Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Zaczęło się w połowie grudnia.

– Niech pani pójdzie na badanie, czuję tu jakieś spore zgrubienie, węzeł chłonny, albo co – powiedziała masażystka, kończąc masaż. Poczułabym lęk, gdyby chodziło o mnie. Ale chodziło o moje dziecko. Poczułam więc panikę. Załatwianie na cito skierowania na badania, specjalistyczny rentgen w przeddzień Wigilii i… czekanie. Czekanie do 4 stycznia, bo święta, bo Nowy Rok, bo wynik idzie do lekarza, a wszyscy na urlopach.

4 stycznia telefon od pani doktor. Zanim go odebrałam, bezwiednie usiadłam. Kiedy skończyłam połączenie, położyłam się na podłodze. Z ulgi.

Początek stycznia. Mój tato kończy 81 lat. Jest niezła imprezka i radość, że wciąż jest z nami. Tylko forma gorsza. Nawet on, twardziel nad twardzielami, musi przyznać, że boli. Boli tak, że czasem trudno wytrzymać. No i znowu – skierowania na badania, specjaliści, diagnostyka. Jest w trakcie, na szczęście przestało boleć.

Połowa stycznia. Lecimy na wyczekane ferie. Co jak co, ale w tym roku należą nam się po tym wszystkim bardziej niż kiedykolwiek! Wprawdzie tylko 7 dni, ale dobre i to. Lanzarote urzeka. Innością, oceanem, małością człowieka wobec natury. Słońcem i zaskakująco jasnymi plażami, odcinającymi się od czarnego tła. Jest bosko. Trzeciego dnia moja młodsza córka zaczyna wymiotować. Wieczorem dołącza do niej starsza. Przez trzy dni walczymy z gorączką, która nie chce zejść poniżej 39 stopni. Wreszcie schodzi. Udaje nam się spędzić ostatni wieczór na plaży – i … lecimy do domu.

W domu – niespodziewana awaria. Musimy przenieść się do mieszkania babci i zacząć szukać ekipy remontowej. Oczywiście na cito.

A to wszystko dzieje się w czasie, kiedy w pracy mam naprawdę dużo. Kalendarz wypełniony szkoleniami tak, jak o tym marzyłam. Pracowałam na niego cały ostatni rok! Praca indywidualna z klientkami – w toku. Iza przygotowuje nowy projekt i czas na dołożenie czegoś ode mnie. Sesja foto. Nagrywanie filmików. Umówione dwa wywiady…

Czuję się jak rozpędzone pendolino, które zaraz trzeba będzie zatrzymać hamulcem ręcznym.

Od piętnastu lat prowadzę firmę, którą założyłam po to, aby pracować, zarabiać i jednocześnie mieć czas zajmować się dziećmi i domem.

Wiem, jak to jest, kiedy najlepiej byłoby wziąć zwolnienie, przestać przychodzić do pracy i skupić się na ważnym temacie w domu, ale trudno to zrobić, bo sprawy w toku, a przecież to ja sama jestem tym sterem, żeglarzem i okrętem w jednym. A jeśli pójdę na zwolnienie, nie mam kogo wystawić na zastępstwo. Myślę, że każda z nas, która pracuje na swoim, zna temat od podszewki.

Kiedy opowiadałam o tym wszystkim mojej przyjaciółce, spojrzała na mnie wielkimi, brązowymi oczami i stwierdziła: – to jest cholernie trudny czas. Ale popatrz, dajesz radę. Nie zatrzymałaś pendolino!

I wtedy pomyślałam, że podzielę się z Tobą pięcioma sprawdzonymi strategiami, które pomagają przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje ci tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć, a nie chcesz zatrzymywać swojego pendolino.

