I znów ten girl power:-)

I znów ten girl power:-)

Na Haagse Markt można kupić świeżutkie ryby i małże. I 3 mango za 1 Euro. Melona za 50 centów, a awokado za jeszcze mniej. Jakieś dwa - trzy razy taniej niż na mieście. Ręcznie robiony chleb. Kawę ze stewią (to już dużo drożej niż w zwykłym sklepie). Z jednej strony bywa naprawdę tanio, z drugiej całkiem drogo, za to hand-made i cymesik. Pachnie miętą, makrelą i arabskimi perfumami. Zwoje materiałów wabią kolorami niczym kolorowe motyle, ubrania trzepoczą na wietrze, a kawałek dalej - szmelc, mydło i powidło. Niektórzy sprzedawcy przekrzykują się znad swoich stoisk, inni stoją wpatrzeni w dal, ćmiąc ze spokojem swoje fajki.

Nic dziwnego, że szóstka, tramwaj którym można dotrzeć na targ z dworca, bywa przepełniony. A to rzadkość w Hadze, bo i bilety dość drogie, i ścieżki rowerowe tak genialne, że aż grzech nie korzystać. No, ale z wózeczkiem na zakupy, maluchami u boku, dzieckiem przy piersi i pełnymi siatami, rowerem nie da rady - chyba, że jest się zaprawioną w codziennej jeździe Holenderką, wiozącą jedno dziecko na siodełku z przodu i dwójkę w wózeczku przymocowanym z tyłu. Ale na Haagse widać więcej imigrantek.

Siedzę w zatłoczonej szóstce i nagle zdaję sobie sprawę, że w zasadzie są tu same kobiety. No nie 100%, ale panów zdecydowanie dużo mniej. Kobiety w chustach i bez chust, w długich sukniach i w mini, starsze i bardzo młode, z torbami, wózeczkami, plecakami. Rozmawiające ze sobą w różnych językach. Otoczone dziećmi albo z dziećmi na rękach. Matki, żony, opiekunki. W drodze na targ.

Zmęczone maleństwo zasypia w wózku. Dwie kobiety przechodzą dalej, za wózek, żeby usiąść na wolnych miejscach. Pierwsza nie zauważa, że rąbkiem chusty zahacza o dziecko, druga natychmiast ściąga materiał z buzi malucha i delikatnie przesuwa wózek, żeby zrobić tej starszej więcej miejsca. Mama dziecka uśmiecha się przepraszająco, bo mały pojazd toruje przejście, obie kobiety odwzajemniają jej uśmiech - ze zrozumieniem. Przyjaźnie kiwają głowami i zajmują się swoimi sprawami. Obok popłakuje mały chłopczyk, starsza pani przesuwa się na siedzeniu, żeby zrobić mu trochę miejsca. Mały siada, mocno trzymając mamę za rękę. Obie kobiety uśmiechają się do siebie nad jego główką. Przystanek Haagse Markt. Szybko, bez wielkiego halo, kobiety wynoszą wózki, dzieci, wózeczki. Płynnie, tu krok w bok, tam do przodu, tu przepuszczamy wózek, a tam staruszkę. Niczym wielki, wspólny organizm, miękki i sprawczy jednocześnie.

Patrzę na ten kobiecy taniec i w głowie pojawia mi się pytanie. Czy tak wyglądałby świat, gdybyśmy to my, kobiety nim rządziły? Ale nie na męskich zasadach, jak ma to miejsce teraz, tylko tak po naszemu, kobiecemu? Czemu ta nasza kobieca energia nie może się przebić wyżej, poza sprawczość codzienności? Jest miękka, nieagresywna. Ale czy to znaczy, że jest słaba? Patrząc na nasze codzienne zmagania, nie sądzę. Jest skuteczna jak nie wiem co! W dodatku jest kontakcie, w relacji, z uwagą na drugiego człowieka. Ponad podziałami (chusta czy bez chusty) wie, co jest ważne i czemu warto poświęcić uwagę, żeby to, co ma się zadziać, poszło do przodu.

