Kiedy klient chce taniej

Kiedy klient chce taniej

'Kochane, pomóżcie, nie wiem, co mam zrobić. Mój główny klient domaga się znaczącej obniżki cen, a ja po prostu nie mogę się na to zgodzić - już pracuję na granicy opłacalności. Boję się, że jak mu odmówię, pójdzie do konkurencji, a jeśli się zgodzę, chyba rzucę tę robotę!' napisała Katarzyna

 

Rozmowy o pieniadzach bywają trudne. Szczególnie, jeśli dajesz z siebie naprawdę dużo, a to, co robisz jest ważne i potrzebne innym. A klienci wnoszą swoją dezaprobatę, wymagania i oczekiwania. Żeby produkt był lepszy, tańszy, inaczej opakowany.

Komu nigdy nie przemknęła przez głowę myśl, że o wiele lepiej by się pracowało, gdyby nie Ci klienci ręka w górę. (Nie widzę?)

Takie rzeczy się zdarzają. Czasami częściej, czasami rzadziej. Mały mamy wpływ na to, żeby się nie zdarzały. Dużo więcej wpływu mamy na to, jak sobie z nimi radzimy.

Jakże łatwo w takiej sytuacji zobaczyć tylko dwie opcje - ulegam albo tracę klienta. Z intencją dbania o klienta częściej pewnie odpuszczamy i ulegamy. Ustawiamy warunki współpracy na granicy opłacalności, jak Katarzyna - bo przecież trzeba pracować, zarabiać, a klient nasz pan. I czasami rzeczywiście odpuszczenie jest najlepszym rozwiązaniem - tak długo jak Ci służy. Tak długo, jak jest to zgrane z Twoimi potrzebami i celami.

Ale automatyczne korzystanie z tego rozwiązania doprowadzić Cię może do konstatacji, że może coś z Toba jest nie tak, że Ci się zdarzają sami tacy klienci. albo że ten świat/biznes jest trudny, wymagający, po prostu nie dla Ciebie. Taka konstatacja to już ostatni dzwonek przed okopaniem się na pozycji "ja biedulka, straszny klient".

Pozycja ta może wprawdzie być bardzo wygodna - zapewnia paliwo na długie rozmowy i narzekania na temat tego, jak jest trudno i źle, i jakie jesteśmy biedne, niemniej nie prowadzi do zmiany inaczej niż tej przeprowadzonej na wysokim poziomie frustracji i działań, z których później możesz nie być dumna. Trwanie w bidulkowaniu nie poprowadzi Cię do rozwoju i do pracy w zgodzie ze sobą i poczuciu sensu.

Co zrobić, gdy nie chcesz ulegać ani tracić klienta?

Niezależnie od tego, czy delektujesz się tym, jak jest trudno, albo tym jak jesteś biedna czy też blisko Ci do działania na wysokiej frustracji, zachęcam Cię do rozważenia kilku faktów. Może wydadzą Ci się oczywiste, przywołam je jednak z premedytacją, bo ich oczywistość sprawia, że często o nich zapominamy:

1. Klient jest OK. Tak samo jak Ty.

Ani Ty nie jesteś biedna ani klient nie jest straszny. Złościsz się nie dlatego, że coś jest nie tak z Tobą czy klientem, ale dlatego, że w związku z jego działaniami jakieś Twoje ważne potrzeby są niezaspokojone.
Oddzielenie człowieka od jego działania zdecydowanie ułatwi zmianę sytuacji. Łatwiej negocjować zmianę działania niż całego człowieka i większe szanse na sukces. Zresztą pewnie coś w tym kliencie jest takiego, że nie chcesz kończyć z nim współpracy?

Katarzyna frustrowała się tym, że klient stawia przed nią duże wymagania, proponując obniżenie i tak już niskiej ceny sprzedawanego przez nią produktu.

Propozycja klienta naruszała opłacalność całej relacji biznesowej i dlatego Katarzyna nie chciała się na to zgodzić.

2. Klient ma swoje prawa. Tak samo jak Ty.

Dawne powiedzenie 'Klient nasz pan' łatwo stawia nas w relacji podległości w stosunku do klienta. Tymczasem relacja biznesowa (jak każda inna) jest i może być relacją partnerską.
Klient ma prawo dbać o siebie i o swoje zyski dokładnie tak samo jak Ty masz prawo dbać o swoje potrzeby (w tym też o swoje przychody).

To jest jak najbardziej OK, by dbać o siebie. Niezależnie od tego, czy jesteś klientem, czy kontrahentem.

3. Są rozwiązania, które pasują obu stronom. Nikt nie musi ustępować.

Świat ma dużo więcej rozwiązań niż jesteś w stanie sobie wyobrazić
Kto powiedział, że wygrać mozna tylko wtedy, gdy ktoś przegrywa?

Tak się dzieje, jeśli pozwalamy, by tylko jedna strona była wygraną - gdy ulegamy odpuszczając swoje ważne potrzeby, lub gdy się usztywniamy ignorując ważne potrzeby drugiej strony.

Tymczasem istnieje mnóstwo rozwiązań, które pozwalają wygrać obu stronom.

Relacja biznesowa (jak każda inna) to nie mistrzostwa sportowe. Mistrzów może być dwóch.

Czasami trudno nam te możliwości zobaczyć, bo jesteśmy mocno przywiązani do tego, co nam się sprawdziło. Czasami potrzebujemy impulsu, by popatrzeć na sytuację z dystansu. Katarzyna poprosiła o pomoc. Określiła, że byłaby w stanie pójść na proponowaną przez klienta cenę jeśli będzie szło to w parze ze większonymi zamóieniami produktu uzupełniającego - przy tym warunku atrakcyjność całej transakcji była zdecydowanie korzystna.