Niektórych strategii nie da się wdrożyć wtedy, kiedy jest kryzys, warto je mieć przećwiczone wcześniej. Dla mnie taką strategią jest mój najlepszy pomysł zeszłego roku – zatrudnienie asystentki. To dzięki niej mogłam spokojnie pojechać na wakacje, a sprawy nie zalegały w mojej skrzynce mailowej, mogłam też zajmować się pracą dwie godziny dziennie wtedy, gdy tego potrzebowałam, aby jeździć po lekarzach, stać w kolejkach, szukać ekipy remontowej, zanurkować pod kocem, kiedy strach łapał mnie za gardło i zajmować się tym, co w nadmiarze przyniosło mi życie.

Decyzja o zatrudnieniu wsparcia wcale nie jest łatwa. Trzeba zainwestować daną kwotę, a nie wiadomo, czy będą zlecenia. Trzeba zainwestować czas. Trzeba znaleźć osobę, której się zaufa. Trzeba ją nauczyć swojego biznesu, a przynajmniej jego części. Do duża inwestycja. Ale wiem jedno – bez tego wsparcia nie przetrwałabym ostatniego kwartału!

Drugą strategią, która pomaga mi w takich chwilach, jest medytowanie. Brzmi głupio, co? Już widzę lekki uśmiech i myśl, że to takie coachingowe gadanie. Ba, sama słyszę, jak mówi to mój wewnętrzny krytyk:-)  Ale myślę, gdyby nie to, że przez dwadzieścia minut dziennie zagłębiałam się w siebie w medytacji, nie dałabym rady przejść przez to wszystko we względnym spokoju. To w medytacji spotykałam mój lęk i napięcie i mogłam je rozluźnić oddechem. To w medytacji rozjaśniało mi się w głowie, co mogę odpuścić, a na czym się skoncentrować. To w medytacji przychodziły mi pomysły, jak zrobić to najprościej.

Jeśli 20 minut wydaje Ci się za długo, podrzucam Ci kilkuminutową praktykę mojej ukochanej autorki, Kelly McGonigal z Uniwersytetu Stanforda. Praktyka ta niemal natychmiast przywraca spokój i przynosi gotowość do podejmowania wyzwań:

Zwolnij rytm swego oddychania i rób 4-6 oddechów na minutę. Niech każdy trwa 10-15 sekund – będzie to pewnie dłużej niż zwykle oddychasz. Spowalnianie rytmu oddechowego pobudza działanie kory przedczołowej i pomaga wyprowadzać ózg i cało ze stresu.

Trzecią strategią jest słowo, które usłyszałam kiedyś w Latającej Szkole i zakochałam się w nim od razu. Tym słowem  jest „osiędbanie”. Na przekór wszystkiemu, co się działo, przy totalnym braku czasu, chodziłam spać stosunkowo wcześnie, szłam na półgodzinny spacer w lesie, choćby nie wiem co i jadłam o stałych porach. Myślę, że dzięki temu ciało dało radę dźwigać to wszystko i miałam dość siły – i na tematy domowe, i na pracę.

Czwarty pomysł, który się sprawdził, to wpisanie w kalendarz wszystkich domowych tematów do ogarnięcia najpierw, a potem zaznaczenie modułów, które mam na pracę. Widząc, ile realnie mam czasu na pracę, wybierałam z listy zawodowych spraw najważniejsze, dzieliłam je na mniejsze zadania i wkładałam w harmonogram. Zawsze przeznaczałam godzinę na delegowanie zadań, które mogły się odbyć beze mnie i sprawdzenie efektów zadań dotychczas zleconych. Dzięki temu moje planowanie trzymało się ziemi, nie obiecywałam gruszek na wierzbie (które trzeba by potem było wyprodukować w nocy), nie miałam do siebie żalu, że czas ucieka mi przez palce i miałam pewność, że nie nie spóźnię się na wizytę u lekarza.

Piąta strategia wiąże się z czymś, w co wierzę z całego serca – dawaniem sobie empatii. Pozwalałam sobie na złość, smutek, lęk i żal podczas regularnych sesji empatii. Dzięki przestrzeni i pełnej akceptacji obecności moich wyszkolonych w dawaniu empatii koleżanek, moje emocje były dobrze zaopiekowane. I nie wychodziły uszami w najmniej odpowiednim momencie.

