Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Wyluzuj. Dziś jest pierwszy dzień.

Na ostatnim spotkaniu mojego ulubionego kobiecego biznesowego kręgu wywołała się spora dyskusja. O tym, czy to niedobrze zostać w domu i poświęcić się dzieciom, bo wypada się z gry. O tym, że może wcale nie źle, no bo przecież dobro dzieci. O tym, że jak postawi się na jedno, to umyka drugie, a jak na drugie, to cierpi pierwsze. Albo jak to sobie poustawiałyśmy, żeby jednak nie umknęło, chociaż było ciężko. Najpierw wciągnęłam się w rozmowę. A potem przyszła myśl: dziewczyny, po co my to sobie robimy?

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.

Po co tak chętnie i łatwo krytykujemy swoje wybory z kiedyś i obwiniamy siebie za brak owoców teraz? Żeby nie było - sama jestem w tym całkiem niezła. Do dzisiaj supeł mi się robi na żołądku, kiedy przypominam sobie, że gdybym te parę lat temu docisnęła mojego męża w sprawie kupna pewnego domu w Łomiankach, zwrot z inwestycji byłby siedmiokrotny. Ale nie docisnęłam i nie ma. A choć spotkanie, o którym opowiedziałam Ci na początku odbyło się już jakiś czas temu, ciągle pamiętam żal i niepokój dziewczyny, która podzieliła się z innymi opowieścią, że, o zgrozo, została w domu i o zgrozo, zakopała się. A ja pluję sobie w brodę, że, zamiast szukać jasnej strony w tamtym, nie zapytałam jej po prostu - posłuchaj, a jakie to ma znaczenie dla Ciebie TERAZ?

Czego TERAZ  potrzebujesz?

Na to, co już się wydarzyło, nie masz już wpływu. Prawda jasna jak słońce, a jednak gmeramy w tej przeszłości, ile wlezie. Ile tam łez, skurczów żołądka, wyrzutów sumienia. Mogłam była, powinnam była, trzeba było... Kurczę, już ponad dwa tysiące lat temu moja ulubiona szkoła filozoficzna, stoicy, nauczali, że jeśli coś pozostaje poza obszarem twojego wpływu, daruj to sobie. Bo inwestowana tam energia nie ma szans na zwrot. Lepiej zainwestować ją tam, gdzie ten wpływ masz. Czyli w TERAZ. Czy dokładanie sobie, że wtedy zrobiłaś to czy tamto cokolwiek zmieni? Czy czujesz, że karmi Cię energią do życia? Nie? To może warto sobie odpuścić? Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Pamiętasz to zdanie z dziecięcej wyliczanki?

Opłacz i działaj.

No dobra, powiesz. Ale to wcale nie jest takie łatwe. Nie chcę zamiatać pod dywan. Moja ukochana filozofia życiowa - Porozumienie bez Przemocy ma na takie okazje sprawdzoną podpowiedź. Bo skoro, choć przeszłość pozostaje poza obszarem naszego wpływu, tak chętnie się w niej biczujemy, musi jednak być w nas coś, co nie całkiem wtedy umarło. I woła rozpaczliwie, jak spod ziemi.

Tym czymś są nasze niespełnione potrzeby. Potrzeby w rozumieniu Porozumienia bez Przemocy to naturalny motor wszystkich ludzkich działań, życiowa energia, która chce się zadziać. Są uniwersalne, niezależne od wieku, płci, miejsca zamieszkania, stanu konta. Różnią się tym, że albo mamy je w danym momencie zaspokojone, albo nie. I tym, że na spełnienie wybieramy różne sposoby działania, czyli różne strategie. Czasem na warsztatach słyszę, jak dziewczyny mówią - potrzebuję pieniędzy. OK. A po co? Pomysłem na jaką potrzebę są dla ciebie pieniądze? Bezpieczeństwo? Uznanie? Akceptację? Wpływ? Kiedy udaje nam się dotrzeć do tej potrzeby, okazuje się często, że nie tylko pieniądze są sposobem na jej nakarmienie. A gdy przestaje być głodna, zajmowanie się pieniędzmi przychodzi dużo łatwiej.