- Mamo, ty znowu o tym girl power - mruczy moja nastoletnia córka, kiedy pytam, czy czuła tę energię w tramwaju. Tak, ja znowu o tym girl power. Bo coraz bardziej czuję, że ten rodzaj energii i współpracy, który zadział się tak po prostu, życiowo, w tym tramwaju, jest tym, czego nasz świat bardzo teraz potrzebuje. Wahadło produktywności ponad wszystko, presji, nacisku wychyliło się według mnie za daleko. Nawet my, kobiety gramy w tę grę i bywa, że jesteśmy dla siebie surowszymi sędziami niż panowie. Nie, nie marzy mi się Seksmisja 2, mam szacunek dla mężczyzn, tak samo jak do kobiet. Ale tęsknię za kobiecą jakością w zajmowaniu się światem. Niech się miesza z męską sprawczością i czyni ten świat bezpieczniejszym, przyjaźniejszym, współpracującym.

Pamiętam badanie Deloitte sprzed kilku lat, które dotyczyło wpływu płci na sposób działania w biznesie. Na podstawie analizy konkretnych zachować menedżerów, kobiet i mężczyzn, wyodrębniono taktyki wpływu i sposoby ich stosowania w relacjach podległych, nadrzędnych i równorzędnych. Mężczyźni najczęściej wybierali taktyki wymuszania i wymiany. Kobiety preferowały perswazyjne sposoby współpracy. Na krótką metę te pierwsze okazywały się bardzo skuteczne, na dłuższą, powodowały odpływ zdolnych pracowników i problemy z motywacją, zwłaszcza w trudniejszych ekonomicznie czasach. Kobiety budowały kapitał zaufania, a dzięki niemu w dłuższej perspektywie czasowej zarządzane przez nie działy/firmy wychodziły z kryzysów w lepszym stanie, a na co dzień cechowało je większe zaangażowanie pracowników i mniejsza rotacyjność, nawet mężczyzn. Nie chcę oceniać, który styl jest lepszy, bo każdy ma swoje plusy i minusy ( wcale nie! Sercem mi oczywiście bliżej do kobiecego;-)), ale wiem na pewno, że  jeśli tylko jeden obowiązuje, równowaga zostaje zachwiana i jest naprawdę mniej efektywnie. Jakiejś jakości zaczyna brakować i czuć to na każdym poziomie, od realizacji po energię pomysłu.

Kiedy myślę o tym, co mogłabym zrobić, aby ta energii znaczyła więcej na co dzień, na ten moment mam kilka pomysłów:

1. zajmujmy się, dziewczyny, kasą. Gdzie jest kasa, jest władza, na razie ten świat jeszcze tak ma. Nie odpuszczajmy tematu kasy w pracy (ciągle na tych samym stanowiskach zarabiamy średnio w Europie ok 20 procent mniej niż mężczyźni), w domu (nawet w sytuacji, jeśli tylko to druga strona zarabia, rozmawiajmy o pieniądzach, miejmy na nie wpływ), w naszych firmach;

2. szanujmy i doceniajmy siebie, to, co wnosimy w świat i w życie, doceniajmy też te wartości u innych kobiet - i mówimy im o tym głośno;

3. szanujmy inne kobiety. Wiele razy słyszałam, że nikt ci nie przyłoży tak, jak druga baba. Ale każda z nas, naprawdę każda z nas, może być tą, która zdecyduje, że nie będzie już grać w tę grę. Obiecałam sobie wiele lat temu, że nie będę łaskotać własnego ego, używając do tego innych kobiet (choć uwierz mi, niektóre same się o to proszą i dużo energii wkładam w to, żeby nie wejść w tę grę). I wiesz co, karma wraca. Od lat pracuję z kobietami i czasami wydaje mi się, że udaje nam się ruszyć ziemską bryłę z posad świata, chociaż o krok, ale taki krok, który potem zamienia się w śnieżną kulę. Rzadko doświadczam wprost zagrywek, za to mam to, czego potrzebuję - zrozumienie, wsparcie, współdziałanie. Mamy moc, nie przemoc.

Nadal jednak nie mam pomysłu, co zrobić, żeby nas, kobiet, było więcej tam, gdzie zapadają decyzje w ważnych dla ludzi sprawach - w polityce, w społeczeństwie obywatelskim. Jak to zrobić, żeby tam być, ale po swojemu. I nie stać się kamieniem rzuconym na szaniec?

Masz pomysł? Podrzuć, proszę.