A Ty? Podzielisz się ze mną tym, co robisz, kiedy grunt pali ci się pod nogami, a biznes prowadzić trzeba?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Początek listopada ma dla mnie szczególne znaczenie.

Kiedy zapalam świece na grobach bliskich, z każdym upływającym rokiem biorę ten gest bardziej do siebie. Pamiętam, że jako dziecko traktowałam spotkania na cmentarzu jako zabawę, świetną okazję do spotkania moich dawno nie widzianych kuzynów. Kiedy byłam starsza, te wyprawy weszły w kategorię zadań do wykonania. Ale tak od przekroczenia czterdziestki coś się zmieniło. W głowie nie mam już tej bezczelnej pewności, że przede mną więcej niż mniej. Choć wiem, że była złudna, jakoś w nią wierzyłam. A teraz? Teraz jest we mnie słodko-gorzka wdzięczność, doprawiona szczyptą lęku – dziękuję, że mogę tu być. Proszę, cicho proszę o jeszcze…

Niemal namacalnie czuję, że czas to największe dobro, które mam.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to jedyne dobro, które mam tak naprawdę. Że każde inne jest w jakiś sposób mu podrzędne. Że nie warto się szarpać, walczyć, rozmieniać na drobne, wykonywać czynności zastępczych, by nie tracić tego daru. Że warto czasem odpuścić.

I to właśnie odpuszczanie nie daje mi ostatnio spokoju.

Rozmawiamy o nim dużo z Izą. Szukamy pewności, jak rozpoznać prawdziwe odpuszczanie, takie wynikające z umiejętności odróżnienia ziarna od plew od tego, który jest zaniechaniem, zmarnowaniem energii, zasobów, poddaniem się, umniejszeniem własnego potencjału. Mamy taką obserwację, że w domu, w życiu prywatnym przychodzi nam to odróżnić jakoś łatwiej. Znamy siebie, wiemy na co w życiu stawiamy, z większą pewnością odróżniamy co dla nas ważne, a co mniej ważne. Z pewnością pomogły nam w tym lata rozwoju osobistego, gdy podczas tak zwanej pracy nad sobą miałyśmy szansę z empatią usłyszeć swoje potrzeby i tęsknoty, zaufać im i pozwolić sobie na nie.

Ale w biznesie wcale nie przychodziło mi to tak łatwo.
Znam dobrze ten stan, kiedy lista zadań do wykonania jest ambitna i długa jak spaghetti. Bo pracuję na zysk, nie odpuszczam sobie. Działam. Jestem solidna i sumienna, więc potrafię się zawziąć i odhaczać po kolei. Ale znam też poczucie braku równowagi, do jakiego takie działanie prowadzi. Wiem, co to znaczy zapracować się niemal na śmierć, a w każdym razie na pewno do momentu, kiedy ciało mówi: dość, dalej nie poniosę; znam ten moment, kiedy rzucam wszystko w diabły i poddaję się, bo jestem tak zmęczona, że już nawet koszty poniesionych nakładów nie są w stanie mnie motywować dalej. Znam go i nie chcę go już do mnie zapraszać.

No i znowu pojawia się pytanie – co mogłam wcześniej odpuścić? Pół biedy, jeśli jakieś podejmowane działania nie przekładały się na zyski. Wiadomo. Ale co zrobić, jeśli jednak się przekładały? Kiedy już, już myślałaś, że ten wysiłek to nie, bo nic nie dał, ale nagle pojawiał się klient, którego właśnie w ten sposób wypracowałaś? Z której aktywności zrezygnować? Mniej siebie dawać w kontakcie, czy może mniej angażować się PR-owo? Odpuścić social media czy wprost przeciwnie, właśnie tam dawać z siebie wszystko, bo wszelkie dane, które masz pokazują, że tam są Twoi klienci?