Za naszymi wyborami kryją się różne potrzeby - te spełnione i te niespełnione, myślę, że jeśli nasz wybór po latach ciągle nam dokucza, to w grę wchodzą te drugie. Kiedy przypominam sobie niedoszłą inwestycję w Łomiankach, zgaduję, że potrzeby, jakie udało mi się wtedy spełnić to był na pewno spokój (także w domu), ale też bezpieczeństwo, wolność i lekkość (bo jednak bez kawałka kredytu by się nie obyło). A niespełnione? Ha, również bezpieczeństwo (które po czasie ta inwestycja by przyniosła), sprawczość, rozwój, zaufanie do siebie. Sporo tego! Nic dziwnego, że ciągle mnie podgryzają. I co z tym fantem teraz zrobić? Porozumienie bez Przemocy podpowiada, że takie niespełnione potrzeby warto nazwać i uszanować, opłakać. To trochę jak żałoba po czymś, co nieodwracalne. A potem, po opłakaniu, zastanowić się, czy ta potrzeba we mnie jest nadal TERAZ żywa. Jest? No to co mogę TERAZ zrobić, żeby ją spełnić?

Dobre z przeszłości

Zauważyłaś, że jeśli chodzi o sukcesy, to jakoś szybciej przechodzimy nad nimi do porządku dziennego? Nie znam zbyt wielu osób, które z taką samą uwagą rozkładają na czynniki pierwsze składowe swojego sukcesu sprzedażowego sprzed dwóch lat. Za to porażkę i owszem. A gdy tak, dla równowagi, kiedy zaczynają nas targać demony z przeszłości, pozwolić sobie także na przywołanie przeszłych aniołów? Tych wszystkich razów, kiedy zrobiłaś, osiągnęłaś, udało się? Świętowanie potrzeb, które wtedy spełniłaś dodaje nowej energii do działania, sprawdziłam to na sobie wielokrotnie. Ba, to działa nawet wtedy, gdy nie wyszło. Bo jeśli udaje mi się dotrzeć do tego, jakie potrzeby spełniłam w sytuacji, w której podjęłam jakąś decyzję, a teraz ją podważam, zyskuję nowy ogląd na sprawę. Kiedy myślę teraz o mojej niedoszłej inwestycji, widzę, że w tamtym czasie spokój w moim związku był naprawdę potrzebny. Tym bardziej szkoda sobie teraz tę decyzję wyrzucać! I chyba nie przypadkiem trafiłam dzisiaj na Fejsie na cytat Berta Hellingera: "wszystko dobre, co ma się zdarzyć, zdąży się zdarzyć".

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Jak w pięć minut poczułam się jak milion dolców:-)

Wtorek. Jakaś 20:00. Stoję w ogonku na poczcie w hipermarkecie. Spieszę się na urodziny przyjaciółki, moja mama, która została z małą Alą, powinna być w domu około dziesiątej. Każda minuta po prostu boli, krew mnie zalewa ze złości. Ale muszę wysłać ten list i to z dzisiejszą datą! Za mną stoi mama z chłopczykiem, na oko dwuletnim.

Mały biega. Dopada do pocztowej lady. Zrzuca na dół pojemnik z karteczkami na polecony. Piszczy. Mama usiłuje wypisać kwitek na polecony. - Niech pani coś z nim zrobi! Dziecko nie może tak się zachowywać - podnosi głos jakaś pani w kolejce. W zasadzie miałabym ochotę dołączyć do kolejkowego pomruku aprobaty. Jest po 20:00. To dziecko powinno już spać. W dodatku kaszle. Wiadomo, że jak dziecko chore i śpiące, to ciężko upilnować. No i biedne takie w tej kolejce. A ona jeszcze zaczyna na niego krzyczeć. Sama nie ogarnęła, a teraz na dziecko wrzeszczy. A krzyk to przemoc!

Wszystko prawda. Mój krytyk ma rację. Tak nie powinno być. Tylko, kurczę, CO Z TEGO? Czy moja racja coś tutaj doda? Wzbogaci jakoś świat tej kobiety? Raczej wątpię.

