortu i prostoty do każdego logowania podaje jedno, to samo hasło. I może się okazać, że wygoda ta jest bardzo kosztowna. Szczególnie, gdy połączyć to hasło z jednym adresem email. Czasem myślę sobie Komu by się chciało sprawdzać akurat moją kombinację hasła i emaila w tylu różnych serwisach. I okazuje się, że odpowiedź jest prosta: są ludzie, dla których takie działanie jest źródłem utrzymania czy sposobem na życie. A komputery mają dziś taką moc obliczeniową, że wyłuskanie tych danych i połączenie  ich zajmuje kilka sekund.

6. Często zmieniam hasła

Szczególnie do banku, mimo, że banki same tego wymagają. Lepiej dmuchać na zimne i nie pozwalać, by jakiś wyciek, albo przypadek sprawił, że komuś się uda podłączyć do Twojego konta.

7. Nie przesyłam loginów ani haseł w mailu, smsie ani wiadomościami mediów społecznościowych.

Niedawno w jednej z fejsbukowych grup duże poruszenie wywołała historia kobiety, która, świętując otrzymanie specjalnej karty kredytowej z dużym limitem, załączyła na FB zdjęcie tejże karty, z pełnym numerem, swoim nazwiskiem. Zaraz później okazało się, że duży limit miała do spłacenia, nie za swoich zakupów. Ktoś wykorzystał zdjęcie i opłacił swoje wydatki. Jak to zrobił i jak to było możliwe, nie wiem, wolę świętować inaczej.

8. Sprawdzam operacje bankowe minimum raz w tygodniu.

Łatwiej wtedy uchwycić dziwne transakcje, podwójne obciążenia i wcześniej zareagować. Zwiększają się wtedy szanse na odzyskanie strat lub ich zminimalizowanie.

9. Uważnie dobieram znajomych w mediach społecznościowych

Jeśli kogoś nie znam, nie uznaję za znajomego. Takie dodatkowe zapewnienie, że trudniej mnie będzie namierzyć w kontekście zwyczajów, odwiedzanych miejsc i wzorców zakupowych. Mało się tym wprawdzie dzielę choćby na FB, ale mniejsza publiczność dla tego, co mam do pokazania w tym przypadku jest służąca. Nawet jeśli to dmuchanie na zimne.

10. Nie korzystam z aplikacji na telefon, pozwalających na dostęp do konta bez logowania

Wiem, że to wygodne, wkurza mnie wpisywanie ID i haseł, potwierdzanie smsem. Ale telefon tak łatwo stracić. A jak bez niego zablokować dostęp do tych kanałów? Znowu może dmucham na zimne i rezygnuję z wygody, ale jest to poświęcenie, które gotowa jestem znieść, żeby nie martwić się o pieniądze.

A ty, co robisz, by nie martwić się o pieniądze?

Napisz w komentarzu, im więcej mamy w nawyku, tym mniej na głowie i więcej w portfelu.

Twoja córka milionerka?

Twoja córka milionerka?

Co myślisz, kiedy słyszysz o 10-letniej dziewczynce, która do grupy milionerów dostała się własnymi siłami? Jak byś się miała w sytuacji, gdyby taka historia zdarzyła się Twojej córce? Albo synowi?

Jako pasjonatka relacji z pieniędzmi i jako mama nastolatki nie pozostałam obojętna na zapowiedź programu zagranicznej stacji na temat 10 letniej milionerki własnej roboty. Podobnie jak ponad 1,5 tys. innych osób, które zabrały głos w dyskusji pod filmem.

W komentarzach pod filmem dużo emocji – od zachwytu nad pewnością siebie przez powątpiewanie, czy na pewno to jej zasługa przez narzekania, jakie to niesprawiedliwe, że jednym się wiedzie, a innymi nie.

A ponieważ i ja oglądałam film z mieszanymi uczuciami, za to pamiętając, że emocje są cudownym sygnałem o ważnych potrzebach, zaspokojonych lub nie, postanowiłam się im przyjrzeć.

Całego programu nie widziałam, opieram się na zajawce, którą możesz zobaczyć tutaj, i na przyglądam się emocjom na podstawie tego, co zarejestrowałam, a mianowicie:

  • dziewczynka ma 10 lat i 3 firmy
  • projektuje ubrania, nie wykluczam, że dla dzieci/nastolatków, ale chyba też dla dorosłych
  • pojawiła się na okładkach kilku magazynów modowych
  • wygląda na pewną siebie i szczęśliwą
  • zajmuje się biznesem w weekendy, a w tygodniu chodzi normalnie do szkoły.

