Małe rzeczy wiele znaczą

Małe rzeczy wiele znaczą

Tytuł tego posta był kiedyś hasłem reklamowym pewnej marki samochodów i tak mi się spodobał, że całkiem na poważnie brałam ten samochód pod uwagę, przymierzając się do zmiany auta:-)

A tak na poważnie…

nie od dzisiaj jestem fanką filozofii kaizen, czyli małych kroków, które, choć nie są rewolucją, dzięki systematyczności mogą przynieść rewolucyjne efekty.

W zeszłym roku zaczęłyśmy Was namawiać do takich małych kroków – w akcji „1 szuflada, 10 zł i pół godziny ruchu” (ciągle możesz dołączyć tu) oraz #jednarzeczdlaziemi.

Chciałabym się z Tobą podzielić tymi małymi krokami, które okazały się najbardziej trwałe i służą – mnie i mojemu portfelowi:-) Może spodobają się i Tobie?

Codzienne główkowanie, połączone z przeglądaniem szuflad pod hasłem „jak tu zadbać o dodatkowe 10 zł” weszło mi w nawyk.

 

Dzięki niemu:

– przestałam namiętnie kupować kolorowe magazyny, nie wydając dychy i jednocześnie dbając o środowisko. Wymieniam się na gazetki z sąsiadką albo wpadam do bliblioteki na poczytanie i wtedy to jest święto. Zdarza mi się robić jakieś notatki z interesujących mnie treści, czego wcześniej nie robiłam, bo wydawało mi się (złudnie), że dane pismo zawsze będę mieć pod ręką. Ogarniania w domu też mniej:-)
– wyprzedałam przeczytane książki, do których nie wracałam i bardzo się z tego cieszę. Zarobiłam ponad 400 zł i zyskałam sporo miejsca w domu;
– przestałam kupować kosmetyki, wprowadzając zasadę – kupuję nowy, gdy skończy się poprzedni. W skali roku zyskałam ok 500 zł. Au!
– w temacie ciuchów i butów nieodmienne trzymam się zasady – nie kupuję ubrań, jeśli nie uważam, że wyglądam w nich jak milion dolarów;-). Szafa zmniejszyła mi się dwukrotnie, rano nie mam problemu, co założyć, bo wybór mnie nie przerasta:-) i raczej wszystko ze sobą gra – to akurat dzięki skorzystaniu z coachingu ubrań, który polecam zwłaszcza, gdy chcesz mieć małą szafę, a nie masz zaufania do własnych wyborów (ja nie miałam zupełnie). Niewydane prawie trzy tysiące w skali roku (dodawałam do siebie kwoty, które bym wydała, kupując rzeczy, na które miałam chęć). Ubocznym, bardzo przyjemnym skutkiem jest łatwość pakowania się w podróże. W wielkości (małości:-) bagażu osiągnęłam mistrzostwo.
– podpatruję koleżanki, których styl mi się podoba, a rozmiarowo dam radę ogarnąć i poprosiłam, aby dawały znać, gdy będą zmieniać szafę – chętnie odkupuję niektóre ciuchy. Obie strony zadowolone, a ja nie musze tak często chodzić po sklepach, czego bardzo, ale to bardzo nie lubię;
– jeśli podoba mi się jakaś rzecz do domu, robię jej zdjęcie. Noszę ze sobą. Jeśli przez dwa dni mi nie przechodzi (zwykle przechodzi), sprawdzam, jak się ma jej zamiennik w domu. Gdy go nadal lubię, odpuszczam. Uznaję, że już czas na zmianę – zmieniam;
– kiedy już kupuję, staram się wybierać rzeczy robione lokalnie – są piękne, niesztampowe i dają mi poczucie wpływu na los lokalnych rzemieślników/sprzedawców;
– zamiast na kawę na mieście zaczęłam z niektórymi osobami umawiać się na spacery. Genialne. i mój cel – pół godziny ruchu (lub bardziej ambitny 10 000 kroków) okazał się całkiem realny. Zainspirowana działaniami pewnej Kasi z Krakowa, która powiedziała mi kiedyś, że kasę, którą wydałaby na kawę, wysyła potrzebującym, umówiłam sie ze sobą na to samo. Nie wypiję kawki – wspieram 10 zł fundacje, które co i rusz przysyłają maile z naprawdę smutnymi historiami ludzi, którzy potrzebują pomocy;
– specjalizuję się w szukaniu strategii na łączenie potrzeby piękna i troski o finanse. Chcę mieć w domu ładnie. Ale nie chcę na to wydawać kroci, przykro mi wyrzucać rzeczy, które mogą jeszcze służyć. Moge je oczywiście oddać innym, ale zanim to robię, stawiam sobie pytanie: czy ta rzecz nie mogłaby jeszcze posłużyć mnie? Ostatnio bardzo drażniły mnie drzwi w moim mieszkaniu. Stare, wyglądały jak z poprzedniej epoki. Ale, kurczę, solidne. Wymieniłam w nich szkło na nowoczesne, mleczne, takie jak w hotelach;-) Drzwi zyskały całkiem nowy sznyt, mój przedpokój również, a cena była kilkanaście razy niższa, niż gdybym wymieniła drzwi;
– znalazłam firmę regenerującą buty. To nie jest tania impreza, ale jeśli buty nie były tanie, warto. I wyglądają jak nowe;
– codziennie zadaję sobie w firmie pytanie, czy zrobiłam dzisiaj coś w kierunku zarobienia pieniędzy. Nie tylko wykonania pracy, ale zarobienia pieniędzy – a to motywuje mnie do dbania o działania marketingowe i myślenia o produktach.