- Może zajmę pani kolejkę, a pani podejdzie z małym tam obok; tam jest taki jakby plac zabaw? Łatwiej go będzie zająć. Patrząc na to, jak idzie, to dziesięć minut macie na pewno - mówię. Kobieta patrzy na mnie zaskoczona. - No wiem, on kaszle. Ale może pojeździmy wózkiem dookoła - mówi z ulgą. - Wózio! Wózio! - mały, nie czekając, biegnie w stronę sklepowych wózków - samochodzików. Przyjemna cisza...

Nie wiem, czemu ta kobieta zabrała wieczorem chore dziecko do supermarketu. Nie wiem, czy to kwestia złej organizacji, czy noża na gardle. Ale stojąc w tej kolejce, zdałam sobie sprawę, że mam to w nosie. Że czuję się jak milion dolarów, bo niewiele zrobiłam, a mam wrażenie, że wniosłam w czyjeś życie coś fajnego. Ba, w dwa życia nawet. I jeszcze w moje. I że to uczucie jest bezcenne. 

Nie lubię podziału na bogactwo duchowe i materialne. Nie lubię myśli, że jedno jest lepsze czy szlachetniejsze od drugiego. Za to uwielbiam te momenty, kiedy dzielenie się tym, co akurat mam, mnoży zasoby. Bez wysiłku, napinki, poświęcania się. I dlatego, chociaż ta historia wprost o pieniądzach nie jest, chciałam Ci  ją dzisiaj opowiedzieć.

Nie rób tego dziewczynkom!

Nie rób tego dziewczynkom!

Ważna dla mnie osoba opowiedziała mi ostatnio historię. O dziewczynie, którą w szkole otoczyło kilku chłopaków i zaczęło zarzucać krzyżowym ogniem bardzo bezpośrednich pytań. Czy powinno się zabronić sprzedaży mięsa? Jesteś socjalistką? Ile jest płci?... Niby nic takiego, można nawet pokusić się o interpretację, że może oni byli po prostu ciekawi, ale jednak ta dziewczyna odebrała to jako atak. Znam tę małą, jest wrażliwa, delikatna i bardzo uważna, żeby komuś nie zrobić krzywdy. I zachciało mi się płakać, bo znam, i to bardzo dobrze, podobną małą. Mieszka we mnie.

Przypomniały mi się te wszystkie razy, kiedy niby nic się nie działo, ktoś przekraczał moją przestrzeń w białych rękawiczkach, a ja czułam tylko, że energia ze mnie ucieka. I że jestem jakaś "niestosowna". Tylko nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Ocieranie się o mój biust w autobusie. No przecież autobus jest zatłoczony! Czy kobiety, które mają dzieci, powinny zarabiać tyle samo, co te, które ich nie mają? No przecież ja tylko pytam. Ciekawe dlaczego baby przez lata zgadzały się na to, gdzie ich miejsce - w kuchni, a teraz to nie chcą? Ale o co chodzi, tak tylko filozoficznie sobie dyskutujemy!  Chyba oszalałaś! W głowie ci się poprzewracało! No może jednak on ma rację, wie lepiej, że tego się nie da? Dziewczynka, a tak się złości! Oj, zawstydziłam się. Nie wściekaj się, masz okres czy co? ... Rzuca się, że to jej się nie podoba, i tamto, i siamto, dawno widać faceta nie miała... Te dziewczynki zachowują się, jakby mamy nie miały... (to znaczyło biegają i krzyczą). No fajnie, że wygrałaś konkurs matematyczny, a chłopaka już masz? Mam nadzieję, że się cieszysz, że masz tę pracę, za drzwiami jest tłum, który by ją wziął z pocałowaniem ręki, a pamiętaj, że masz dzieci...

Niby nic takiego. Czasem nawet można pod spodem niektórych komunikatów zobaczyć troskę. A jednak przeraża mnie siła przekazu, który od dziecka słyszą dziewczynki i który wybija je z poczucia bycia kompletną, ok i po prostu silną.

Sama przyłożyłam do tego rękę. Mam dwie córki - 15-latkę i 4-latkę. I widzę wyraźnie, jak bardzo mój sposób tłumaczenia im świata (a przede wszystkim moje postępowanie w życiu) wpłynął na ich zachowania.