4. Masz więcej wpływu Ci myślisz.

Możesz sama zwiększyć liczbę dostęnych opcji i wyjsć poza schemat ulegam-odmawiam. To że widzisz tylko te dwie opcje, to kwestia automatu. Twojego autopilota, który kieruje Twoimi działaniami, by oszczędzić Ci wysiłku. Jeśli tylko zatrzymasz się, by ręcznie zmienić program, zobaczych, jak dużo ich możesz wygenerować. To tylko kwestia wprawy.

Przede wszystkim – określ, czego chcesz. Nie tylko, czego nie chcesz, ale jak by to iało być, żeby było inazcej, biżej tego, co chce klient, ale korzystniej dla Ciebie.

Czy na pewno propozycja złożona przez klienta jest nie do przyjęcia pod żadnym pozorem i w żadnych warunkach? Co musiałoby się zmienić, abyożna ja było przyjąć? Co by się musiało zmienić, byś zmiana przyniosła korzyści również Tobie?

Gdy tylko Katarzyna zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie chodzi jej o rabat czy cenę końcową, ale o jej przychody czy zyski, i że ona po prostu chce zarabiać bez szarpania się, miała większą otwartość na to, żeby rozmawiać o rabatach. I szukać korzyści dla siebie.  Sytuacja, w której się znalazła okazała się być grą, w której obie strony mogą zyskać.

5. To, że czegoś nigdy nie robiłaś, nie znaczy, że się nie da przeprowadzić.

To tylko kwestia uważności i świadomego oderwania się od automatycznych programów. Kiedy zadasz sobie pytanie: "Czego ja chcę? Czego potrzebuję?" ze świadomoscią, że to jest OK, że czegoś chcesz i potrzebujesz, jesteś na dobrej drodze ku temu, by wyjść z zaklętego koła biedulka-monster i po prostu urosnąć.
Na pocztątku klient Katarzyny trochę oporował i upierał się, że chce tylko niższej ceny. Ale gdy okazało się, że może mieć więcej nie tracąc nic, po kilku mailach udało się ustawić nowe zasady współpracy, które pasowały tak samo jemu jak i Katarzynie.

Zamiast ulegać i odmawiać udało się porozumieć.

Co było kluczem do sukcesu?

  1. Poszukiwanie sytuacji, w której i wilk jest syty i owca cała
  2. odważenie się do podjęcia rozmowy na zasadach partnerskich. Przełamując lęk o stratę klienta. Który to lęk kręci najlepsze i najbardziej wciągające filmy w naszych głowach. (Pewnie sama z resztą wiesz, że te filmy z rzadka oparte sa na faktach...)

 

A Ty co zrobisz, gdy Twój klient zażąda więcej niż będziesz chciała/mogła zaoferować? Ulegniesz? Czy odmówisz?

 

 

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Oszczędzasz bo trzeba czy…

Wiele z nas, kobiet dążących do zmiany relacji z pieniędzmi żywo reaguje na hasło 'OSZCZĘDZANIE'

'Ojej, oszczędzanie - to dramat!', 'nie cierpię oszczędzać', 'no, wydawać potrafię z lekkością, oszczędzanie mi nie po drodze!', 'wiem, że muszę, ale zupełnie nie mogę się za to zabrać', 'tylko mi nie mów, że muszę oszczędzać. Budżet mam już tak napięty, że nie mam z czego", 'chciałabym, marzę o tym, a nie daję rady'

To oszczędzanie to taki okropny temat! 🙂

Okropny i fascynujący zarazem.

Nie oszczędzamy, bo dość mamy trudności, ograniczeń i zmęczenia, żeby dodawać ich sobie więcej (a oszczędzanie postrzegamy jako ograniczanie się).

Albo wprost przeciwnie: oszczędzamy jak szalone. Wyłącznie oszczędzamy, ważąc każdą złotówkę i odmawiając sobie. Bo wiemy, że tak trzeba. Tylko czasem wahadełko się odbije w drugą stronę i popuszczamy w wydawaniu, bo to (przynajmniej na początku) bardziej nasze niż oszczędzanie.

Masz podobnie?

Pamiętam, jak w podstawówce oszczędzaliśmy klasą na SKO. Co tydzień przynosiliśmy pieniądze do wychowawczyni, ona zapisywała nam na książeczkach. Potem było porównywanie tych wpisów pod kątem kto ma więcej. I jeszcze ranking, która klasa ile zebrała. Fajnie było się ścigać i sprawdzać, kto jest lepszy, kto ma więcej... A przy okazji odłożyłam 280 złotych!

Założenie było takie, żeby, przy okazji rywalizacji budować zdrowe nawyki finansowe i oswajać się z tym, że oszczędzanie jest fajne.

I rzeczywiście było fajnie - do dziś pamiętam, ile radości było z tego porównywania, kto jest lepszy. I jaką miałam motywację, by nie kupować lodów, tylko wpłacić kilka złotych więcej na książeczkę! W ogóle ograniczeniem nie było to, że tych lodów nie kupuję, mimo, że je uwielbiałam...

Tylko dlaczego nie utrwaliło mi się, że oszczędzanie jest fajne?

Bo już jako dorosła strasznie tego nie lubiłam. Nie widziałam w nim sensu innego niż odmawianie sobie i ograniczanie się. Mimo, że racjonalnie przyjmowałam, że ważne, że potrzebne, że trzeba.

Do momentu, kiedy przeglądając swoje relacje z pieniędzmi pokojarzyłam różne fakty.

  1. Kompletnie nie pamiętam, co stało się z odłożonymi na SKO pieniędzmi. Wiem, że zebrałam 280 złotych i na tym koniec. Czy je w ogóle dostałam z powrotem? czy je wydałam na coś ważnego? czy się rozeszły? Brak danych. Czarna dziura.
  2. Wokół mnie byli ludzie, którzy dużo wydawali i na wiele mogli sobie pozwolić. Oraz tacy, którzy żyli oszczędnie i skąpili na wszystko. Czego chciałam dla siebie? Kto mnie inspirował? No, raczej ci pierwsi. Chciałam i ja móc sobie pozwalać na dużo, bo niby dlaczego mam się ograniczać?
  3. Słyszałam wiele historii o tym, jak przyszłość jest nieprzewidywalna i jak wiele osób w związku z tym traciło oszczędności życia, bo wojna, pożar, reforma, wymiana pieniędzy.