A jeśli jesteś kobietą, która już tam jest, powiedz, proszę, jak konkretnie mogę Cię wesprzeć? Ja i inne babki?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

Jakie masz skojarzenie, kiedy słyszysz Holandia? Otwartość? Tolerancja? Autentyczność ludzi morza, bo przecież na morzu nie ma ściemy? Ja tak mam, więc kiedy życie przyniosło mi możliwość pomieszkania w Królestwie Niderlandów przez dwa miesiące, niemal zapiałam z zachwytu. Dojrzały system polityczny, jeden z pierwszych krajów, który otworzył rynek pracy dla imigrantów tuż po naszym wejściu do Unii, niedawny oddech ulgi po wyborczej klęsce populisty Geerta Wildersa. Będę tu dłużej niż trwają zwykłe wakacje, cieszę się, że posmakuję jak działa komunikacja w takim europejskim wydaniu.

Przed wyjazdem lekki zamęt, ale staram się ogarnąć temat. Kupuję kurs niderlandzkiego, mam marzenie móc zamienić chociaż parę zdań z mieszkańcami w ich języku. Czytam o historii i kulturze. Załatwiam ubezpieczenie. Jeszcze wizyta w banku, chcę mieć na start trochę EURO, bo bywa podobno, że karty nie zawsze są akceptowane.

Jest pięknie. Pogoda dopisuje. Morze cudne. Wybieram się z czteroletnią córką po zakupy. Jak miło mijać sąsiadów, którzy mówią dzień dobry i odwzajemniają uśmiech.

Moja mała przytula Trackera z Psiego Patrolu. Mięknę, bo cena dużo korzystniejsza niż w Polsce. Wyciągam nowiutki banknot 100 Euro. Taki dostałam w banku. Legalnym, w moim kraju, należącym do Unii Europejskiej. Z twarzy ekspedientki znika uśmiech. Sorry, we do not have so much money to give you back. Karty Visa też niestety nie akceptują. Ok. To zrobię najpierw zakupy w spożywczym. Popularna sieciówka. Ludzie płacą gotówką. Ale ja nie mogę. Sorry, we don't have so much money. Uśmiech. Dobra, zapłacę kartą (tym razem udało się), a rozmienię przy okazji zakupów w drogerii. Niestety, też nie mają tyle w kasie. Najwyraźniej trafiająca tam gotówka w trybie natychmiastowym zostaje teleportowana do banku. Ale nie poddaję się. Znajduję w necie najbliższy bank, kolejki nie ma. Niestety, gotówki w kasie też nie. To jednak dość frustrujące, mówię, mam pieniądze z banku i chcę po prostu zrobić zakupy. Sorry, we do not have money here. Z twarzy młodej kobiety nie schodzi profesjonalny uśmiech. Może wymienią pani na dworcu w exchange office?

Nie muszę mieć wszystkiego podstawionego pod nas. Pojadę na ten dworzec, w końcu nie mam grafiku wypełnionego spotkaniami po brzegi. Ale coś mi tu nie pasuje. I czuję się jakoś nieswojo. Mam radar na ściemę w komunikacji i właśnie mi się załączył. A wraz z nim gadzi mózg, podpowiadający rozmaite oceny: dyskryminują mnie, bo jestem Polką? Mają nas za złodziei? Jak takie myśli nakręcają się dalej, można poczytać na forach, gdzie wypowiadają się Polacy, którzy przenieśli się do Holandii na stałe i chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat "prawdziwej" jej twarzy i podziałów na "ich" i "nas". Małe zdarzenie, ale jakby czubek góry lodowej.

Zrobiło mi się smutno. Czy naprawdę nie ma innej drogi niż dobrze nam znany komunikacyjny fundamentalizm albo pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu i autentyczności poprawność polityczna, tak mocno lansowana teraz w Europie? A także, niestety, w Polsce. Przecież ani jedna, ani druga opcja nie zbliży nas do porozumienia. I w Europie, i w Polsce na naszych oczach nasilają się podziały, panoszy się strach, rośnie frustracja, spod spodu wyziera nie wyrażona złość, tracimy to, co udało się wspólnie zbudować. OCZYSZCZAJĄCA, SZCZERA ROZMOWA , W KTÓREJ WSZYSCY ZOSTANĄ WYSŁUCHANI JEST NAM POTRZEBNA BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK.

Że agresja to żadna droga, wiem to na pewno. Oczywiście, jest skuteczna. Potrafi zmienić bieg historii i trwać całe lata, a nawet dekady. Ale jej ceną też jest strach, gniew i frustracja - tyle, że po innej stronie. Dla sumy nie ma to jednak znaczenia. Emocje będą buzować.