Kiedy starsza była mała i opowiadała, że kolega uderzył ją w przedszkolu, tłumaczyłam, że na pewno nie chciał źle. Że chłopcy tak mają. Żeby nie brała do siebie. Żeby była mądrzejsza. Kiedy młodsza opowiada taką samą historię pytam, jak się z tym miała. Byłam zła! Nie lubię go. No tak, córeczko, kiedy ktoś przekroczy Twoją granicę, to normalne, że czujesz złość.

Kiedy starsza była mała i odbierałam ją z przedszkola, pytałam: byłaś grzeczna? Kiedy odbieram młodszą, pytam: Jak ci minął dzień? Na pytanie o to, co wniosła, też jest czas. Później.

Kiedy jakaś pani mówiła "dziewczynko, nie wolno tak robić", mówiłam przepraszam i odciągałam dziecko. Kiedy jakaś pani mówi "nie wolno tak robić", pytam "a co konkretnie budzi pani sprzeciw?".

Kiedy ktoś wchodził przede mną do kolejki, udawałam, że nie widzę albo mówiłam starszej, że pewnie tu stał wcześniej.

Kiedy ktoś wchodzi przede mną do kolejki, pytam: "stoję i nie widziałam tu pana wcześniej. Dlaczego staje pan przede mną?".

Kiedy ktoś nie wprost krytykował mnie albo moje dziecko, spinałam się i traciłam język za zębami.

Kiedy teraz ktoś tak robi, biorę kilka głębszych oddechów i mówię, że czuję się nieswojo, bo nie rozumiem, o co dokładnie chodzi.

Kiedy mój mąż mówił: "chyba oszalałaś?!" (chodziło o pomysł, który wydawał się nierealny), mówiłam: "może masz rację". Kiedy teraz tak mówi, odpowiadam: "porozmawiajmy o tym, czuję w tym potencjał, ale chętnie usłyszę, dlaczego ty sądzisz, ze to absolutnie niemożliwe".

Kiedy starsza była młodsza, mówiłam: nie płacz/nie krzycz/nie wściekaj się - denerwujesz tatę.dziadzię/babcię.Teraz mówię: widzę, że jesteś bardzo zła. Co się dzieje?

Kiedy starsza była mała, mówiłam komuś: "dobrze, zrobię to". A potem ciskałam się  po pokoju, złoszcząc o byle co, bo byłam zmęczona i potrzebowałam wolności. Teraz mówię: "mogę to zrobić po weekendzie" i idę poczytać książkę albo posadzić kwiatki (czasami moja starsza córka mawia, że moja terapeutka powinna zapłacić odszkodowanie tym, dla których teraz jestem niemiła. Mówi to z szelmowskim uśmiechem i coraz łatwiej przychodzi jej dyskutowanie ze mną na temat rozładowywania zmywarki.

Kiedy starsza bardzo czegoś ode mnie chciała, zgadzałam się dla świętego spokoju. A potem byłam wewnętrznie wściekła, a ona czuła to siódmym zmysłem i pewnie miała niezły konflikt wewnętrzny. Teraz ważę, czy się zgodzę, czy nie. I jeśli nie mam siły/nie chcę teraz, mówię nie. Wścieka się i tupie. Trudno, to normalne, kiedy trzeba zmierzyć się ze swoją niespełnioną potrzebą.

Kiedy starsza była mała, prowadziłam dużych klientów w mojej agencji PR. Spałam po 4 godziny i stawałam na głowie, aby nikt nie miał gorzej, w związku z tym, że ja mam firmę. Czas odpoczynku mojego męża był święty, ja przecież kiedyś się wyśpię, dzieci muszą być co tydzień w zoo, albo na pływalni, przecież jestem super mamą, nawet zakład kosmetyczny wybrałam taki, gdzie można robić paznokcie i włosy jednocześnie. Teraz uważam, że radzenie sobie z frustracją jest zdrowe - i dla związku (zawsze możemy poszukać kolejnych rozwiązań, które są fajne dla nas obojga, a to daje nam poczucie bliskości i równowagi, które przekłada się na więcej zrozumienia i szacunku), i dla dzieci.

Kiedy ktoś robił mi coś niefajnego, traciłam grunt pod nogami, usprawiedliwiałam go i szukałam winy w sobie. Teraz czasem też wchodzę w ten automat, ale udaje mi się zatrzymać (albo sięgnąć po empatię, która pomaga mi się zatrzymać) i najpierw pytam siebie: jak się czuję? O co tu chodzi? Czego potrzebuję, żeby energia ze mnie nie spływała?