Pierwsza rzecz, jaką namierzyłam u siebie w reakcji na film to zachwyt, radość i satysfakcja – to przecież cudowne w wieku 10 lat mieć zarobiony milion. Wiele bym się spodziewała po takim początku kariery (bo ta wszak zazwyczaj się rozwija :-)).

Poza tym, to kolejny dowód na to, że można robić to, co się kocha i zarabiać na tym duże pieniądze. Niezależnie od wieku. A takich dowodów potrzeba, gdy mierzymy się z przekonaniami o tym, co trzeba, co powinnyśmy i co można. A ja się mierzę z nimi i prywatnie, i zawodowo.

Taka historia jest też potwierdzeniem motta, które lubię: Idź za pasją, a sukces pójdzie za Tobą. Film sugeruje wszak, że się dziewczynka realizuje, że projektowanie sprawia jej przyjemność, a sukces jest konsekwencją i rezultatem rzeczonej pasji. (Nawet, jeśli rzeczywistość jest inna, na taki obraz odpowiadam radością).

Mam też trochę zazdrości – tej pozytywnej, motywującej. Po prostu też bym tak chciała dla siebie, czy mojej córki. Żeby to, co robię i co kocham, przekładało się na takie pieniądze. Żeby mieć trochę więcej Midasowych umiejętności. Może nie przez całą dobę, bo to, jak pamiętam z mitologii, niezdrowe, ale choćby przez 3 godziny dziennie, w dni robocze i po godzince w weekendy :-). Żeby marzenia się spełniały, kariera rozwijała, a pieniądze nie były kwestią.

Ale jak już te 'pozytywne' emocje wybrzmią, dochodzą mi do głosy również te mniej komfortowe:

Po pierwsze: niedowierzanie, że obrazek, o którym piszę jest pełny i że jest tylko pięknie. Bo po pierwsze, mam głęboko wbudowane przekonanie, że księżyc ma też ciemne strony. I że to dobrze, bo przez kontrast można docenić te jasne. I w tej sytuacji zastanawiam się, jakie są koszty zarobienia miliona w wieku 10 lat?

Do głowy od razu przychodzą mi inne szybko wzbogacone dzieci i ich dalsze losy: Shirley Temple, Michael Jackson czy Britney Spears. Szybki sukces i sława nie przełożyły się na spełnienie i szczęśliwość w dorosłości. Nie wiem, na ile ich historie są reprezentatywne, nie mam dostępu do przykładów, w których młodzi milionerzy żyli długo i szczęśliwie. Mam w związku z tym podejrzenie, że najlepsze sukcesy to te adekwatne do możliwości ich przyjęcia. Tak, żeby udało się je udźwignąć. I nie mam przekonania, że chciałabym, żeby moja córka zarabiała w milionach w wieku 10 lat. Choć cały czas lekkość zarabiania jest dla mnie wartością.

Ważne jest dla mnie, żeby dzieci miały czas być dziećmi. Żeby mogły bawić się bez sensu i bez celu i nie myśleć o wszystkim w kategorii projektu biznesowego. Wiem, jak takie doświadczenie procentuje w dorosłym życiu, jakim bogactwem jest umiejętność cieszenia się dla samej radości. I jakim brakiem jest brak tej umiejętności.

Czy ta dziesięciolatka ma czas tych umiejętności nabywać? Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że bycie dzieckiem  może nie być dla niej tak ważne jak radość z zarabiania, ale może to tylko moje uprzedzenia. Wszystko pewnie zależy od tego, jacy są jej rodzice i jaki mają finansowy stan umysłu

W zapowiedzi programu pojawia się stwierdzenie, że projektowaniem zajmuje się tylko w weekendy, a w tygodniu normalnie chodzi do szkoły. I że kocha tę pracę bo dzięki niej dużo podróżuje i poznaje mnóstwo przyjaciół.

I tu znowu pojawia mi się pytanie, na ile przełączanie się z życia dziecinnego w tygodniu w dorosłe w weekend sprzyja harmonii? Na ile przyjaciele, jakich spotyka są przyjaciółmi, na których można liczyć, a na ile tymi, którzy liczą i kalkulują... Tego nie wiem, ale chciałabym, żeby każda córka miała nie więcej na swoich barkach niż jest w stanie unieść. I żeby umiała rozpoznawać, kto się z nią przyjaźni dla niej a kto dla tego, że to się opłaca. I żeby nabywanie tej umiejętności było adekwatne do jej możliwości.