Jaki obraz mi z tego powstał?

Raczej oszczędzanie nie było wysoko w rankingu atrakcyjności. A że wszyscy mówią, że oszczędzać trzeba? Że w przyszłości będę  żałować? Przecież nie wiadomo, co będzie w przyszłości! Skoro może mi być dobrze albo teraz albo w przyszłości, której nie znam, to wolę teraz.

I tak się działo, oszczędzanie nie było ważne. Czasem jak coś zostało z puli, to odkładałam. Jeśli nie pojawiło się coś ważniejszego (zwykle się pojawiało).

Aż do momentu, kiedy zaczęłam sprawdzać, czy na pewno wybór jest 'albo - albo' i czy przypadkiem nie można mieć ciastka i go zjeść.

Wtedy skojarzyłam też, że oszczędzanie to komfort, władza. I wolność.

I że mogę decydować, czy chcę mieć tego komfortu, wolności czy władzy więcej teraz, czy jutro. Że mogę decydować, czy chcę wydać dziś, ale mniej, czy za chwilę, za to więcej? Decyzje są różne: czasem zdecydowanie wolę wydać już teraz. A czasem jednak ilosć komfortu i władzy jest wystarczająca i mogę je trochę odłożyć (w czasie i w portfelu).

Aby mieć ciastko i zjeść ciastko staram się pamiętać o komforcie i władzy dziś. I nie zapominać o nich na jutro. Dlatego też:

  1. Odkładam, zanim zacznę wydawać. Trawestując Scarlett o'Hara myślę sobie: 'O tych pieniądzach pomyślę jutro'. Zdecydowanie lepiej to brzmi, niż 'te pieniądze MUSZĘ odłożyć', czyż nie?
  2. Wiem, na co oszczędzam i ten cel jest dla mnie ważny. I namacalny. Nie tak po prostu, bo trzeba, albo na przyszłość, bo to naruszałoby ważną dla mnie potrzebę wolności i zaufania, że się wydarzy, bo ja konkretna jestem. Decyduję, na co odkładam te pieniędze. Bardzo konkretnie i szczegółowo. Na rzeczy, które są dla mnie ważne albo nie mieszczą się w zwykłym budżecie: buty droższe niż rozum akceptuje, dom w Bretanii na starość itp.. Dzięki temu przyjemnie i chętnie rezygnuję z części wydatków dziś, bo wiem, że to tylko przesunięcie w czasie w strone czegoś większego w dodatku.
  3. Dużo rzeczy automatyzuję - pieniądze same się przelewają i gromadzą tam, gdzie chcę, a ja nie muszę się nimi zajmować (i unikam pokus wydawania dziś). Dopieszczam w ten sposób swoją Strusią część, która nie przepada za zajmowaniem się pieniędzmi. (Więcej o Strusiach, Chomikach i Mikołajach dowiesz się z quizu - klik)
  4. Jeśli kupuję coś tańszego, rejestruję różnicę i na bieżąco decyduję, czy chcę ją zagospodarować dziś czy 'jutro'. Żeby nie było, że oszczędzam, oszczędzam i nic z tego nie mam. Zwiększa mi to spokój na temat tego, co się wydarzy w przyszłości.

I te wszystkie fane rzeczy, które na mnie czekają 'jutro' zbliżają się - mniejszymi czy większymi kroczkami. A niektóre okazuje się, są już dziś, bo, co najważniejsze:

5. Pozwalam sobie wydać na to, na co oszczędziłam. Nawet jeśli 'rozsądna' część mnie mówi, że to strasznie drogie. Bo po prostu realizuję umowę z samą sobą.

I to jest najprzyjemniejsze w całym oszczędzaniu.

 

A jak Ty się masz z oszczędzaniem? Napisz na w komentarzu - dla inspiracji swojej i  naszej, jako pierwszy krok do zmiany - Twojej czy naszej.

Serdeczności i do jutra 🙂

 

Jeśli chcesz sprawdzić swoje przekonania dotyczące pieniędzy, kliknij, by pobrać bezpłatny ebook „Przekonania i pieniądze”

 

 

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Dobre, choć drogie, drogie bo dobre?

Mężczyzna z kilkuletnim synkiem czekając na kogoś przed centrum handlowym zajadają się czymś. Mężczyzna mówi:

'Ależ to dobre! Jej takie drogie, ale dobre!"

Dużo w tym było uznania i delektowania się, ale też zaskoczenia czy zdziwienia, że coś drogiego może być aż tak dobre.

Taka urocza scenka skłoniła mnie do szybkiego rozważenia, jak to jest z relacją drogości do dobrości.

Przyszły mi natychmiast na myśl

  • lody we Florencji za 15 euro  - o cenie dowiedziałam się przy płaceniu, to, co myślałam, że zapłacę okazało się oferta na coś innego. Były pyszne, ale nie byłam szczęśliwa, że się dałam zrobić jak pierwsza lepsza turystka (choć nią byłam).
  • Stella Artois (chyba) - piwo, które swojego czasu, nie wiem, jak teraz, reklamowało się jako najdroższe z piw na świecie i wokół ceny rozwijało komunikację marketingową - smakowało jak zwykłe piwo, byłam rozczarowana
  • kawa Kopi Luwac - ta uwielbiane przez bohatera 'Póki goni nas czas' kawa o szczególnym procesie pozyskiwania. 50g kosztuje ok. 150 PLN, za filiżankę zaparzonej zapłaciłam 38 PLN. W sumie kawa jak kawa, na co dzień bym się na nią nie zdecydowała (nie tylko z powodu kosztów), ale rozumiem, że jej cena ściśle wiąże się z trudnością w pozyskiwaniu (ziarna wydobywa się z odchodów cywety - indonezyjskiego drapieżnika żywiącego się ziarnami kawowca, czyści się je, a potem tradycyjnie wypala. Soki trawienne zwierzęcia zmieniają jej smak).
  • pięciogwiazdkowy hotel, w którym spałam kiedyś służbowo - byłam zachwycona, bo wszystko było takie jak lubię i potrzebuję, a wszystkie moje potrzeby zaspokojone. (Nieustannie sprawdzam, czy byłabym skłonna zapłacić za ten nocleg z własnej kieszeni :-))
  • mocno wypasiony wyjazd narciarski (opłacony z własnej kieszeni), na którym wszystko było tak, jak by mogło być najlepiej, a może nawet bardziej i po którym wróciłam pełna energii, wypoczęta z nowymi umiejętnościami narciarskimi i nową wiedzą o sobie. (Nieustannie pytam się, ile razy jeszcze chciałabym na taki wyjazd pojechać).