Że to przekłada się na kasę, wiadomo, nie?:-)

3 zimowe lekcje biznesu do odrobienia od zaraz

3 zimowe lekcje biznesu do odrobienia od zaraz

Czujesz wiosnę?

Ja bardzo. Jak mały miś, który za chwilę wyjdzie na świat ze swojej gawry, kręcę się coraz bliżej wyjścia i nie mogę się doczekać nowego. Ale choć cieszę się na to, co będzie, zimowa gawra była mi bardzo potrzebna. Dzięki niej odrobiłam cenne zimowe lekcje biznesowe i właśnie myślę, jak z nich skorzystać przy wiosennych porządkach. Jeśli któraś z nich może Ci się przydać, korzystaj do woli:-)

Lekcja numer jeden KORPO CZY NIE KORPO?

Pamiętam ten dzień, kiedy na dobre zdecydowałam się odejść z korporacji. Kochałam moją pracę, ale kiedy urodziło się moje pierwsze dziecko, nie wyobrażałam sobie, że da się te dwie miłości pogodzić. Tak, chciałam pracować, ale chciałam też mieć czas dla mojej małej, dla związku, dla domu. Pracę po 16 godzin znałam od podszewki!

Tak, chciałam zarabiać, ale chciałam także żyć tak, jak lubię - wstawać trochę później, pisać, czytać dla przyjemności, posadzić kwiaty na balkonie, spotkać się z przyjaciółką, posadzić z sąsiadką pigwy na podwórku.

Tak, chciałam odnieść sukces, ale chciałam też pozostać wierna sobie i żyć w zgodzie z moimi wartościami.

Pewnego dnia tej zimy, zasuwając między wymyślaniem kolejnego zadania w wyzwaniu, pisaniem postu, szkoleniem i wgryzaniem się w temat lejka sprzedażowego, szykowałam się na spotkanie z moją wieczorną grupą mastermind. Moje młodsze dziecko marudziło, bo, prawdę mówiąc, cały dzień moja głowa była zupełnie gdzieś indziej. A ja, sfrustrowana niedoczasem, fukałam na nią i na męża, który nie bardzo potrafił małą uspokoić.

- Skoro pracujesz jak w korporacji, może nie warto było odchodzić z korpo - mruknął mój mąż. W pierwszym odruchu się żachnęłam. Ale wsparcie!!! Ale kiedy pierwsze ukłucie minęło,  pomyślałam, że kurczę, on ma rację. Zamiast wieczorami czytać dobrą literaturę, studiuję biblie biznesu - nie ma zasypiania bez Amy Porterfield, Todda Hermana czy choćby zajrzenia do jakiejś grupy biznesowej.

Odejście z korpo - dużego wydawnictwa było tym łatwiejsze, że moja wymarzona praca się zmieniła -  budżety reklamowe zaczęły decydować o tym, które informacje są publikowane, a które nie. Wiem, biznes musi być rentowny, z tych pieniędzy płacone są także pensje pracowników, wiele rodzin z nich żyje na całkiem dobrym poziomie (w tym moja), ale nie do końca o to mi chodziło. Tymczasem jakoś tak, niepostrzeżenie, zadziało się to samo. Tylko teraz  ja sama lokuję moje pieniądze w reklamie na FB, żeby algorytm spojrzał na mnie łaskawszym okiem, a moje mejle z pytaniami nie wpadały do czarnej dziury, tylko miały szansę na otrzymanie odpowiedzi.

I jakoś tak się stało, że ręka mi drży, gdy mam wpuścić na fejsa filmik, który powstał w porywie chwili, kiedy to bardzo chcę się z Wami czymś podzielić, ale, kurczę, nie mam pomalowanych ust ani oczu.

Moje zdjęcia przechodzą ostrą wewnętrzną cenzurę. Pisać czy nie pisać o porażkach? Ale jak, wtedy, kiedy się dzieją, czy dopiero kiedy świętuję" triumph over tragedy" (skądinąd jest to złota zasada kobiecych mediów - teksty pisane według tej zasady miały najwyższe czytelnictwo). Zaraz, zaraz, ale czy to nie po to chciałam mieć firmę w wolnej republice Internetu, żeby mówić swoim głosem i dzielić się tym, czym chcę?!