Kolejny mój niepokój w związku z filmem dotyczy tego, czy taka dziewczynka ma czas być po prostu małą dziewczynką, która czegoś nie wie, potrzebuje pomocy, szuka, eksperymentuje, złości się, ponosi porażki? Czy takie bycie jest dla niej atrakcyjne? Akceptowalne? Czy nie wchodzi w rolę starej maleńkiej, która musie wiedzieć, decydować, nadawać kierunek?

Dla mojej córki chciałabym, żeby miała doświadczenie bycia taką małą, czasem nieporadną a czasem po prostu dziecinną dziewczynką. Bo to dla mnie kolejne po dziecięcej radości doświadczenie, które stanowi o bogactwie. Tym bogactwie, któremu pieniądze nie przeszkadzają, ale którego nie warunkują. I żeby będąc dorosłą umiała przełączać się czasem w ten tryb.

Zastanawiam się też, czy pewność siebie i poczucie wartości nie jest u tej dziewczynki uwarunkowane wyłącznie tym, że odniosła sukces.  Nie mam problemu z tym, by sukces był źródłem poczucia wartości. Ale nie chciałabym by było to źródło jedyne. Bo poczucie własnej wartości oparte na sukcesie jest zależne i uwarunkowane od zewnątrz, a zatem poza naszym wpływem - pierwsza większa porażka może je zrównać z ziemią.

Dla mojej córki poproszę o poczucie wartości wieloźródłowe, czerpane z tego, kim jest, co potrafi, co umie i osadzone na przekonaniu, że jest wartościowa (a przy okazji też kompletna, bezpieczna, kochana i zdolna do miłości) z tego powodu, że jest. Z tego powodu, że przyszła na ten świat i pewnie ma na nim jakąś rolę do odegrania czy zadanie do wykonania. I że jest wartościowa mimo swoich niedoskonałości, braków, czy rzeczy które zrobiła, czy których nie zrobiła.

I to, o czym mi mówią moje emocje odnosi się do jednej, bardzo ważnej mojej potrzeby: Chciałabym, żeby moja córka umiała rozpoznać co dla niej ważne i iść za tym i by wiedziała, że nie wszystko to, co ważne i wartościowe musi być powiązane z pieniędzmi. Żeby to była opcja jedna z wielu, a nie jedyna. Choć pieniędzy też dla niej chcę. Liczonych w milionach, bo kiedy będzie to wiedziała, sukces jej nie popsuje. Jednym słowem - życzę sobie dla niej, by miała ciastko i je zjadła. I wierzę, że to się da zrobić.

A co Ty myślisz lub czujesz widząc 10 letnią milionerkę?

Daj znać!

 

 

Zobacz, jak rozmawiać z dzieckiem o pieniądzach. Weź udział w 10-dniowym wyzwaniu.

3 działania na kobiecą moc, która trwa

3 działania na kobiecą moc, która trwa

 

Przyszła do mnie dziś bajka i poprosiła, by ją przypomnieć i opowiedzieć, bo dawno jej nikt nie słyszał, a chce być usłyszana. Więc opowiadam, jak umiem:

Dawno, dawno temu był sobie król. Czasami sprawdzał, czy jest królem szanowanym i lubianym, pytał swoich poddanych jak bardzo go kochają, szanują. Kiedyś zapytał królową, jak bardzo ona go kocha. A ta mądra i uważna kobieta odpowiedziała, że kocha go tak jak sól. Król się bardzo zdziwił i zezłościł, bo spodziewał się odpowiedzi bardziej standardowej: że jak życie, szlachetne kamienie albo inne drogocenne rzeczy. Ale sól? Mogło to oznaczać tylko jedno: że królowa lekce go sobie waży. Przecież o soli nikt nie marzy, nikt jej nie potrzebuje. Sól to sól, nic szczególnego.

Ponieważ był człowiekiem czynu i cenił sobie swój majestat, a potrzebę szacunku miał rozwiniętą, wygonił królową z królestwa. Szacunek i poważanie wszak się królowi należy! Jeśli ma być kochany jak sól, to królowej już dziękujemy.

Traf chciał, że królowa była nie tylko mądra i uważna, ale też umocowana w sposób niezwykły. Razem z nią z królestwa zniknęła też sól. Nie można jej było kupić, zapasy szybko się wyczerpały i zaczęły się kłopoty. Jedzenie przestało smakować: było mdłe, niesłone i niesmaczne. W dodatku nie można go było przechowywać (lodówki nie były w królestwie powszechne), bo szybko się psuło. Zaczęło to rzutować na samopoczucie wszystkich zamieszkałych w królestwie. Nie było im dobrze, chodzili znudzeni, albo poddenerwowani, czegoś im cały czas było brak. Nie za bardzo było co z tym zrobić, bo nawet paluszki i czipsy były podejrzanie słodkie - jak tu żyć?