Gdzieś jest połączenie, że drogie rzeczy są szczególne, wyjątkowe. Ale też nie jest to jedyne połączenie.

O tej szczególności i wyjątkowości produktów  drogich, czy, inaczej rzecz biorąc premium, zapewniają nas reklamy sugerujące, że dzięki droższym produktom można poczuć się naprawdę luksusowo, sprawić sobie (lub innym) szczególną przyjemność, podkreślić swoją wyjątkowość.

Często w tym kontekście przypomina mi się dziewczynka z mojej podstawówki. W szarych czasach PRLu była prawdziwą szczęściarą, bo jej rodzice mieszkali za granicą i przysyłali jej mnóstwo fantastycznych rzeczy. Kolorowych, atrakcyjnych, niespotykanych i, jak na nasze ówczesne warunki, niebotycznie drogich. (Pamiętam dżinsy, które kosztowały wtedy tyle, ile moja mama zarabiała miesięcznie).

Dziewczynka czuła się szczególnie i wyjątkowo, taka też była - łatwo wyróżniała się z tłumu. I miała mnóstwo przyjaciół i znajomych. Okropnie jej nie lubiłam. Dziś wiem, że to była zazdrość...

Z dzisiejszej perspektywy, mniej ją widzę jako szczęściarę i mniej cenię i tych przyjaciół i jej wyjątkowość. Ciekawa jestem nawet, jak dziś wyglądają jej relacje z pieniędzmi i ludźmi.

Mając ją w pamięci (i pewnie w nieświadomym) buduję swoją wyjątkowość w oparciu o to, co wypływa z moich kluczowych wartości. I niekoniecznie musi to być powiązane z szeroko rozumianym prestiżem czy statusem. A ponieważ potrzeba wolności jest moją kluczową wartością, wybieram wolność od gadżetów i zewnętrznych sposobów dowartościowywania się. (Te ostatnie wprawdzie lubię, doceniam i chętnie widzę je w moim otoczeniu, ale to nie z nich buduję i wspieram swoje przekonanie, że fajna ze mnie kobieta).

Zerknij na listę budżetowych rzeczy, które kupujemy - opisane w tym poście.

Ale, wracają do drogich rzeczy:

Jak to jest z drogimi rzeczami?

W założeniu, ponieważ są one rzadsze, sprawiają, że czujemy się kimś specjalnym. Nie składnikiem szarej masy, ale kimś, kto się wyróżnia (bo może zasługuje? jest inny, lepszy?). Inaczej patrzy się na człowieka, który wysiada z bardzo drogiego i dużego samochodu, a inaczej na kogoś, kto jeździ starym autem. A w zasadzie inaczej się patrzy na to auto, bo człowieka czasami trudniej dostrzec 🙂

Drogie rzeczy bywają narzędziem do wywierania wpływu - aspirując do nich, często jesteśmy w stanie dużo zrobić, poświęcić. Mam znajomą, która zwykle przy rodzinnych negocjacjach zgadzała się na różne ustępstwa za cenę wspólnego wyjścia z narzeczonym do drogiej restauracji. Dlaczego tak? Ano, tłumaczyła, że jak on wyda dużo w knajpie, to go zaboli tak samo jak ją boli, że on robi coś bez niej i będą kwita. (Oboje lubią chodzić do knajp, więc wysokość rachunku była głównym czynnikiem równoważącym)

Często też rzeczy, za które płacimy więcej, dają nam więcej komfortu. Bo są lepiej obmyślane, zaprojektowane, wykonane. Przyjemniej się z nich korzysta, powodują mniej zamieszania, sprawiają mniej kłopotu (bo się na przykład mniej psują). Mój mąż  na przykład z założenia nie kupuje używanych samochodów, nawet jeśli miałoby się to wiązać z faktem, że rzadziej je zmienia i nie naprawia ich samodzielnie, nawet jeśli usterka jest drobna. Bo ma wspomnienie psujących się samochodów i taty grzebiącego całymi dniami w samochodzie, który w wyniku tych działań działał, ale o tyle, o ile. Jest gotów wydać więcej, by mieć coś dobrego.

Z drugiej strony ten komfort może być mylący. Jeśli wybierzesz droższą (drogą?) rzecz, może się okazać, że właśnie zafundowałaś sobie trochę stresu.

Na przykład drogi samochód - kiedy uczyłam się jeździć, miałam nowe auto. Nie zliczę, ile razy płakałam czy wściekałam się na siebie, że je porysowałam przy parkowaniu. Było piękne, nowe i konsekwentnie przeze mnie rysowane. Dużo więcej komfortu miałabym gdyby to się działo przy jakimś piętnastoletnim samochodziku.

Drogi rower - jeździ się nim cudownie, ale gdy chcę zostawić pod szkołą, przy metrze lub gdzie indziej i udać się na zakupy mam dylemat - co  będzie, jak ktoś się na niego skusi? Oceniam wprawdzie, że kradzieże rowerowe są mniej powszechne niż w Amsterdamie, ale i tak serce czułoby się bardziej komfortowo, gdyby potencjalna strata nie była tak duża. (Przecież kocham mój rower i nie chcę go stracić. Ale czy to znaczy, że mam go nigdzie nie zostawiać?).