Postawić na kurs, który nauczy Cię mega wysokiej konwersji sprzedaży i iść dokładnie tym tropem? Czy odpuścić, bo widzisz, że sporo osób już tak robi i możesz zakładać, że siła rażenia będzie coraz mniejsza? Robić swoje i zaufać, że świat odpowie, czy przypominać o sobie światu, bo zapomni? Kiedy nie idzie tak, jak planowałaś, uznać, że odpuszczasz, bo to nie ta strategia, czy zaufać, skupić się na prawie manifestacji i raczej szukać blokad w sobie?

Kiedyś w biznesie mniej ufałam swojej intuicji, chętniej słuchałam innych.

W samym zeszłym roku liczba kursów, które miały mi pomóc rozjaśnić funkcjonowanie w biznesie albo rozwinąć jakieś moje kompetencje przekroczyła 10! Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale miałam w tym temacie ogromne pomieszanie. I zmęczenie. Do tego stopnia, że w czerwcu, wyjeżdżając do Hagi, zawiesiłam działalność. Z opcją, że naprawdę nie mam żadnej pewności, jaką decyzję podejmę, gdy wrócę.

Od mojego powrotu z Hagi minęły dwa miesiące. Zmieniło się sporo – pracuję na część etatu w mojej ukochanej Szkole Trenerów Empatii i znów prowadzę biznes szkoleniowy. Co najważniejsze dla mnie – z większą jasnością, co odpuszczać. Te dwa miesiące odpuszczenia właśnie, okazały się tym, czego potrzebowałam najbardziej. No dobra, a skąd wiedziałam, że odpuszczam, a nie poddaję się?

Zaufałam pytaniom, które moje życie osobiste doprowadziły do dokładnie takiego momentu, w jakim chcę być.

Nie chcę wciskać Ci tutaj kitu, że jest u mnie landrynkowo-różowo, a moje życie wygląda jak na Instagramie. Bo tak nie jest. Zycie jest życiem i przynosi różne momenty – strach o życie posuwających się mocno w latach rodziców, którzy dzwonią, bo gorzej się poczuli, choroby dzieci, zaskakujące w noc z niedzieli na poniedziałek, tarcia w związku, bo każdy z nas ma swoje potrzeby i jeszcze chciałoby się coś razem, tylko te grafiki jakoś stoją na przeszkodzie, kolejną zmarszczkę na czole, słabszy wynik tarczycy… Jednak kiedy uczciwie zadaję sobie codziennie pytania – co czuję i czego potrzebuję, i biorę za moje odpowiedzi odpowiedzialność, jest dobrze.

Czuję się jak statek, który jest wprawdzie łupinką na wzburzonym czasem oceanie, ale i łódkę ratunkowa mam, i o dobry radar zadbałam, i sonaru też mogę użyć jakby co. Ma w porcie zaufanego szkutnika, który pomoże, gdy sama nie daję rady. Sprawdzam stan łódki i na bieżąco naprawiam, gdzie przecieka; mam nawet linę, żeby podpłynąć do tych łódek, które chwilowo zagubiły się gdzieś w morzu i jakby co, dość siły, żeby je wesprzeć.

Skoro zadziałało w życiu, to czemu nie miałoby zadziałać w biznesie?!

Przez dwa miesiące w Hadze zadawałam sobie właśnie te dwa pytania: jak się czuję w kwestii mojego biznesu i czego potrzebuję? Nic więcej. Odpuściłam strategie. Odpuściłam produkty. Odpuściłam zadania. Czując w środku, że odpuszczam, ale nie poddaję się. Choć życie nie dawało żadnej pewności, gdzie te pytania mnie zaprowadzą.

Na ten moment zaprowadziły mnie do miejsca, w którym się wygodnie moszczę. Wiem, ile potrzebuję zarobić i mam jasność, że zarabianie to cel biznesu. (Kilka podpowiedzi, jak to określić, znajdziesz wkrótce na blogu). Wiem, ile potrzebuję czasu na regenerację i kontakt z rodziną. Na bycie przy sobie i pisanie książki. Prowadzą mnie uczucia – jeśli pojawia się frustracja, działam od razu – szukam, czego potrzebuję i sama lub przy wsparciu biznesowych mentorów szukam najlepszych strategii. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy już zyskałam całkowitą jasność co do moich potrzeb w biznesie, rozwiązania zaczęły przychodzić same.