Że nieagresywna, ale unikająca trudnych tematów i pozbawiona empatii polityczna poprawność też nie działa - widzimy to na własne oczy. To, co niewyrażone wybucha nagle i ze zdwojoną siłą. W Polsce miliony nieodbytych rozmów z osobami, dla których transformacja nie przyniosła codziennego raju, właśnie teraz palą zgagą. Brak szczerej rozmowy o tym, co trudne, zbudował zasieki, które wydają się nie do przebycia. Rozum nie łapie, jak ludzie mogą popierać to, co wydaje się szaleństwem, ale emocje wiedzą swoje. A one zawsze będą górą!

Marshall Rosenberg, twórca filozofii komunikacji, która zmieniła moje życie, nazywa emocje dziećmi potrzeb. Potrzeb, czyli wartości, sił, które są emanacją naszej ludzkiej życiowej energii. Według Rosenberga potrzeby są uniwersalne, czyli takie same dla wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości, rasy, płci, wieku. Wszyscy potrzebujemy na przykład odpoczynku, snu, pożywienia, bezpieczeństwa, miłości, szacunku, radości, wpływu, sensu. To, co nas różni, to sposoby realizacji tych potrzeb, czyli strategie. Kiedy patrzę na sytuację w naszym kraju przychodzi mi do głowy myśl, że zarówno jedna i druga strona tęskni za bezpieczeństwem, szacunkiem, zrozumieniem, wpływem. Tylko ma na te potrzeby całkowicie odmienne pomysły - strategie. Póki te odmienne pomysły nie zostaną na moment odłożone na bok, a kryjące się pod nimi potrzeby nie zostaną usłyszane i nazwane, będą wrzeć i dawać o sobie znać poprzez uczucia. A te poprzez nieracjonalne decyzje i wybory. Dopóki dyskusja będzie się odbywać na poziomie pomysłów, nie wyjdzie poza kłótnie, oceny, próby sił i wybuchy uczuć.  Bo uczucia są barometrem spełnienia (bądź nie) ludzkich potrzeb. Jeśli potrzeby są spełnione, pojawiają się uczucia przyjemne w odczuwaniu, takie jak radość, spokój, zachwyt. Jeśli potrzeby są niespełnione, pojawiają się uczucia mniej przyjemne - smutek, złość, bezradność. A że mało kto umie się z takimi trudnymi uczuciami obchodzić, słowa stają się jak granaty, ranią, kaleczą. I koło się po raz kolejny zamyka, bo i potrzeby pozostają niespełnione, i pojawiają się kolejne - urodzone w wyniku raniącej komunikacji.

Gdy myślę o tym, co dzisiaj dzieje się w polskiej polityce, chcę wierzyć, że jest dla nas jeszcze szansa. Jestem w Holandii, rozglądam się wokół, szukając inspiracji. Jest w holenderskiej polityce zwyczaj, który nazywa się POLDERMODEL. Nie do końca wiadomo, kto wymyślił to określenie, ale czuć jego wpływ, a znaczy mniej więcej "współpraca mimo różnic". Jedna z interpretacji mówi, że polder w języku niderlandzkim oznacza kawałek ziemi poniżej poziomu morza, wydarty wodzie. Poldery są centralnymi elementami holenderskiego systemu zarządzania wodą, który, jeśli każdy z nich nie będzie dobrze zarządzany - z osobna i w całym systemie, zamieni się w bagno. Utrzymanie systemu 30 000 polderów i skomplikowanej sieci kanalizacji jest możliwe tylko dzięki współpracy. Musiała mieć ona miejsce nawet wtedy, gdy różne miasta w tym samym poderze pozostawały ze sobą w konflikcie czy stanie wojny (co często miało miejsce np. w średniowieczu). Inaczej - wiadomo, wszyscy skończą w bagnie. Czy to by dla nas mogła być droga? Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, na początek skupić się na tym, co łączy, co jest ważne i co powinno funkcjonować sprawnie, dla dobra wszystkich? Zaczynając od rozbitej opozycji, która dzięki skupieniu się na współpracy mimo różnic, mogłaby stać się równorzędnym partnerem w dialogu ze stroną rządzącą. Równorzędnym, czyli takim, którego bardziej trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się nie chce.