A dlaczego drogie rzeczy są drogie?

Niewykluczone, że dlatego, że są dobre.

Ale w przy takiej konstatacji przypomina mi się motto z czasów dawnych, głoszące, że

'tanie wino jest dobre bo jest tanie i dobre'

To, co stanowi, ze coś jest dobre, jest bardzo względne, zgodnie z tezą, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Na to, ile coś kosztuje wpływ ma wiele czynników:

  • koszty wytworzenia (przy czym niekoniecznie coś, co jest wytwarzane drogo z automatu jest lepsze => patrz polski węgiel)
  • efektywność: produkcji, dystrybucji
  • umiejętności negocjacyjne i biznesowe na każdym etapie produkcji
  • filozofia biznesu właścicieli marki =>
  • postrzegana wartość w oczach nabywców => wiesz, że niektóre drogie marki wytwarzają swoje produkty w tych samych fabrykach co tańsze sieciówki? Płacą porównywalne pieniądze szwaczkom, a różnice w cenie produktu końcowego wykorzystują na droższe kanały dystrybucji, większe nakłady na promocję i pozostałe elementy marketingu.

Decydując o tym, co kupujemy decydujemy o wszystkich elementach mieszanki marketingowej. Jakość produktu i korzyści, jakich on nam dostarcza jet tylko jednym z nich.

Drogie rzeczy zatem również:

  • fundują nam pewną bajkę, czy mit, który niekoniecznie musi być zgodny z prawdą. => coś jest drogie, nie dlatego, ze dobre, ale dlatego, że ktoś ma wyższe marże, wyżej się ceni, albo ma wyższe koszty produkcji. Dotyczy to zarówno polskich kopalni, jak i producentów Kopi Luwac
  • mogą sprzyjać etykietkowaniu (dobrym jest ten, kto stosuje markę czy produkt X, a mniej interesującym kto wybiera marki czy produkty Y
  • mogą ograniczać nam wybór, a przez to naszą wolność => znam osobę, która zdecydowała się na bardzo drogi samochód głównie po to, żeby robić wrażenia na swoich klientach, gdy podjeżdża pod ich biuro. Podobno dzięki temu idzie jej biznes. A narzekania, ile ten smok pali i jak jest drogi i niewygodny w eksploatacji przecież u klienta nie słychać. 🙂

Czy warto zatem kupować drogie rzeczy?

O mojej filozofii radzenia sobie z tą kwestia napiszę w następnym odcinku, a wcześniej chętnie posłucham, co Ty o tym myślisz? Kupujesz drogie rzeczy? Daj znać!

 

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Przyjąć czy odmówić? To jest sztuka!

Umiejętne przyjmowanie jest sztuką, która bardzo się w życiu przydaje. Podobnie jak odmawianie.

Dzięki umiejętności przyjmowania pielęgnujemy nasze prawo do decydowania o sobie, które jest jedną z fundamentalnych ludzkich potrzeb.Pozwala nam bowiem być wolnymi, niezależnymi, nie musieć rezygnować z tego, co dla nas ważne.(A tak się składa, że jest to główny powód, dla którego chcemy mieć więcej pieniędzy).

Są jednak relacje, w których odmówić bardzo trudno albo wręcz jest to niemożliwe.

Mama, która z miłością pakuje Ci świąteczne czy niedzielne jedzenie mimo Twoich zapewnień, że masz pełną lodówkę. Teściowa, która ciągle narzeka i marudzi jaka to ona biedna.

Partner czy znajomy, który obdarza Cię komplementami, które wywołują u Ciebie gotującą się złość.

Klient, który przesuwa Twoje granice poza Twoją strefę komfortu.

Są ludzie, których życiową misją jest jest dzielić się i nie przyjmują, że ktoś nie chce przyjąć tego, co oferują. (Przeczytaj więcej o tym, jak się dzielić, gdy nie chcą brać)

Czasami po protu nie możesz odmówić. Bo mamie będzie przykro. Bo partner przecież chce dobrze, bo klientowi się nie odmawia. Dla dobra relacji przyjmujesz zatem i dusisz złość, albo i frustrację. Odbiera to energię i wbrew pozorom psuje to relacje, bo stłumiona złość nakręca spiralę negatywnych uczuć.

Jeśli mierzysz się z podobną sytuacją i szukasz dla niej innych rozwiązań, przede wszystkim

1. Sprawdź, jaka Twoja potrzeba zostałaby zaspokojona, gdybyś odmówiła.

Może to potrzeba niezależności, a może troski o siebie? Równowagi? Bycia usłyszanym? Zmiany/rozwoju?

Często lokujemy uwagę w drugiej stronie i zapominamy o swoich własnych potrzebach (przecież nieładnie być egoistką, prawda?). Tymczasem to nasze niezaspokojone potrzeby domagają się spełnienia i dają nam to do zrozumienia poprzez emocje: złość, zdenerwowanie, lęk. To nie mama, partner czy klient jest przyczyną złości, ale nasze niespełnione potrzeby. Oni tylko te emocje nam uwidaczniają.

Bo przecież, kiedy jedzenie jest dokładnie takie jak lubisz i masz  ochotę je wziąć, bo w domu lodówka pusta niekoniecznie jesteś zła?

2. Sprawdź, jaką swoją ważną potrzebę zaspokajasz nie odmawiając.

Często, kiedy mówimy czy myślimy "nie mogę", "muszę", "powinnam", "nie mam wyjścia" tak naprawdę wybieramy, choć nie mamy świadomości alternatyw. (Przeczytasz o tym więcej tutaj).