Kiedy podliczyłam pieniądze, które wydałabym, gdybym nie brała udziału w naszej akcji i nie wyczuliła się na nowy sposób myślenia, wyszło mi ponad 10 000 zł (drzwi zrobiłyby swoje:-)

Gdybym dodała zakup nowego samochodu, mogłabym spokojnie pomnożyć tę kwotę kilka razy. Chciałoby się, oj chciało, bo fajne są nowe samochody i fajnie się z nich pokazać… Ale mój Ford dalej jeździ, nic a nic się nie psuje, ubezpieczenie kosztuje mnie trzy razy mniej niż przy nowym. Więc jeździmy dalej razem i składamy na mieszkanie na wynajem:-)

W akcji #jednarzeczdlaziemi sprawdziło się:

– zbieranie pustych opakowań po jedzeniu i kosmetykach. Zbieram je dla koleżanki, która uczy robić własne kremy. Albo oddaję do przedszkola, gdzie zostają zamieniane na rakiety, samochody, ludziki i inne twórcze historie:-)
– chodzę z kubkiem termicznym i własną butelką z filtrem na wodę. Szczególnie ta woda to był strzał w dziesiątkę. Podczas wakacji nie wydałam dzięki niej ok. 150 EURP, a to już całkiem sporo! Nie przyczyniam się też do powstawania gór plastiku, a na jakości wody nie straciłam;
– torby materiałowe (shopperki albo siatki, jak kto woli;-) to żadne halo, podobnie jak noszenie własnej słomki i łyżeczki do lodów. Ale mam frajdę i moja młodsza córcia też;
– gdzie mogę, przyczyniam się do sadzenia drzewa. To fajne:-)
– ciągle układam się z kupowaniem jedzenia w takich ilościach, aby nie wyrzucać. To jeszcze wyzwanie. Na razie widzę, że pomaga planowanie, ale nie mam jeszcze algorytmu we krwi:-)
– negocjuję z młodszą córką decyzje zakupowe. Zamiast małych, plastikowych, kuszących „cośków”, zapisujemy kwotę w notesie i zbieramy na jedną dużą, fajną rzecz. Dobra szkoła dla nas obu;
– kiedy mogę, zamiast jechać samochodem, jadę pociągiem, komunikacją miejską i chodzę. Służy.
Nasze akcje nadal trwają i mam nadzieję, że trwać będą. Mam nadzieję, że za pół roku pojawią się kolejne sprawdzone pomysły. A może podrzucisz jakiś swój??? Będę wdzięczna!
Chcę być bogata!

Chcę być bogata!

Miał dziesięć, może jedenaście lat. Z uwagą, jakiej dawno nie widziałam u nikogo, włączając mnie samą, obserwował centymetrowe przesunięcie nogi młodszego chłopca. Pierwsze, potem drugie, trzecie, kolejne. W zasadzie lepiej byłoby napisać pieeeeerwsze, druuuuugie, trzeeeeeeecie… Starszy mocno trzymał młodszego pod ramieniem, a gdy w końcu dotarli do schodków, na jego buzi pojawił się uśmiech. Tak pełen ciepła i czułości, że aż poczułam się nieswojo, że mimowolnie stałam się świadkiem tej wymiany. Młodszy spojrzał w oczy starszego i odetchnął. Jego zdeformowane ciało lekko się rozluźniło i zaczął wysuwać nogę w kierunku pierwszego stopnia.