Co mądrzejsi zadawali sobie pytanie: Dlaczego wcześniej nie uświadamialiśmy sobie ile taka zwykła biała sól dla nas znaczy? Czemu jej tak bardzo nie docenialiśmy? Co z tego, że mamy słodkie, ostre, kwaśne, kiedy bez słonego nie da się żyć?

W bajce jak to w bajce, prawdopodobnie wszystko dobrze się skończyło i zapewne królowa powróciła do królestwa, a z nią i słony smak. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie, umiejąc doceniać siłę drobnych rzeczy. I ciesząc się tym, co mają na co dzień, za czym nie muszą tęsknić.

Bajka o tym nie głosi, ale podejrzewam, że mina króla, i królowej, kiedy król się zorientował, co nadszarpnęło jego majestat była bezcenna... Słono bym za taki widok zapłaciła...

W bajce mieszkańcy królestwa docenili to, co mieli na co dzień dopiero, gdy tego zabrakło.

A gdybyśmy my kobiety doceniały siebie i to, co wnosimy do świata i nie doprowadzały do sytuacji, że ktoś nas skądkolwiek wygoni, zabierze, zdeprecjonuje?

Czasami tak trudno nam docenić to, co mamy pod ręką. Bo przecież to takie oczywiste. Jak sól.

To przecież niemożliwe, żeby nam tego zabrakło. Jaką więc to ma wartość?

Przecież docenia się to, co wyjątkowe, rzadkie i niepowtarzalne, prawda? Jak szlachetne kamienie, wyjątkowe umiejętności, talenty, życie.

Tak trudno uznać, że coś jest ważne czy wartościowe, gdy przychodzi nam z łatwością, gdy się to ma na wyciągniecie ręki.

Tak łatwo założyć, że wszyscy mają tak samo łatwo jak my. Że to 'nasze' to nic szczególnego.

Całkiem niedawno rozmawiałam z kobietą, która skończyła równoległe studia magisterskie na politechnice i uniwersytecie, zrobiła studia podyplomowe i jest w trakcie doktoratu. I ma w planie dalszą edukację. Oprócz tego pracuje we własnej firmie, ma rodzinę, swoje pasje i zainteresowania. Wielki szacun dla niej i tego co robi, prawda?

Ale kiedy przychodzi do wycenienia owoców swojej pracy, ona nie widzi w tym żadnej wartości. Otoczenie jej mówi, że powinna brać za swoje usługi dużo więcej niż bierze. A ona wtedy się dziwi, dlaczego.

Bo przecież to nic wielkiego, wszak przychodzi jej to z taką łatwością. Każdy może zrobić to samo. Co w tym jest wyjątkowego?

Jakby już nie pamiętała, ile czasu i energii, (a pewnie i wysiłku) włożyła w to, by jej to z taką łatwością przychodziło. I komentarze z otoczenia typu "Ale Ty masz do tego podejście!" w ogóle nie robią na niej wrażenia. Bo przecież są interesowne. Albo powiedziane po to, by jej zrobić przyjemność.

Jakby wartością było wyłącznie to, ile się napracujemy i namęczymy w stworzenie tego, co tworzymy

Wbrew pozorom nie jest to kliniczny przypadek. To bardzo częsta postawa.

Wiem, że może nie każda z nas ma tak zaawansowane wykształcenia i umiejętności. Ale obawiam się niestety, że niejedna z nas nie docenia tego, co wnosi do świata, albo bardzo wyraźnie tego nie docenia.

Dlatego dziś, w kolejnym dniu kobiet (bo każdy dzień jest kobiecy, jeśli jesteś kobietą) apeluję do Ciebie o trzy rzeczy:

1. Powiedz sobie samej: Fajnie, że jesteś! Robisz dobrą robotę!

Nie musisz być doskonała w tym co robisz;

nie musisz mieć osiągnięć;

nie musisz być mistrzynią;

nie musisz spełniać kryteriów!

Wystarczy, że jesteś!

Wystarczy, że czujesz, oddychasz, żyjesz!

Jesteś wystarczająca i to wystarczy, by wziąć pod uwagę Ciebie, Twoje myśli, potrzeby, prawa i emocje.

I dobrze, że jesteś!