Rezygnujesz ze swojego prawa do samostanowienia, z autentyczności, bo inna rzecz jest dla Ciebie w tym momencie i w tej relacji ważniejsza. Może potrzeba troski? O drugą osobę, o relację, o siebie. Może potrzeba spójności z tym, co dla Ciebie ważne? (Sprawdź, jakie przekonania przejmują tu prowadzenie: Klient nasz pan? Kiedy jestem grzeczna/posłuszna/uległa jestem kochana/dobra/akceptowana/bezpieczna?

Biorę koszyk z jedzeniem/ nie reaguję na uwagę, bo ważny jest dla mnie święty spokój. Przystaję na żądanie klienta bo ważne jest dla mnie, żeby pracować

Samo uświadomienie sobie, że dokonujesz wyboru przynosi trochę lekkości i spokoju do relacji i pozwala łatwiej przejść przez sytuację. OK, nie zawsze znalezienie tego, co wybierasz jest łatwe, ale wierz mi, praktyka czyni mistrzem.

I doskonale pomaga zaspokajać potrzebę wolności i niezależności.

3. Sprawdź, jaką potrzebę zaspokaja osoba nie przyjmująca do wiadomości Twojej odmowy.

Czasami pod koszykiem z jedzeniem kryje się potrzeba miłości, troski, wpływu.

Narzekanie czy marudzenie może być prośbą o dostrzeżenie, usłyszenie, akceptacje czy uznanie.

Nietrafiony komplement - próbą pogłębienia relacji. A klienckie pomysły - testowaniem granicy, sprawdzaniem Twojej eksperckości.

Uwaga: Jeśli odkryjesz, że ktoś robi to po to, żeby Ci dokuczyć, jeszcze nie dotarłaś do potrzeby! Dlaczego ktoś miałby chcieć dokuczyć czy zranić kogoś innego? Bo jest złym człowiekiem? A może dlatego, że sam ma w sobie tyle bólu i zranienia, że nie daje rady sam tego unieść?

A może nie wie, że takie działanie jest dokuczliwe?

Skorzystaj z listy potrzeb i wartości, aby ułatwić sobie sprawę. Znajdziesz ją tutaj.

4. Sprawdź, jak możesz mieć ciastko i je zjeść: poszukaj rozwiązań, które zaspokoją potrzeby wszystkich zainteresowanych.

Jak dać się teściowej wygadać nie pozwalając się zalać zgorzknieniem czy frustracją? Jak przyjąć (i okazać) miłość nie zapychając lodówki rzeczami, które i tak wylądują w śmietniku?

Najprostsze rozwiązanie to wziąć koszyk i zawartość przekazać dalej. W oczach mamy podarunek będzie przyjęty, a Twoja wolność decydowania, co wrzucasz do lodówki uszanowana. Jeśli przy innej, bardziej neutralnej okazji pogadasz o tym, co chętnie byś wzięła, a co jest dla Ciebie marnowaniem jedzenia i wysiłku, masz szansę uszanować też potrzebę troski o czas, pieniądze i wysiłek mamy i swoją potrzebę harmonii i traktowaniu jedzenia. (Dla mnie uwalniające było to, że lepiej jest wyrzucić jedzenie, które mi nie służy, niż je jeść, żeby komuś nie było przykro. Zgodnie z przykazaniem miłości kochaj bliźniego swego JAK siebie samego).

Alternatywnie możesz skorzystać z różnych wariantów takiej odpowiedzi:

Mamo, pamiętasz, że my niechętnie jemy tłuste rzeczy? Jeśli wezmę ten pasztet, jest duże prawdopodobieństwo, że się zepsuje w lodówce i będę go musiała wyrzucić. Szkoda wyrzucać jedzenie. Może u Ciebie będzie lepiej wykorzystany? Chętnie wezmę za to soki, bo je lubimy.

Pokazujesz w ten sposób, co jest dla Ciebie ważne (nietłuste/zdrowe jedzenie, możliwość decydowania), ale także to, że ta mama jest dla Ciebie ważna i że doceniasz jej wyroby. Unikasz ryzyka, że poczuje się odrzucona, co bywa częstym powodem, dla którego przyjmujemy niechciane.

A marudzącą teściową zapytaj, jak by ona wolała, żeby było.

Pomożesz jej w ten sposób przestawić się w tryb konstruktywny (na początku pewnie się zdziwi i odpowie, że nie wie, ale już i to lepsze od narzekania). A przy okazji pokażesz, że jej zdanie ma dla Ciebie znaczenie, co wpłynie na jej potrzebę bycia usłyszaną, zrozumianą, docenioną.

Klientowi się nie odmawia? Może i nie, ale z pewnością klienta traktuje się z życzliwością i szacunkiem dla jego potrzeb, nie rezygnując z tego co dla nas ważne:

Jeśli dołożymy do tego projektu jeszcze trzy linijki tekstu, całość będzie nieczytelna. Nie chciałabym tego, bo ważne dla mnie jest, by prace, które firmuję były czytelne i przemawiające. W ten sposób mam poczucie, że nie marnuję pieniędzy moich klientów. Może zastanowimy się, jak przekazać informacje, które są dla Pani/a ważne inaczej?

A parter z tym swoim "misianiem"?

Wiesz co? Kiedy mówisz do mnie "misiu" to się czuję jak małe dziecko, którym łatwo się manipuluje. Tak mówiła do mnie X. Wołałabym nie wpuszczać jej do naszego związku. Może poszukamy jakiś innych ciepłych zwrotów?"

Po takim tekście może się okazać, że

(1) przechodzimy do szukania tego, co wspólne i zadbania o potrzeby obu stron, tak, by obie strony były spełnione. Ale też może się zdarzyć, że

(2) druga strona jest impregnowana na argumenty, nasze zdanie. Że, być może nawet bez złych intencji, jedynym dla niej rozwiązaniem jest kontynuacja status quo. Bo jest zbyt sztywna i nieskłonna do zmiany

wtedy

5. Opłacz niezaspokojoną potrzebę i spróbuj zaspokoić ją inaczej

Brzmi dziwnie?