A Ty, jak jest u Ciebie? Ogromnie ciekawią mnie strategie kobiet, które umieją odpuszczać i wiedzą jak to robić. Co jest Twoją nawigacją, która pomaga Ci wiedzieć, że jesteś na właściwej drodze? Że jeśli z czegoś rezygnujesz, to odpuszczasz, a nie marnujesz swój potencjał?

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

Nie wiem, czy ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam Powiśle. Od czasów, kiedy sprowadziłam się do Warszawy (w tym roku świętować będę dwadzieścia lat!) zmieniło się tu bardzo. Pamiętam, że jednak nawet wtedy Powiśle miało to coś i miałam inwestycyjnego nosa:-)

Gdy szukaliśmy naszych czterech kątów, namawiałam mojego męża na mieszkanie w urokliwym, starym domu blisko Wisły. A on, Warszawiak, patrzał na odrapane kamienice i twierdził, że jest tu wilgotno, niebezpiecznie i że wieki miną, zanim cokolwiek się w tej dzielnicy zmieni. Pomylił się, na szczęście:-)

Dzisiaj Powiśle jest modne, eleganckie, pachnące kawą i wegańskim jedzeniem, młode, bo studentów dużo, drogie i jak to mawia moja córka nastolatka, „posh”. Z powodu bycia grzeczną żoną (te dwadzieścia lat temu;-) nie mieszkam tu, niestety, ale lubię ten moment, kiedy na przykład moje włosy bardzo już potrzebują zobaczyć się z moją ukochaną fryzjerką Dorotą i mogę zaplanować sobie powiślańskie pół dnia.

A że właśnie dzisiaj nadszedł TEN DZIEŃ, siedzę nad hipsterską kawą z aeropressu, piszę dla Ciebie post i właśnie skusiłam się na kokosowe ciasteczko… I niczym Proust dzięki swojej magdalence, nagle poczułam się jak w Hadze. Bo Powiśle bardzo mi ją przypomina. Podobny duch. I podobny posmak jakby lżejszego życia. A skoro tak, pomyślałam, to może już czas na podsumowanie tego, czego tam nauczyłam się o pieniądzach?

Długo zbierałam się do tego podsumowania, bo kojarzy mi się ono z nieuniknionym zamknięciem, pożegnaniem haskich dni. Powrotem na dobre tutaj. Bo pewnie dopiero za rok, przy pomyślnych wiatrach,  będę znów pić poranną kawę, patrząc, w jakim nastroju jest dzisiaj morze. Czy pieni się wielkimi bałwanami, czy tylko lekko się marszczy i łagodnie zaprasza do kąpieli. Wieczorami delikatna słoneczna poświata będzie kłaść się na wydmach, niczym na obrazach Mondriana, a ja będę zła, że na zdjęciach tego nie da się uchwycić. I będę z ciekawością obserwować pewnych siebie nienachalnym, nieostentacyjnym bogactwem ludzi i myśleć o tym, czego mogę się od nich nauczyć.

Bo Holandia to dla mnie najlepsza nauczycielka relacji z pieniędzmi, jaką mogłam sobie wymarzyć. Moje serce ma w sobie wdzięczność za wszystkie lekcje, które przyniósł mi mój pobyt w Hadze. I dwiema najbardziej dla mnie żywymi bardzo chcę się nimi z Tobą podzielić:

1. FAJNIE JEST KORZYSTAĆ Z PIENIĘDZY i nie czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta.

Jak to, czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta?! Brzmi dla Ciebie jak kosmos? Ja też myślałam, że tak myślę:-) A jednak pewnego pięknego niedzielnego poranka, spacerując po haskim parku, spotkałam parę starszych państwa, niespiesznie jadących konno alejką. Byli sprawni, zdrowi, wyglądali na bogatych, szczęśliwych i spełnionych, a ja ze zdumieniem złapałam w mojej głowie lekceważącą myśl: no tak, ale co oni wiedzą o prawdziwym życiu? Braku kasy na leki, biedzie, wojnie…