 

Rzecz działa się na rozbawionej sztucznej plaży Tropical Islands, gdzie tłumnie ściągają rodziny z dzieciakami, bo blisko, bo baseny genialne, bo zjeżdżalnie po sam dach, ba, nawet balonem polatać można w tym basenowym hangarze. Ludzi z dzieciakami sporo, więc na porządku dziennym są: uderzenia łopatką, walka o wiaderko, mamo chcę lody, mamo, a a ja chcę slushy, on mi zabrał koło, to moje miejsce, dlaczego tak krótko, dlaczego nie mogę pojeździć tym samochodzikiem…
Tamten dziesięciolatek, choć miałby powody do rozżalenia, bo zamiast dobrze się bawić, prowadził w tempie żółwia brata, wokół którego pewnie w 90 procentach koncentruje się życie rodzinne, a dla niego zostaje już niewiele, zaskoczył mnie empatią, od której poczułam w gardle kulkę wzruszenia.
No dobra, a co to ma do pieniędzy, zapytasz może.
Zaskoczyło mnie, że w tamtej chwili analogia do pieniędzy pojawiła się we mnie niemal w sekundę po świadkowaniu tej chwili. W głowie zabrzmiało mi pytanie, czy aby dzielić się z innymi kasą, trzeba najpierw być samemu w czarnej d…? Czy empatia, serce dla innej osoby, dzielenie się, wsparcie, możliwe jest tylko wtedy, gdy samo doświadczyliśmy czegoś trudnego? A gdy nam lekko przychodzi, albo daliśmy radę dla siebie wyszarpać, albo życie zwyczajnie było dla nas łaskawe, a rodzice zaradni i nie musieliśmy znosić zbyt wielu frustracji, to trudno nam wyjść poza schemat mój-moje-dla mnie-dlaczego nie mam?
Słuchając rozmów ludzi o pieniądzach, spotykam się często ze zdaniami: „bogaty biednego nie zrozumie”, „jest bogaty, to skurczysyn”. Bogaty brzmi czasem niemal jak obelga, jak wyrok, że ten ktoś jest pozbawiony ludzkich odczuć. Że na życzliwość i pomoc to możemy liczyć tylko od tych, co sami przeszli przez biedę, a w zasadzie nie przeszli przez nią, tylko ciągle w niej tkwią. Bo jak przejdą, to już im przejdzie również empatia i wspieranie innych. A bogaty to nie pomoże, tylko co najwyżej zainwestuje, gdy widzi w tym jakiś interes.
Trochę tak, jak w zwykłym życiu. Jeśli nie przeczołga człowieka odpowiednio, to nie zatrzyma się, nie spojrzy na innego. Biegnie po swoje i za swoim, a jak kto nie nadąża, to jego broszka. A jak ma problem, to niech idzie do psychologa. A przynajmniej się z tym problemem nie obnosi!
A ja chcę wierzyć w inną opowieść. Śni mi się świat, w którym Ci, którzy mają, doceniają, że mają, a wraz z poziomem posiadania, AUTOMATYCZNIE rośnie u nich poziom świadomości, że skoro mają więcej, mogą więcej, to zwyczajnie więcej mogą z siebie BEZPIECZNIE dać dla świata.
Marzy mi się, aby „mieć więcej” wiązało się z większą odpowiedzialnością za świat, który tworzymy. Więcej możemy – więcej mamy wpływu. Mamy wpływ – tworzymy więcej.
Widzę wokół siebie takie przykłady – na poziomie krajów (jak Dania czy Holandia, w których pobyłam trochę w te wakacje i przyglądałam się systemowym rozwiązanim), na poziomie firm, na poziomie mniejszych biznesów, na poziomie indywidualnym (poruszyło mnie ostatnio, kiedy nowo poznana dziewczyna opowiadała mi, że jedzie na wakacje do Kambodży i od kilku miesięcy kupuje leki i inne artykuły, które wie, że przydadzą się rodzinie, u której się zatrzyma. Albo inna historia, kiedy pewna Kasia (pozdrawiam!!!) opowiedziała mi, że po prostu nie pójdzie na kawę z koleżanką, tylko pójdą na spacer, bo kasę na kawę wpłaciła, aby wesprzeć zbiórkę na chorego dzieciaka).
Chce mi się takiego świata więcej!!! Chcę mieć więcej, żeby móc więcej i mieć większy wpływ na to, jaki świat tworzę dla nas i naszych dzieci. A Ty? Ciekawa jestem, jak to widzisz?
Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Co pomaga przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć?