Czy każda z nas może taką jakość wnieść w otaczającą nas rzeczywistość? Wierzę, że tak. Ze swej strony wymyśliłam dla siebie kilka strategii:

1. staram się nie dokładać do pieca emocji kolejnych raniących słów - na przykład nie hejtuję w Internecie. I nie jest to wynik wewnętrznej emigracji, tylko świadoma decyzja, że mój hejt to kolejne drewno w tym wrzącym piecu, który w dodatku niczego nie zmieni;

2. staram się mówić o tym, czego potrzebuję i o tym, co mi się nie podoba, trzymając się faktów, nie ocen;

3. staram się patrzeć na to, co mówi i robi druga strona i próbować zrozumieć kryjące się pod spodem potrzeby. Nie jest to dla mnie jednoznaczne ze zgodą, aprobatą dla tego, co się dzieje, po prostu chcę to lepiej rozumieć;

4. jestem w kontakcie z moimi uczuciami i opiekuję się nimi;

5. opłakuję moje niespełnione potrzeby w związku z tym, co się dzieje i szukam własnych sposób za ich realizację. Nie zostawiam moich potrzeb "im" - po żadnej stronie. Bo "oni" są poza obszarem mojego wpływu. Działam, najskuteczniej jak potrafię, w obszarach, gdzie mam wpływ. Jeśli moja strategia na daną potrzebę nie rani innych, a wzbogaca mnie - idę w nią.

6. szukam wspólnoty w moim stadzie. Dołączam do akcji, gdzie ono jest i sprawdzam, czy mogę wesprzeć bardziej systemowo;

7. jeśli mam szansę na bezpośredni kontakt z osobą "po drugiej stronie", staram się w rozmowie pokazywać to, co nas łączy, szukać wartości i sprowadzać rozmowę do tego poziomu;

8. jeszcze bardziej uważnie sprawdzam, na co głosuję moimi pieniędzmi. To dla mnie temat na osobny post:-)

A Ty? Jestem bardzo ciekawa Twoich sposobów reagowania na to, co się dzieje wokół - każda inspiracja od ciebie będzie dla mnie prezentem

Vrede znaczy spokój

Vrede znaczy spokój

Siedzę właśnie w nadmorskiej kafejce. Widok ze stolika wart milion dolarów, kawa kosztuje dwa euro. Dumam nad siłą nabywczą Polaków a siłą nabywczą Holendrów, z zarobkami kilkukrotnie wyższymi niż nasze i kawą tańszą niż w naszej stolicy. W powietrzu czuć bryzę i zapach pieniędzy. Jedno niesie ze sobą jakąś ożywczą obietnicę, drugie spokój.

Spokój. Pisze się go tutaj "vrede", co trochę śmieszy mojego wewnętrznego diablika, bo Holendrzy nie mają najlepszego PR-u wśród mieszkających tu Polaków, którzy ostrzegają mnie, że dla nas bywają wredni. Ale "vrede" wymawia się tu "frejde" - a to już kojarzy mi się z frajdą, radością, czymś fajnym. I rzeczywiście, nawet ci, którzy przyjechali i pracują na czarno, zarabiają najniższe stawki, niewiele rozumieją i w kontaktach nie jest im łatwo, mówią, że czują się tu spokojnie. "Poziom zero tu i poziom zero u nas to są zupełnie inne poziomy, proszę pani", opowiada mi spotkany na molo chłopak. "Z korzyścią dla tego tu. Mieszkam z dziewczyną, żyjemy jak ludzie, nawet do knajpy dość często idziemy", zamyśla się na chwilę. "Tylko wie pani, ich to te pieniądze psują. Jeśli tu ktoś pani pomoże, to raczej obcokrajowiec, jak my. Bo oni jak mogą, to nas wykorzystują, a płacić nie lubią, oj bardzo nie lubią. Tacy bogaci, a skąpi strasznie. Dla siebie też. Tu wszystkim rządzi kasa"...

Dwie strony tego samego medalu, pomyślałam. Kiedy nie ma kasy, nie da się o niej nie myśleć. Ale kiedy wydaje się, że od niej wszystko zależy, nieważne, ile się ma - też ciąży i ogranicza. Mayuri Onerheim, dyplomowana finansistka i mentorka duchowa, napisała w swojej książce "Pieniądze - duchowość - świadomość. Jak poznać i zrozumieć swoje osobiste relacje z pieniędzmi": "Nie możemy być naprawdę wolni, jeśli nasz stosunek do pieniędzy nie jest oparty na prawdzie, uczciwości i odpowiedzialności". I właśnie tutaj, w bogatej Holandii, mój ukochany cytat wrócił do mnie z pełną mocą.