No tak, pewnie wiedzą niewiele. Na pewno mniej niż moje babcie, dziadkowie, a nawet rodzice. Ale czy to, że los ich nie doświadczył (a tak naprawdę skąd o tym wiem?) i że umieją korzystać z dobrego życia i się nim cieszyć, powoduje, że ja jestem lepsza, a oni gorsi, płytsi? Przecież taki właśnie stan jest tym, o czym marzymy dla naszych dzieci, prawda? I wtedy w Hadze całą sobą poczułam, że „miecie” lepiej niż moi rodzice i przeszłe pokolenia nie jest zdradą. Nie jest złe. Że czas z szacunkiem odpłakać to, czego przez lata nie mieliśmy i nauczyć się żyć z tym, co mamy. I że to wcale nie jest takie łatwe. Ale za to bywa przyjemne:-)

2. Pieniądze są DLA LUDZI.

Holandia to bogaty kraj. Bardzo bogaty. Podatki są tu wysokie, zwłaszcza, gdy zarabia się więcej. Ludzie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale dokładnie wiedzą, na co te ich pieniądze są wydawane. Kraj jest bezpieczny, policję można spotkać niemal na każdym rogu. Przyjazną, wspierającą, nie polującą na mandaty. I jednocześnie bardzo konsekwentną. Jeśli wiadomo, że czegoś nie wolno, to nie wolno. Przekroczysz prędkość? Mandat dotrze do twojej skrzynki w ciągu dwóch dni, nie ma bata.

Edukacja – w systemie nastawionym na odrywanie i wzmacnianie zasobów i osobistych talentów dziecka – do 16 roku życia jest bezpłatna (szkoły Montessori również), a pojęcie ”prywatna służba zdrowia” wywoływało kompletne zdziwienie u Holendrów, z którymi rozmawiałam.

Jeśli zarabia się mało, podatki są niskie, a dofinansowania spore. Dzięki temu, nie zarabiając dużo, można godnie żyć. Z pewnością są osoby, które sądzą inaczej, ale sporo ludzi, a którymi rozmawiałam, właśnie tak twierdziło.

Na kolana rzuciła mnie jednak pewna scena, którą na zawsze zapamiętam. Rozgrywała się na molo w Scheveningen (takim naszym Sopocie:-)). Pewnego leniwego popołudnia, w środku tygodnia pod zadaszonym molo stanęła karetka. Dwóch pielęgniarzy wysunęło z niej przenośne łóżko, na którym leżała drobna, wychudzona staruszka, oddychająca z trudem przez rurki połączone z butlą. Pielęgniarze zawieźli łóżko pod ogromne szyby, wychodzące na morze. Starsza pani otwarła oczy. Świat na moment przystanął. Spacerujący po molo ludzie delikatnie omijali łóżko, a pani żegnała się z morzem, pewnie na zawsze. Jak bardzo życzę nam tu, w Polsce, takiego poziomu bezpieczeństwa finansowego, żeby taka sytuacja mogła się zdarzyć. Tak po prostu po ludzku, normalnie.

Pozdrawiam Cię ciepło z Powiśla! I bardzo jestem ciekawa, jakie są Twoje najważniejsze lekcje o pieniądzach i gdzie ich się nauczyłaś. Dasz znać?

I znów ten girl power:-)

I znów ten girl power:-)

Na Haagse Markt można kupić świeżutkie ryby i małże. I 3 mango za 1 Euro. Melona za 50 centów, a awokado za jeszcze mniej. Jakieś dwa – trzy razy taniej niż na mieście. Ręcznie robiony chleb. Kawę ze stewią (to już dużo drożej niż w zwykłym sklepie). Z jednej strony bywa naprawdę tanio, z drugiej całkiem drogo, za to hand-made i cymesik. Pachnie miętą, makrelą i arabskimi perfumami. Zwoje materiałów wabią kolorami niczym kolorowe motyle, ubrania trzepoczą na wietrze, a kawałek dalej – szmelc, mydło i powidło. Niektórzy sprzedawcy przekrzykują się znad swoich stoisk, inni stoją wpatrzeni w dal, ćmiąc ze spokojem swoje fajki.