Opłakiwanie to bardzo dobry sposób na zamykanie rzeczy i uwalnianie się od napięcia, jakie niosą. Znamy opłakiwanie po stracie - szczególnym opłakiwaniem jest żałoba, która służyć ma pożegnaniu się z kimś, kogo już nie ma wśród nas.

W przypadku potrzeb opłakujemy je, żeby zaakceptować fakt, że pozostają niespełnione, uznać naszą niemożność zmiany. Dzięki temu można pójść dalej.

Jak to wygląda?

Czasami wystarczy powiedzieć:

OK. Moja mama tak ma, że musi pakować mi swoje wyroby. To poza moim wpływem. Przyjmuję i szukam sposobów na to, by zminimalizować swoje straty z tym związane.

Teściowa narzeka, taki typ. Próbowałam, nie udało się. Co mogę zrobić, żeby lepiej się czuć w jej towarzystwie?

(Mi w takich sytuacjach pomaga wyobrażenie sobie, że otacza mnie bańka mydlana oporna na gorycz i marudzenie, a wszelkie emocje i nastroje, które chcą się przez nią przebić przechodzą przez filtr w postaci różyczki. I dzięki temu sama decyduję, co mnie otacza i nie przeszkadza mi, jakie banki otaczają innych, bo nie muszę się z nimi mieszać).

Przy marudnym kliencie czy partnerze mogę się zastanowić, czy naprawdę chcę iść na takie kompromisy, czy nie lepiej rozejrzeć się za kimś, z kim mi bardziej po drodze? Albo zweryfikować, czy to moje jest naprawdę warte poświęcania jakiejkolwiek potrzeby?

Przy takim podejściu okazuje się, że potrzeby wolności, niezależności i prawa do stanowienia o sobie nikt nie jest mi w stanie odebrać. Bo on jest moje, wewnętrzne i niezależne od nikogo.

Takie wewnętrzne, odnawialne źródło bogactwa :-).

A jak u Ciebie? Przyjmiesz, czy odmówisz?

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Nie martwić się o pieniądze – proste nawyki

Wiele kobiet, z którymi rozmawiam o pieniądzach mówi, że chciałaby mieć ich tyle, by nie musieć się nimi zajmować.

Bierze się to z połączenia znaczeń: zajmować się pieniędzmi = martwić się o nie. Bo na ogół musimy się nimi zająć, czy o nich pomyśleć, gdy ich za mało, by wystarczyło na wszystko, czego potrzebujemy. Albo raczej chcemy.

O tym, że czas zajmowania się pieniędzmi może być czasem mocy, a nie męki, pisałam tutaj, dziś pokażę Ci parę sztuczek, które pozwolą Ci

  • mniej się o pieniądze martwić,
  • nie tracić ich
  • nie obciążać głowy rzeczami, które są oczywiste.

Cały dzisiejszy świat dąży do zwiększenia komfortu i wygody: technologia pozwala nam robić zakupy za granicą bez wychodzenia z domu, nawiązywać znajomości i relacje za pomocą jednego kliknięcia, rejestrować osiągi sportowe, to, co jemy, ile spalamy, wydajemy, co myślimy i co robimy. Przy pomocy jednego kliknięcia czy jednej aplikacji, z jednego telefonu.

Dzięki temu nie trzeba szukać, martwić się, bo wszystko jest pod ręką i na wyciągniecie ręki.

I jedyny problem z tym związany, że dzięki tej wygodzie i jednemu przyciskowi całkowicie tracimy anonimowość i wpływ na to, co kto o nas wie.

Ostatnio głośno wokół mnie o próbach (udanych) finansowych oszustw.

Duża firma przelała milion euro na fałszywy rachunek za transakcję, której nigdy nie dokonała ani nie planowała.

Inna firma odzyskała dostęp do swoich chmur danych po zapłaceniu kosmicznego rachunku.

Znana mi osoba ze zdziwieniem dowiedziała się, że zapłaciła kartą firmową 10 tys. za transakcję, o której nic nie wiedziała.

Inna osoba została obciążona dwukrotnie za tę samą, niemałą, transakcję.

To kilka przykładów z tych, o których ktoś powiedział głośno. A ile jest takich, o których się milczy? Bo nie zauważyliśmy, bo głupio się przyznać, bo wstyd?

Nie przed wszystkim jesteśmy w stanie się uchronić, ale mamy sporo wpływu na to, jak bardzo jesteśmy podatni na takie sytuacje.

Wiele zależy od naszych nawyków finansowych i świadomości słabych punktów w systemie naszych zabezpieczeń.

Kiedy wypracujemy zdrowe nawyki, pozwalające zabezpieczyć nasze dane przez nieautoryzowanym wykorzystaniem, możemy się mniej martwić o to, co się z tymi danymi dzieje.

Bo to, co mamy w nawyku, wykonujemy automatycznie, bez angażowania świadomej części umysłu.

Co zatem możemy zautomatyzować, by zapewnić sobie komfort i zwiększyć bezpieczeństwo pieniędzy?

Niektóre z pomysłów są bardzo oczywiste. Tym dziwniej przekonać się, że wiele bystrych osób z nich nie korzysta - czy z niewiedzy, czy z zamiłowania do zajmowania się wyłącznie tym, co budzi większe wyzwania.

Nawyki i zwyczaje, które pozwalają mniej się martwić o pieniądze:

1. Loguję się do banków, dokonuję transakcji wyłącznie z własnego komputera i przez zaufaną sieć.

(Żadne wi-fi w centrach handlowych, kawiarniach i innych miejscach publicznych nie jest zaufane. Jeśli już muszę w takich miejscach dokonać transakcji, korzystam z danych sieci komórkowej).

2. Adres banku wpisuję ręcznie.

Niektóre linki i podpowiedzi przeglądarek mogą być zainfekowane przez wirusy i inne śmieci, które dostają się do komputera z sieci. Warto mieć to na uwadze.