A wraz z nim pytania Onerheim, które kilka lat temu zwiększyły moją świadomość na temat moich własnych relacji z pieniędzmi w codziennym życiu i, co mnie zaskoczyło, dały mi niezłego kopa do poznania siebie i ograniczeń, które sama na siebie nałożyłam - w aspekcie dużo szerszym niż same pieniądze.  Ta świadomość przełożyła się u mnie na poczucie wewnętrznej wolności, dzięki której pieniądze nie są już dla mnie miarą sukcesu czy wartości, ani środkiem do zdobycia uznania czy akceptacji, za to stały się dla mnie narzędziem pomagającym mi wyrażać siebie, moje potrzeby i to, co chcę wnosić do świata. I za to je kocham. Chętnie o nich rozmawiam. Troszczę się o nie. Potrafię zawalczyć jak lwica. Potrafię odpuścić. Interesuję się nimi. Oddaję im należne miejsce w moim życiu, a dzięki temu one przestały być stroną w wewnętrznym konflikcie mieć czy być.

Jakie to pytania? Zanim Ci je zadam, opowiem Ci jeszcze jedną holenderską historię. Wyjeżdżając do Hagi nie pomyślałam o tym, żeby książkę Onerheim zabrać ze sobą. I kiedy ten post zaczął mi chodzić w głowie, pomyślałam, że będę musiała go wpisać na listę pomysłów powakacyjnych, bo  cytaty trudno pisać z pamięci:-) Ponieważ jednak podobno nie ma przypadków, los zetknął mnie właśnie tutaj z Kasią właścicielką Wydawnictwa Świadome Życie, która przyniosła ze sobą na nasze spotkanie... książkę Onerheim.

Pamiętasz, "nie możemy być naprawdę wolni, jeśli nasz stosunek do pieniędzy nie jest oparty na prawdzie, uczciwości i odpowiedzialności". Jeśli i w Tobie ta myśl też gra, poświęć trochę czasu w wakacje na znalezienie swoich odpowiedzi na poniższe pytania. Uwielbiam je za to, że uświadomiły mi z całą mocą, że relacje z pieniędzmi to nie tylko rozkminy, ale i działanie.

1. Ile czasu, procentowo, poświęcasz codziennie pośrednio lub bezpośrednio pieniądzom, w takiej czy innej postaci?

2. Czy zdajesz sobie sprawę, w jakim stopniu doświadczenia związane z okresu dzieciństwa wpływają na twoje obecne decyzje finansowe?

3. Czy doświadczasz strachu i poczucia niedostatku w obszarach twojego życia związanych z pieniędzmi?

4. Czy wierzysz, że pieniądze wnoszą w twoje życie coś naprawdę wartościowego?

5. Jaki związek ma miłość z pieniędzmi?

6. Jaka jest twoja ogólna wiedza o finansach i o tym, jak zarządzać pieniędzmi?

Pozdrawiam Cię ciepło!

P.S. Podaję link do księgarni Kasi na wypadek, gdybyś chciała mieć tę książkę w swojej biblioteczce. Kupiłam ją dobrych parę lat temu i nie jestem pewna, czy łatwo będzie ją znaleźć w księgarni stacjonarnej.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Na ostatnim spotkaniu mojego ulubionego kobiecego biznesowego kręgu wywołała się spora dyskusja. O tym, czy to niedobrze zostać w domu i poświęcić się dzieciom, bo wypada się z gry. O tym, że może wcale nie źle, no bo przecież dobro dzieci. O tym, że jak postawi się na jedno, to umyka drugie, a jak na drugie, to cierpi pierwsze. Albo jak to sobie poustawiałyśmy, żeby jednak nie umknęło, chociaż było ciężko. Najpierw wciągnęłam się w rozmowę. A potem przyszła myśl: dziewczyny, po co my to sobie robimy?

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.