Nic dziwnego, że szóstka, tramwaj którym można dotrzeć na targ z dworca, bywa przepełniony. A to rzadkość w Hadze, bo i bilety dość drogie, i ścieżki rowerowe tak genialne, że aż grzech nie korzystać. No, ale z wózeczkiem na zakupy, maluchami u boku, dzieckiem przy piersi i pełnymi siatami, rowerem nie da rady – chyba, że jest się zaprawioną w codziennej jeździe Holenderką, wiozącą jedno dziecko na siodełku z przodu i dwójkę w wózeczku przymocowanym z tyłu. Ale na Haagse widać więcej imigrantek.

Siedzę w zatłoczonej szóstce i nagle zdaję sobie sprawę, że w zasadzie są tu same kobiety. No nie 100%, ale panów zdecydowanie dużo mniej. Kobiety w chustach i bez chust, w długich sukniach i w mini, starsze i bardzo młode, z torbami, wózeczkami, plecakami. Rozmawiające ze sobą w różnych językach. Otoczone dziećmi albo z dziećmi na rękach. Matki, żony, opiekunki. W drodze na targ.

Zmęczone maleństwo zasypia w wózku. Dwie kobiety przechodzą dalej, za wózek, żeby usiąść na wolnych miejscach. Pierwsza nie zauważa, że rąbkiem chusty zahacza o dziecko, druga natychmiast ściąga materiał z buzi malucha i delikatnie przesuwa wózek, żeby zrobić tej starszej więcej miejsca. Mama dziecka uśmiecha się przepraszająco, bo mały pojazd toruje przejście, obie kobiety odwzajemniają jej uśmiech – ze zrozumieniem. Przyjaźnie kiwają głowami i zajmują się swoimi sprawami. Obok popłakuje mały chłopczyk, starsza pani przesuwa się na siedzeniu, żeby zrobić mu trochę miejsca. Mały siada, mocno trzymając mamę za rękę. Obie kobiety uśmiechają się do siebie nad jego główką. Przystanek Haagse Markt. Szybko, bez wielkiego halo, kobiety wynoszą wózki, dzieci, wózeczki. Płynnie, tu krok w bok, tam do przodu, tu przepuszczamy wózek, a tam staruszkę. Niczym wielki, wspólny organizm, miękki i sprawczy jednocześnie.

Patrzę na ten kobiecy taniec i w głowie pojawia mi się pytanie. Czy tak wyglądałby świat, gdybyśmy to my, kobiety nim rządziły? Ale nie na męskich zasadach, jak ma to miejsce teraz, tylko tak po naszemu, kobiecemu? Czemu ta nasza kobieca energia nie może się przebić wyżej, poza sprawczość codzienności? Jest miękka, nieagresywna. Ale czy to znaczy, że jest słaba? Patrząc na nasze codzienne zmagania, nie sądzę. Jest skuteczna jak nie wiem co! W dodatku jest kontakcie, w relacji, z uwagą na drugiego człowieka. Ponad podziałami (chusta czy bez chusty) wie, co jest ważne i czemu warto poświęcić uwagę, żeby to, co ma się zadziać, poszło do przodu.

– Mamo, ty znowu o tym girl power – mruczy moja nastoletnia córka, kiedy pytam, czy czuła tę energię w tramwaju. Tak, ja znowu o tym girl power. Bo coraz bardziej czuję, że ten rodzaj energii i współpracy, który zadział się tak po prostu, życiowo, w tym tramwaju, jest tym, czego nasz świat bardzo teraz potrzebuje. Wahadło produktywności ponad wszystko, presji, nacisku wychyliło się według mnie za daleko. Nawet my, kobiety gramy w tę grę i bywa, że jesteśmy dla siebie surowszymi sędziami niż panowie. Nie, nie marzy mi się Seksmisja 2, mam szacunek dla mężczyzn, tak samo jak do kobiet. Ale tęsknię za kobiecą jakością w zajmowaniu się światem. Niech się miesza z męską sprawczością i czyni ten świat bezpieczniejszym, przyjaźniejszym, współpracującym.