Zaczęło się w połowie grudnia.

– Niech pani pójdzie na badanie, czuję tu jakieś spore zgrubienie, węzeł chłonny, albo co – powiedziała masażystka, kończąc masaż. Poczułabym lęk, gdyby chodziło o mnie. Ale chodziło o moje dziecko. Poczułam więc panikę. Załatwianie na cito skierowania na badania, specjalistyczny rentgen w przeddzień Wigilii i… czekanie. Czekanie do 4 stycznia, bo święta, bo Nowy Rok, bo wynik idzie do lekarza, a wszyscy na urlopach.

4 stycznia telefon od pani doktor. Zanim go odebrałam, bezwiednie usiadłam. Kiedy skończyłam połączenie, położyłam się na podłodze. Z ulgi.

Początek stycznia. Mój tato kończy 81 lat. Jest niezła imprezka i radość, że wciąż jest z nami. Tylko forma gorsza. Nawet on, twardziel nad twardzielami, musi przyznać, że boli. Boli tak, że czasem trudno wytrzymać. No i znowu – skierowania na badania, specjaliści, diagnostyka. Jest w trakcie, na szczęście przestało boleć.

Połowa stycznia. Lecimy na wyczekane ferie. Co jak co, ale w tym roku należą nam się po tym wszystkim bardziej niż kiedykolwiek! Wprawdzie tylko 7 dni, ale dobre i to. Lanzarote urzeka. Innością, oceanem, małością człowieka wobec natury. Słońcem i zaskakująco jasnymi plażami, odcinającymi się od czarnego tła. Jest bosko. Trzeciego dnia moja młodsza córka zaczyna wymiotować. Wieczorem dołącza do niej starsza. Przez trzy dni walczymy z gorączką, która nie chce zejść poniżej 39 stopni. Wreszcie schodzi. Udaje nam się spędzić ostatni wieczór na plaży – i … lecimy do domu.

W domu – niespodziewana awaria. Musimy przenieść się do mieszkania babci i zacząć szukać ekipy remontowej. Oczywiście na cito.

A to wszystko dzieje się w czasie, kiedy w pracy mam naprawdę dużo. Kalendarz wypełniony szkoleniami tak, jak o tym marzyłam. Pracowałam na niego cały ostatni rok! Praca indywidualna z klientkami – w toku. Iza przygotowuje nowy projekt i czas na dołożenie czegoś ode mnie. Sesja foto. Nagrywanie filmików. Umówione dwa wywiady…

Czuję się jak rozpędzone pendolino, które zaraz trzeba będzie zatrzymać hamulcem ręcznym.

Od piętnastu lat prowadzę firmę, którą założyłam po to, aby pracować, zarabiać i jednocześnie mieć czas zajmować się dziećmi i domem.

Wiem, jak to jest, kiedy najlepiej byłoby wziąć zwolnienie, przestać przychodzić do pracy i skupić się na ważnym temacie w domu, ale trudno to zrobić, bo sprawy w toku, a przecież to ja sama jestem tym sterem, żeglarzem i okrętem w jednym. A jeśli pójdę na zwolnienie, nie mam kogo wystawić na zastępstwo. Myślę, że każda z nas, która pracuje na swoim, zna temat od podszewki.

Kiedy opowiadałam o tym wszystkim mojej przyjaciółce, spojrzała na mnie wielkimi, brązowymi oczami i stwierdziła: – to jest cholernie trudny czas. Ale popatrz, dajesz radę. Nie zatrzymałaś pendolino!

I wtedy pomyślałam, że podzielę się z Tobą pięcioma sprawdzonymi strategiami, które pomagają przetrwać w jednoosobowym biznesie, kiedy życie funduje ci tornado za tornadem i nie wiesz, w co ręce włożyć, a nie chcesz zatrzymywać swojego pendolino.