Nawet nie wiem, kiedy wciągnęłam się w wyścig - czy Michał Szafrański zauważy mnie w swoim zestawieniu? A może Agnieszka Skupieńska, Ola Budzyńska, albo inna tuza internetowego biznesu coś o mnie napomknie? (Z całym szacunkiem dla wszystkich w/w osób, których z całego serca podziwiam). Porównywanie się, śledzenie cudzych sukcesów, kurczę, trochę mi to przypomina korporacyjne odprawy z pytaniami kto, gdzie, ile, za ile i dlaczego my nie tak samo. Bóg produktywności zagościł u mnie na dobre. Tylko czy ja nie po to zakładałam własny biznes, żeby pracować na 3/4 etatu?! (Po to!)

I tutaj moje zadanie nr 1 na wiosnę: przypomnieć sobie, po co chciałam mieć ten biznes. Jakie potrzeby miałam dzięki niemu spełniać? Czy je spełniam? Czy może coś tu jest do zmiany?

Lekcja numer dwa PASJA? BIZNES? PASJOBIZNES?

Uwielbiam ideę pasjobiznesu. Robisz to, co kochasz i zarabiasz. Dobrze tylko jasno ze sobą ustalić, co jest pasją, a co biznesem. Przez pasję rozumiem realizację potrzeby wkładu, dzielenia się, sensu, wnoszenia w życie innych. Przez biznes - działalność gospodarczą, która przynosi zysk (w innym przypadku jest to hobby i wtedy naprawdę szkoda zawracać sobie głowę całym tym przedsiębiorczym działaniem, bo zajmuje sporo czasu i jakby nie patrzeć, obarczone jest ryzykiem, także finansowym). Biznes także może być pasją, a co.

Obserwowałam zimą biznesy, które stawiają akcent na pasję i te, które stawiają akcent na biznes, czy też biznes jest ich pasją (przy czym zakładam, że ich autorki i autorzy naprawdę lubią to, co robią). Jakie mam wnioski?

Ci, którzy stawiają akcent na pasję:

- dają bardzo dużo z siebie. I długo.

- nieustannie się szkolą. Ponieważ pasja przesłania biznes, nie ma kasy na zatrudnienie kogoś innego. A wymogi co do strony, sklepu, marketingu, zdjęć, grafik, tekstów stawiamy sobie coraz wyższe. No więc trzeba się szkolić ze wszystkiego

- działają bardziej jako Zosie-Samosie

- inwestują czas

- łatwo angażują się w działania, które karmią ich potrzebę sensu, wspólnoty,... (odpowiednie wpisać)

- nie są zadowoleni/zadowolone z relacji czas/pieniądze

Ci, którzy stawiają akcent na biznes:

- mają mniej sentymentów. Nie sprzedaje się? Zmieniamy plany/grupę docelową/produkt

- sięgają po wsparcie

- delegują pracę - nie każdy post muszą napisać sami. Nie każdy musi pochodzić "z brzucha". Nie muszą rozgryźć pozycjonowania. Nie muszą sami obsługiwać swoich platform sprzedażowych.

- inwestują (pieniądze)

- bardzo rozważnie dobierają działania, w które się angażują

- liczą pieniądze i posiadają swoje liczniki czas versus pieniądze (tutaj przesyłam ukłony: Małgorzacie Żukowskiej z Prosperuj jako coach, której kurs wiele mi dał; Santi, od której uczę się jak żegnać to, co nie działa i stawiać na to, co działa oraz Ani Kupisz-Cichosz, Kindze Kleynowskiej, Adze Karakurd i Agnieszce Skupieńskiej za wiele cennego contentu).

Zadanie nr 2 na wiosnę - przejrzeć swoje działania i sprawdzić, gdzie jest akcent. Na pasji czy na biznesie. I czy to na pewno mi pasuje.

Lekcja numer trzy. DAWCY, BIORCY I ZASADA WZAJEMNOŚCI.