Po co tak chętnie i łatwo krytykujemy swoje wybory z kiedyś i obwiniamy siebie za brak owoców teraz? Żeby nie było - sama jestem w tym całkiem niezła. Do dzisiaj supeł mi się robi na żołądku, kiedy przypominam sobie, że gdybym te parę lat temu docisnęła mojego męża w sprawie kupna pewnego domu w Łomiankach, zwrot z inwestycji byłby siedmiokrotny. Ale nie docisnęłam i nie ma. A choć spotkanie, o którym opowiedziałam Ci na początku odbyło się już jakiś czas temu, ciągle pamiętam żal i niepokój dziewczyny, która podzieliła się z innymi opowieścią, że, o zgrozo, została w domu i o zgrozo, zakopała się. A ja pluję sobie w brodę, że, zamiast szukać jasnej strony w tamtym, nie zapytałam jej po prostu - posłuchaj, a jakie to ma znaczenie dla Ciebie TERAZ?

Czego TERAZ  potrzebujesz?

Na to, co już się wydarzyło, nie masz już wpływu. Prawda jasna jak słońce, a jednak gmeramy w tej przeszłości, ile wlezie. Ile tam łez, skurczów żołądka, wyrzutów sumienia. Mogłam była, powinnam była, trzeba było... Kurczę, już ponad dwa tysiące lat temu moja ulubiona szkoła filozoficzna, stoicy, nauczali, że jeśli coś pozostaje poza obszarem twojego wpływu, daruj to sobie. Bo inwestowana tam energia nie ma szans na zwrot. Lepiej zainwestować ją tam, gdzie ten wpływ masz. Czyli w TERAZ. Czy dokładanie sobie, że wtedy zrobiłaś to czy tamto cokolwiek zmieni? Czy czujesz, że karmi Cię energią do życia? Nie? To może warto sobie odpuścić? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Pamiętasz to zdanie z dziecięcej wyliczanki?

Opłacz i działaj.

No dobra, powiesz. Ale to wcale nie jest takie łatwe. Nie chcę zamiatać pod dywan. Moja ukochana filozofia życiowa - Porozumienie bez Przemocy ma na takie okazje sprawdzoną podpowiedź. Bo skoro, choć przeszłość pozostaje poza obszarem naszego wpływu, tak chętnie się w niej biczujemy, musi jednak być w nas coś, co nie całkiem wtedy umarło. I woła rozpaczliwie, jak spod ziemi.

Tym czymś są nasze niespełnione potrzeby. Potrzeby w rozumieniu Porozumienia bez Przemocy to naturalny motor wszystkich ludzkich działań, życiowa energia, która chce się zadziać. Są uniwersalne, niezależne od wieku, płci, miejsca zamieszkania, stanu konta. Różnią się tym, że albo mamy je w danym momencie zaspokojone, albo nie. I tym, że na spełnienie wybieramy różne sposoby działania, czyli różne strategie. Czasem na warsztatach słyszę, jak dziewczyny mówią - potrzebuję pieniędzy. OK. A po co? Pomysłem na jaką potrzebę są dla ciebie pieniądze? Bezpieczeństwo? Uznanie? Akceptację? Wpływ? Kiedy udaje nam się dotrzeć do tej potrzeby, okazuje się często, że nie tylko pieniądze są sposobem na jej nakarmienie. A gdy przestaje być głodna, zajmowanie się pieniędzmi przychodzi dużo łatwiej.

Za naszymi wyborami kryją się różne potrzeby - te spełnione i te niespełnione, myślę, że jeśli nasz wybór po latach ciągle nam dokucza, to w grę wchodzą te drugie. Kiedy przypominam sobie niedoszłą inwestycję w Łomiankach, zgaduję, że potrzeby, jakie udało mi się wtedy spełnić to był na pewno spokój (także w domu), ale też bezpieczeństwo, wolność i lekkość (bo jednak bez kawałka kredytu by się nie obyło). A niespełnione? Ha, również bezpieczeństwo (które po czasie ta inwestycja by przyniosła), sprawczość, rozwój, zaufanie do siebie. Sporo tego! Nic dziwnego, że ciągle mnie podgryzają. I co z tym fantem teraz zrobić? Porozumienie bez Przemocy podpowiada, że takie niespełnione potrzeby warto nazwać i uszanować, opłakać. To trochę jak żałoba po czymś, co nieodwracalne. A potem, po opłakaniu, zastanowić się, czy ta potrzeba we mnie jest nadal TERAZ żywa. Jest? No to co mogę TERAZ zrobić, żeby ją spełnić?