Niektórych strategii nie da się wdrożyć wtedy, kiedy jest kryzys, warto je mieć przećwiczone wcześniej. Dla mnie taką strategią jest mój najlepszy pomysł zeszłego roku – zatrudnienie asystentki. To dzięki niej mogłam spokojnie pojechać na wakacje, a sprawy nie zalegały w mojej skrzynce mailowej, mogłam też zajmować się pracą dwie godziny dziennie wtedy, gdy tego potrzebowałam, aby jeździć po lekarzach, stać w kolejkach, szukać ekipy remontowej, zanurkować pod kocem, kiedy strach łapał mnie za gardło i zajmować się tym, co w nadmiarze przyniosło mi życie.

Decyzja o zatrudnieniu wsparcia wcale nie jest łatwa. Trzeba zainwestować daną kwotę, a nie wiadomo, czy będą zlecenia. Trzeba zainwestować czas. Trzeba znaleźć osobę, której się zaufa. Trzeba ją nauczyć swojego biznesu, a przynajmniej jego części. Do duża inwestycja. Ale wiem jedno – bez tego wsparcia nie przetrwałabym ostatniego kwartału!

Drugą strategią, która pomaga mi w takich chwilach, jest medytowanie. Brzmi głupio, co? Już widzę lekki uśmiech i myśl, że to takie coachingowe gadanie. Ba, sama słyszę, jak mówi to mój wewnętrzny krytyk:-)  Ale myślę, gdyby nie to, że przez dwadzieścia minut dziennie zagłębiałam się w siebie w medytacji, nie dałabym rady przejść przez to wszystko we względnym spokoju. To w medytacji spotykałam mój lęk i napięcie i mogłam je rozluźnić oddechem. To w medytacji rozjaśniało mi się w głowie, co mogę odpuścić, a na czym się skoncentrować. To w medytacji przychodziły mi pomysły, jak zrobić to najprościej.

Jeśli 20 minut wydaje Ci się za długo, podrzucam Ci kilkuminutową praktykę mojej ukochanej autorki, Kelly McGonigal z Uniwersytetu Stanforda. Praktyka ta niemal natychmiast przywraca spokój i przynosi gotowość do podejmowania wyzwań:

Zwolnij rytm swego oddychania i rób 4-6 oddechów na minutę. Niech każdy trwa 10-15 sekund – będzie to pewnie dłużej niż zwykle oddychasz. Spowalnianie rytmu oddechowego pobudza działanie kory przedczołowej i pomaga wyprowadzać ózg i cało ze stresu.

Trzecią strategią jest słowo, które usłyszałam kiedyś w Latającej Szkole i zakochałam się w nim od razu. Tym słowem  jest „osiędbanie”. Na przekór wszystkiemu, co się działo, przy totalnym braku czasu, chodziłam spać stosunkowo wcześnie, szłam na półgodzinny spacer w lesie, choćby nie wiem co i jadłam o stałych porach. Myślę, że dzięki temu ciało dało radę dźwigać to wszystko i miałam dość siły – i na tematy domowe, i na pracę.

Czwarty pomysł, który się sprawdził, to wpisanie w kalendarz wszystkich domowych tematów do ogarnięcia najpierw, a potem zaznaczenie modułów, które mam na pracę. Widząc, ile realnie mam czasu na pracę, wybierałam z listy zawodowych spraw najważniejsze, dzieliłam je na mniejsze zadania i wkładałam w harmonogram. Zawsze przeznaczałam godzinę na delegowanie zadań, które mogły się odbyć beze mnie i sprawdzenie efektów zadań dotychczas zleconych. Dzięki temu moje planowanie trzymało się ziemi, nie obiecywałam gruszek na wierzbie (które trzeba by potem było wyprodukować w nocy), nie miałam do siebie żalu, że czas ucieka mi przez palce i miałam pewność, że nie nie spóźnię się na wizytę u lekarza.

Piąta strategia wiąże się z czymś, w co wierzę z całego serca – dawaniem sobie empatii. Pozwalałam sobie na złość, smutek, lęk i żal podczas regularnych sesji empatii. Dzięki przestrzeni i pełnej akceptacji obecności moich wyszkolonych w dawaniu empatii koleżanek, moje emocje były dobrze zaopiekowane. I nie wychodziły uszami w najmniej odpowiednim momencie.