  • Sprawdzam, czy połączenie jest szyfrowane (kłódeczka przy pasku adresu i na dole w przeglądarce)

Dzięki temu dane, które są wysyłane z komputera, są niewidoczne dla innych ciekawskich. Poza tym strony fałszywe często nie mają protokołu prywatności, sprawdzając ten szczegół zwiększasz swoje bezpieczeństwo

3. Nigdy przenigdy nie korzystam z przycisku ZALOGUJ SIĘ z poziomu emaila.

Facebook ,PayPal, banki, kontrahenci (prąd, gaz, woda) często przesyłają informacje o stanie konta czy faktury na podany adres mailowy. Nigdy nie korzystam z ułatwień w postaci przyciski ZALOGUJ SIĘ dołączanego do takich mail (czasem bywają i w mailach prawdziwych). A to dlatego, że grafik o podstawowych umiejętnościach jest w stanie przygotować email, który będzie wyglądał dokładnie tak jak te, które dostajesz z tych instytucji. Nie tylko grafik z tych instytucji. A Ty okiem laika nie jesteś w stanie stwierdzić, co jest pod warstwą graficzną. Przenosząc się na stronę logowania poprzez ten przycisk nie wiesz, gdzie i komu podajesz swoje dane ani co się dalej dziać będzie z Twoim komputerem. Może całkiem przypadkiem właśnie zainstalowałaś programik śledzący Twoje działania w sieci? Podałaś dane logowania do banku firmie z siedzibą w Chinach lub innym uroczym zakątku świata, aautoryzując ją tym samym do wyczyszczenia Ci konta?

Jeśli chcesz zweryfikować informacje otrzymane w mailu, zaloguj się z poziomu przeglądarki. Sprawdzając  wcześniej, czy to ta sama strona co zawsze i czy połączenie jest, jak zawsze, szyfrowane.Nie pozwalam komputerowi zapamiętywać żadnych haseł. Bo łatwo je przejąć, gdy coś zainfekuje komputer.

4. Nie pozwalam komputerowi zapamiętywać żadnych haseł.

Nie tylko zresztą własnemu komputerowi, ale też sklepom i aplikacjom płatniczym tam, gdzie nie jest to wymagane. (Mój bank ma raczej numer mojej karty, ale już Allegro, czy PayPal - niekoniecznie).

Bo łatwo je przejąć, gdy coś zainfekuje komputer. Albo, gdy Twoim komputerem musi zająć się jakiś spec. Są wprawdzie programy, które hasła chronią i zabezpieczają dodatkowo, ale dopóki ich nie znasz i nie masz zainstalowanych lepiej dmuchać na zimne. A poza tym dużo było informacji o wydrukach z numerami kart i danymi osobowymi nieodpowiednio zabezpieczonymi i upublicznionymi. Nie na wszystko mam wpływ, ale tam, gdzie mam, oddam trochę komfortu na rzecz tego, by się nie martwić.

5. Ustawiam unikalne hasła tam, gdzie podaję dane z rachunku albo karty płatniczej

Większość ludzi, dla komfortu i prostoty do każdego logowania podaje jedno, to samo hasło. I może się okazać, że wygoda ta jest bardzo kosztowna. Szczególnie, gdy połączyć to hasło z jednym adresem email. Czasem myślę sobie Komu by się chciało sprawdzać akurat moją kombinację hasła i emaila w tylu różnych serwisach. I okazuje się, że odpowiedź jest prosta: są ludzie, dla których takie działanie jest źródłem utrzymania czy sposobem na życie. A komputery mają dziś taką moc obliczeniową, że wyłuskanie tych danych i połączenie  ich zajmuje kilka sekund.

6. Często zmieniam hasła

Szczególnie do banku, mimo, że banki same tego wymagają. Lepiej dmuchać na zimne i nie pozwalać, by jakiś wyciek, albo przypadek sprawił, że komuś się uda podłączyć do Twojego konta.

7. Nie przesyłam loginów ani haseł w mailu, smsie ani wiadomościami mediów społecznościowych.

Niedawno w jednej z fejsbukowych grup duże poruszenie wywołała historia kobiety, która, świętując otrzymanie specjalnej karty kredytowej z dużym limitem, załączyła na FB zdjęcie tejże karty, z pełnym numerem, swoim nazwiskiem. Zaraz później okazało się, że duży limit miała do spłacenia, nie za swoich zakupów. Ktoś wykorzystał zdjęcie i opłacił swoje wydatki. Jak to zrobił i jak to było możliwe, nie wiem, wolę świętować inaczej.

8. Sprawdzam operacje bankowe minimum raz w tygodniu.

Łatwiej wtedy uchwycić dziwne transakcje, podwójne obciążenia i wcześniej zareagować. Zwiększają się wtedy szanse na odzyskanie strat lub ich zminimalizowanie.

9. Uważnie dobieram znajomych w mediach społecznościowych

Jeśli kogoś nie znam, nie uznaję za znajomego. Takie dodatkowe zapewnienie, że trudniej mnie będzie namierzyć w kontekście zwyczajów, odwiedzanych miejsc i wzorców zakupowych. Mało się tym wprawdzie dzielę choćby na FB, ale mniejsza publiczność dla tego, co mam do pokazania w tym przypadku jest służąca. Nawet jeśli to dmuchanie na zimne.

10. Nie korzystam z aplikacji na telefon, pozwalających na dostęp do konta bez logowania

Wiem, że to wygodne, wkurza mnie wpisywanie ID i haseł, potwierdzanie smsem. Ale telefon tak łatwo stracić. A jak bez niego zablokować dostęp do tych kanałów? Znowu może dmucham na zimne i rezygnuję z wygody, ale jest to poświęcenie, które gotowa jestem znieść, żeby nie martwić się o pieniądze.

A ty, co robisz, by nie martwić się o pieniądze?

Napisz w komentarzu, im więcej mamy w nawyku, tym mniej na głowie i więcej w portfelu.