Czasami tak łatwo nam uwierzyć, że to nasze jest gorsze, mniej ważne, mniej potrzebne. Bo delikatniejsze, gorzej opłacane, subtelniejsze.

Szczególnie, gdy takie poglądy są głoszone lub praktykowane przez osoby silne, charyzmatyczne i przekonane co do swojej słuszności. Albo przez osoby dla nas ważne lub najważniejsze  (również inne kobiety).

Nie dawajmy się przekonać, że nasze jest nieważne, dziwne, głupie lub w jakikolwiek inny sposób gorsze!

Bo to nieprawda.

To nasze może jest inne. A to zupełnie co innego niż 'gorsze' czy 'lepsze'.

Dzięki tej inności świat jest bogatszy. Bardziej kompletny, pełniejszy.

Gdy ktoś sugeruje, że nasze jest mniej ważne, często w ten sposób maskuje swój lęk - przed innością, przed tym, co niezrozumiałe, obce, przed utratą ważności, przed utratą kontroli. Aby tego lęku nie czuć, by sobie z nim poradzić, neguje tę inność, obcość, to, czego nie rozumie. Prawdopodobnie nie ze złych intencji, ale z nawyku czy przekonania, że nie ma innej opcji na ochronę.

Pamiętajmy o tym, że to lęk, a nie nasza nieważność.

Moja babcia mówiła, że mądry głupiemu ustępuje. I wtedy miało to swój sens.

Ale dziś przemawia do mnie pytanie czy przypadkiem nie dlatego, że mądry głupiemu ustępuje ten świat  tak wygląda?

Dzisiaj powiedziałabym, że ustępuje ten, komu mniej zależy. Kto na krótką metę chce mieć święty spokój.

2. Doceń inne kobiety i to, co one wnoszą do świata.

Żyjemy w kulturze czerwonego długopisu, zupełnie zrozumiałe jest zatem, że to, co fajne i dobre traktujemy jako normę i nie poświęcamy temu zbytnio uwagi. Nawykowo koncentrujemy się na tym, co nie jest OK, żeby to poprawić, zmienić i doprowadzić do normy.

I w ten sposób widzimy inne kobiety w ich niedoskonałości, w tym, czym nam zagrażają, co nas w nich denerwuje. Zapominamy o tym, jak ważna jest sól, zapominamy o tym, jak dużo one wnoszą do świata (choćby przez to, że pokazują nam, jakie nie chciałybyśmy być).

Powiedzmy ważnym kobietom w każdym kobiecym dniu, że są dla nas ważne. I że dobrze, że są. Takie,  jakie są.

Nawet, jeśli wiemy, że mogłyby być inne, lepsze;

Nawet, jeśli to, co robią nam zagraża lub utrudnia życie;

Nawet jeśli straszne z nich ważniary;

Nawet, jeśli mówiłyśmy im o tym wczoraj.

Dobrze, że jesteś, droga kobieto!

Jesteś dla mnie ważna. Bo jesteś.

 

3. Nie odpuszczaj zajmowania się pieniędzmi.

Nawet, jeśli jesteś humanistką, jeśli pieniądze to nie Twoja bajka, jeśli efektywniej i rozsądniej jest, by zajął się tym ktoś inny (albo by pieniądze zajęły się same sobą).

To wszystko to tylko wymówki, które mają nas chronić, dawać komfort, usprawiedliwiać.

Nie potrzebujemy się karmić wymówkami. Możemy działać. Bo nasze jest ważne. I warte wzięcia pod uwagę.

To są super wymówki, ale niestety działają tylko na krótką metę.

Bo im bardziej odpuszczamy zajmowanie się pieniędzmi, tym bardziej zajmowania się nimi potrzebujemy.

A nie ma nic bardziej dającego moc czy poczucie własnej wartości niż własny budżet.

Dlatego nie wmawiaj sobie, że nie dasz rady, że to nie dla Ciebie. I nie słuchaj, gdy ktoś Ci tak mówi.

Weź kartkę, długopis i policz, ile pieniędzy potrzebujesz miesięcznie.

Zaplanuj swój budżet na przyjemności, naukę, dzielenie się. Określ, ile potrzebujesz na przyszłość. I postaw się w roi szefowej swoich pieniędzy.

Nawet, jeśli nie potrafisz.

Szczególnie, jeśli nigdy się tym nie zajmowałaś.

Poproś o pomoc kogoś, kto się tym zajmował. Zobacz, jak robią to inni.

Jesteś w stanie to zrobić.

Dobrze, że jesteś, droga kobieto!

Wszystkiego dobrego w Twoim kobiecym dniu!