A Ty? Podzielisz się ze mną tym, co robisz, kiedy grunt pali ci się pod nogami, a biznes prowadzić trzeba?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Początek listopada ma dla mnie szczególne znaczenie.

Kiedy zapalam świece na grobach bliskich, z każdym upływającym rokiem biorę ten gest bardziej do siebie. Pamiętam, że jako dziecko traktowałam spotkania na cmentarzu jako zabawę, świetną okazję do spotkania moich dawno nie widzianych kuzynów. Kiedy byłam starsza, te wyprawy weszły w kategorię zadań do wykonania. Ale tak od przekroczenia czterdziestki coś się zmieniło. W głowie nie mam już tej bezczelnej pewności, że przede mną więcej niż mniej. Choć wiem, że była złudna, jakoś w nią wierzyłam. A teraz? Teraz jest we mnie słodko-gorzka wdzięczność, doprawiona szczyptą lęku – dziękuję, że mogę tu być. Proszę, cicho proszę o jeszcze…

Niemal namacalnie czuję, że czas to największe dobro, które mam.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to jedyne dobro, które mam tak naprawdę. Że każde inne jest w jakiś sposób mu podrzędne. Że nie warto się szarpać, walczyć, rozmieniać na drobne, wykonywać czynności zastępczych, by nie tracić tego daru. Że warto czasem odpuścić.

I to właśnie odpuszczanie nie daje mi ostatnio spokoju.

Rozmawiamy o nim dużo z Izą. Szukamy pewności, jak rozpoznać prawdziwe odpuszczanie, takie wynikające z umiejętności odróżnienia ziarna od plew od tego, który jest zaniechaniem, zmarnowaniem energii, zasobów, poddaniem się, umniejszeniem własnego potencjału. Mamy taką obserwację, że w domu, w życiu prywatnym przychodzi nam to odróżnić jakoś łatwiej. Znamy siebie, wiemy na co w życiu stawiamy, z większą pewnością odróżniamy co dla nas ważne, a co mniej ważne. Z pewnością pomogły nam w tym lata rozwoju osobistego, gdy podczas tak zwanej pracy nad sobą miałyśmy szansę z empatią usłyszeć swoje potrzeby i tęsknoty, zaufać im i pozwolić sobie na nie.

Ale w biznesie wcale nie przychodziło mi to tak łatwo.
Znam dobrze ten stan, kiedy lista zadań do wykonania jest ambitna i długa jak spaghetti. Bo pracuję na zysk, nie odpuszczam sobie. Działam. Jestem solidna i sumienna, więc potrafię się zawziąć i odhaczać po kolei. Ale znam też poczucie braku równowagi, do jakiego takie działanie prowadzi. Wiem, co to znaczy zapracować się niemal na śmierć, a w każdym razie na pewno do momentu, kiedy ciało mówi: dość, dalej nie poniosę; znam ten moment, kiedy rzucam wszystko w diabły i poddaję się, bo jestem tak zmęczona, że już nawet koszty poniesionych nakładów nie są w stanie mnie motywować dalej. Znam go i nie chcę go już do mnie zapraszać.

No i znowu pojawia się pytanie – co mogłam wcześniej odpuścić? Pół biedy, jeśli jakieś podejmowane działania nie przekładały się na zyski. Wiadomo. Ale co zrobić, jeśli jednak się przekładały? Kiedy już, już myślałaś, że ten wysiłek to nie, bo nic nie dał, ale nagle pojawiał się klient, którego właśnie w ten sposób wypracowałaś? Z której aktywności zrezygnować? Mniej siebie dawać w kontakcie, czy może mniej angażować się PR-owo? Odpuścić social media czy wprost przeciwnie, właśnie tam dawać z siebie wszystko, bo wszelkie dane, które masz pokazują, że tam są Twoi klienci?

Postawić na kurs, który nauczy Cię mega wysokiej konwersji sprzedaży i iść dokładnie tym tropem? Czy odpuścić, bo widzisz, że sporo osób już tak robi i możesz zakładać, że siła rażenia będzie coraz mniejsza? Robić swoje i zaufać, że świat odpowie, czy przypominać o sobie światu, bo zapomni? Kiedy nie idzie tak, jak planowałaś, uznać, że odpuszczasz, bo to nie ta strategia, czy zaufać, skupić się na prawie manifestacji i raczej szukać blokad w sobie?