Dobre z przeszłości

Zauważyłaś, że jeśli chodzi o sukcesy, to jakoś szybciej przechodzimy nad nimi do porządku dziennego? Nie znam zbyt wielu osób, które z taką samą uwagą rozkładają na czynniki pierwsze składowe swojego sukcesu sprzedażowego sprzed dwóch lat. Za to porażkę i owszem. A gdy tak, dla równowagi, kiedy zaczynają nas targać demony z przeszłości, pozwolić sobie także na przywołanie przeszłych aniołów? Tych wszystkich razów, kiedy zrobiłaś, osiągnęłaś, udało się? Świętowanie potrzeb, które wtedy spełniłaś dodaje nowej energii do działania, sprawdziłam to na sobie wielokrotnie. Ba, to działa nawet wtedy, gdy nie wyszło. Bo jeśli udaje mi się dotrzeć do tego, jakie potrzeby spełniłam w sytuacji, w której podjęłam jakąś decyzję, a teraz ją podważam, zyskuję nowy ogląd na sprawę. Kiedy myślę teraz o mojej niedoszłej inwestycji, widzę, że w tamtym czasie spokój w moim związku był naprawdę potrzebny. Tym bardziej szkoda sobie teraz tę decyzję wyrzucać! I chyba nie przypadkiem trafiłam dzisiaj na Fejsie na cytat Berta Hellingera: "wszystko dobre, co ma się zdarzyć, zdąży się zdarzyć".

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Wtorek. Jakaś 20:00. Stoję w ogonku na poczcie w hipermarkecie. Spieszę się na urodziny przyjaciółki, moja mama, która została z małą Alą, powinna być w domu około dziesiątej. Każda minuta po prostu boli, krew mnie zalewa ze złości. Ale muszę wysłać ten list i to z dzisiejszą datą! Za mną stoi mama z chłopczykiem, na oko dwuletnim.

Mały biega. Dopada do pocztowej lady. Zrzuca na dół pojemnik z karteczkami na polecony. Piszczy. Mama usiłuje wypisać kwitek na polecony. - Niech pani coś z nim zrobi! Dziecko nie może tak się zachowywać - podnosi głos jakaś pani w kolejce. W zasadzie miałabym ochotę dołączyć do kolejkowego pomruku aprobaty. Jest po 20:00. To dziecko powinno już spać. W dodatku kaszle. Wiadomo, że jak dziecko chore i śpiące, to ciężko upilnować. No i biedne takie w tej kolejce. A ona jeszcze zaczyna na niego krzyczeć. Sama nie ogarnęła, a teraz na dziecko wrzeszczy. A krzyk to przemoc!

Wszystko prawda. Mój krytyk ma rację. Tak nie powinno być. Tylko, kurczę, CO Z TEGO? Czy moja racja coś tutaj doda? Wzbogaci jakoś świat tej kobiety? Raczej wątpię.

- Może zajmę pani kolejkę, a pani podejdzie z małym tam obok; tam jest taki jakby plac zabaw? Łatwiej go będzie zająć. Patrząc na to, jak idzie, to dziesięć minut macie na pewno - mówię. Kobieta patrzy na mnie zaskoczona. - No wiem, on kaszle. Ale może pojeździmy wózkiem dookoła - mówi z ulgą. - Wózio! Wózio! - mały, nie czekając, biegnie w stronę sklepowych wózków - samochodzików. Przyjemna cisza...

Nie wiem, czemu ta kobieta zabrała wieczorem chore dziecko do supermarketu. Nie wiem, czy to kwestia złej organizacji, czy noża na gardle. Ale stojąc w tej kolejce, zdałam sobie sprawę, że mam to w nosie. Że czuję się jak milion dolarów, bo niewiele zrobiłam, a mam wrażenie, że wniosłam w czyjeś życie coś fajnego. Ba, w dwa życia nawet. I jeszcze w moje. I że to uczucie jest bezcenne. 

Nie lubię podziału na bogactwo duchowe i materialne. Nie lubię myśli, że jedno jest lepsze czy szlachetniejsze od drugiego. Za to uwielbiam te momenty, kiedy dzielenie się tym, co akurat mam, mnoży zasoby. Bez wysiłku, napinki, poświęcania się. I dlatego, chociaż ta historia wprost o pieniądzach nie jest, chciałam Ci  ją dzisiaj opowiedzieć.