Pamiętam badanie Deloitte sprzed kilku lat, które dotyczyło wpływu płci na sposób działania w biznesie. Na podstawie analizy konkretnych zachować menedżerów, kobiet i mężczyzn, wyodrębniono taktyki wpływu i sposoby ich stosowania w relacjach podległych, nadrzędnych i równorzędnych. Mężczyźni najczęściej wybierali taktyki wymuszania i wymiany. Kobiety preferowały perswazyjne sposoby współpracy. Na krótką metę te pierwsze okazywały się bardzo skuteczne, na dłuższą, powodowały odpływ zdolnych pracowników i problemy z motywacją, zwłaszcza w trudniejszych ekonomicznie czasach. Kobiety budowały kapitał zaufania, a dzięki niemu w dłuższej perspektywie czasowej zarządzane przez nie działy/firmy wychodziły z kryzysów w lepszym stanie, a na co dzień cechowało je większe zaangażowanie pracowników i mniejsza rotacyjność, nawet mężczyzn. Nie chcę oceniać, który styl jest lepszy, bo każdy ma swoje plusy i minusy ( wcale nie! Sercem mi oczywiście bliżej do kobiecego;-)), ale wiem na pewno, że  jeśli tylko jeden obowiązuje, równowaga zostaje zachwiana i jest naprawdę mniej efektywnie. Jakiejś jakości zaczyna brakować i czuć to na każdym poziomie, od realizacji po energię pomysłu.

Kiedy myślę o tym, co mogłabym zrobić, aby ta energii znaczyła więcej na co dzień, na ten moment mam kilka pomysłów:

1. zajmujmy się, dziewczyny, kasą. Gdzie jest kasa, jest władza, na razie ten świat jeszcze tak ma. Nie odpuszczajmy tematu kasy w pracy (ciągle na tych samym stanowiskach zarabiamy średnio w Europie ok 20 procent mniej niż mężczyźni), w domu (nawet w sytuacji, jeśli tylko to druga strona zarabia, rozmawiajmy o pieniądzach, miejmy na nie wpływ), w naszych firmach;

2. szanujmy i doceniajmy siebie, to, co wnosimy w świat i w życie, doceniajmy też te wartości u innych kobiet – i mówimy im o tym głośno;

3. szanujmy inne kobiety. Wiele razy słyszałam, że nikt ci nie przyłoży tak, jak druga baba. Ale każda z nas, naprawdę każda z nas, może być tą, która zdecyduje, że nie będzie już grać w tę grę. Obiecałam sobie wiele lat temu, że nie będę łaskotać własnego ego, używając do tego innych kobiet (choć uwierz mi, niektóre same się o to proszą i dużo energii wkładam w to, żeby nie wejść w tę grę). I wiesz co, karma wraca. Od lat pracuję z kobietami i czasami wydaje mi się, że udaje nam się ruszyć ziemską bryłę z posad świata, chociaż o krok, ale taki krok, który potem zamienia się w śnieżną kulę. Rzadko doświadczam wprost zagrywek, za to mam to, czego potrzebuję – zrozumienie, wsparcie, współdziałanie. Mamy moc, nie przemoc.

Nadal jednak nie mam pomysłu, co zrobić, żeby nas, kobiet, było więcej tam, gdzie zapadają decyzje w ważnych dla ludzi sprawach – w polityce, w społeczeństwie obywatelskim. Jak to zrobić, żeby tam być, ale po swojemu. I nie stać się kamieniem rzuconym na szaniec?

Masz pomysł? Podrzuć, proszę.

A jeśli jesteś kobietą, która już tam jest, powiedz, proszę, jak konkretnie mogę Cię wesprzeć? Ja i inne babki?