Kiedyś w biznesie mniej ufałam swojej intuicji, chętniej słuchałam innych.

W samym zeszłym roku liczba kursów, które miały mi pomóc rozjaśnić funkcjonowanie w biznesie albo rozwinąć jakieś moje kompetencje przekroczyła 10! Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale miałam w tym temacie ogromne pomieszanie. I zmęczenie. Do tego stopnia, że w czerwcu, wyjeżdżając do Hagi, zawiesiłam działalność. Z opcją, że naprawdę nie mam żadnej pewności, jaką decyzję podejmę, gdy wrócę.

Od mojego powrotu z Hagi minęły dwa miesiące. Zmieniło się sporo – pracuję na część etatu w mojej ukochanej Szkole Trenerów Empatii i znów prowadzę biznes szkoleniowy. Co najważniejsze dla mnie – z większą jasnością, co odpuszczać. Te dwa miesiące odpuszczenia właśnie, okazały się tym, czego potrzebowałam najbardziej. No dobra, a skąd wiedziałam, że odpuszczam, a nie poddaję się?

Zaufałam pytaniom, które moje życie osobiste doprowadziły do dokładnie takiego momentu, w jakim chcę być.

Nie chcę wciskać Ci tutaj kitu, że jest u mnie landrynkowo-różowo, a moje życie wygląda jak na Instagramie. Bo tak nie jest. Zycie jest życiem i przynosi różne momenty – strach o życie posuwających się mocno w latach rodziców, którzy dzwonią, bo gorzej się poczuli, choroby dzieci, zaskakujące w noc z niedzieli na poniedziałek, tarcia w związku, bo każdy z nas ma swoje potrzeby i jeszcze chciałoby się coś razem, tylko te grafiki jakoś stoją na przeszkodzie, kolejną zmarszczkę na czole, słabszy wynik tarczycy… Jednak kiedy uczciwie zadaję sobie codziennie pytania – co czuję i czego potrzebuję, i biorę za moje odpowiedzi odpowiedzialność, jest dobrze.

Czuję się jak statek, który jest wprawdzie łupinką na wzburzonym czasem oceanie, ale i łódkę ratunkowa mam, i o dobry radar zadbałam, i sonaru też mogę użyć jakby co. Ma w porcie zaufanego szkutnika, który pomoże, gdy sama nie daję rady. Sprawdzam stan łódki i na bieżąco naprawiam, gdzie przecieka; mam nawet linę, żeby podpłynąć do tych łódek, które chwilowo zagubiły się gdzieś w morzu i jakby co, dość siły, żeby je wesprzeć.

Skoro zadziałało w życiu, to czemu nie miałoby zadziałać w biznesie?!

Przez dwa miesiące w Hadze zadawałam sobie właśnie te dwa pytania: jak się czuję w kwestii mojego biznesu i czego potrzebuję? Nic więcej. Odpuściłam strategie. Odpuściłam produkty. Odpuściłam zadania. Czując w środku, że odpuszczam, ale nie poddaję się. Choć życie nie dawało żadnej pewności, gdzie te pytania mnie zaprowadzą.

Na ten moment zaprowadziły mnie do miejsca, w którym się wygodnie moszczę. Wiem, ile potrzebuję zarobić i mam jasność, że zarabianie to cel biznesu. (Kilka podpowiedzi, jak to określić, znajdziesz wkrótce na blogu). Wiem, ile potrzebuję czasu na regenerację i kontakt z rodziną. Na bycie przy sobie i pisanie książki. Prowadzą mnie uczucia – jeśli pojawia się frustracja, działam od razu – szukam, czego potrzebuję i sama lub przy wsparciu biznesowych mentorów szukam najlepszych strategii. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy już zyskałam całkowitą jasność co do moich potrzeb w biznesie, rozwiązania zaczęły przychodzić same.

A Ty, jak jest u Ciebie? Ogromnie ciekawią mnie strategie kobiet, które umieją odpuszczać i wiedzą jak to robić. Co jest Twoją nawigacją, która pomaga Ci wiedzieć, że jesteś na właściwej drodze? Że jeśli z czegoś rezygnujesz, to odpuszczasz, a nie marnujesz swój potencjał?