Tak się składa, że jeden z projektów, które prowadzę, ma spory zasięg i "dużą bazę". Trudno mi zliczyć wszystkie mejle z tematem: czy możecie napisać o naszym projekcie? Czy możecie wysłać do Waszej bazy informację? Czy możecie wesprzeć naszą promocję?

Kiedyś dziwiło mnie, że piszący zakładają, że powinnyśmy pomóc/udostępnić/napisać i trochę się obrażają, jeśli o tym rozmawiamy. Przecież mamy bazę 30 000 kontaktów, tak? To czemu nie chcemy się nią podzielić, skoro naszą misją jest wspieranie rozwoju kobiet?! Dziwiło mnie, że niezwykle rzadko pada pytanie - a co my możemy zrobić dla was? (Na szczęście istnieją też wyjątki, ale niestety są to wyjątki).

Teraz już się nie dziwię -  w zamian za to biorę odpowiedzialność za moje decyzje. Jako klasyczny dawca, z serca dzielę się tym, co mam. Ale w biznesie to się nie opłaca. Wiesz kto stoi najniżej w hierarchii sukcesu biznesowego? Otóż dawcy właśnie, na dobroci których korzystają biorcy (bez skrupułów) i rewanżyści (w miarę równo).

A wiesz kto stoi na szczycie drabiny sukcesu biznesowego? Ha, może Cię zaskoczę, ale to także dawcy. Tyle że tacy, którzy zrozumieli jak działa zasada wzajemności i umieją o nią zadbać. Szykuję na ten temat webinar, więc nie będę się rozpisywać.

Za to moje zadanie nr 3 brzmi: przyjrzeć się relacjom biznesowym. W których czuję względną równowagę? A w których czuję, że coś jest nie tak? Czy mam jasno określone zasady dotyczące wzajemności współpracy?

Takie były moje zimowe lekcje. A jak tam u Ciebie?

Trzy kroki do bogactwa

Trzy kroki do bogactwa

Zafascynowały nas ostatnio badania Alii Crum oraz Kelly McGonigal na temat tego, jak nastawienie wpływa na realne, biologiczne parametry naszego istnienia. Badaczki udowodniły między innymi, że stres zabija, ale... tylko tych, którzy wierzą, że stres zabija!

Jeśli ktoś takiego przekonania nie ma (bo na przykład uważa, że stres to zupełnie oczekiwany objaw towarzyszący zmianie, który w dodatku jest pozytywny, bo motywuje), stres na niego nie działa niszcząco. A potwierdziły to konkretne wyniki biochemiczne, np. stosunek kortyzolu do DHEA w ślinie badanego. W uproszczeniu - jeśli stosunek tych substancji jest odpowiedni, stres nie wyniszcza organizmu, a raczej organizm radzi sobie z jego działaniem - i tak było w przypadku osób, które nie uważały, że stres zabija. W ślinie osób, które uważały stres za niszczący, stosunek kortyzolu do DHEA był zachwiany i rzeczywiście wynikały z tego realne konsekwencje zdrowotne.
Fajnie zobaczyć twarde wyniki badań na temat czegoś, co wiemy, przeczuwamy, obserwujemy, a jednocześnie pozostaje to w miękkim obszarze odczuć i interpretacji. A co to ma wspólnego z pieniędzmi?
Od kilku lat przekonujemy kobiety, że to, co myślą o pieniądzach, na serio przekłada się na ich finansowe życie. I uważamy, że my kobiety nie za dobrze o nich (albo o nas w finansowym kontekście) myślimy, skoro:
 - średnia emerytura Polki jest o 32% niższa niż Polaka, a tylko 0,7% nas może spodziewać się emerytury wyższej niż 5000 zł;
- mamy niższy wskaźnik zatrudnienia kobiet niż mężczyzn;
- mamy niższe stawki za pracę (Kobiety zarabiają mniej, bo rzadziej zajmują wysokie stanowiska, mają opory przez negocjowaniem stawek, a także rezygnują z nadgodzin - wpływ tego czynnika dochodzi do 40%);
 - mamy najwyższy w Europie wskaźnik przedsiębiorczości kobiet przy jednoczesnej potwierdzonej badaniami frustracji i spadku wiary we własną sprawczość w trakcie pierwszego roku prowadzenia biznesu;
- nadal w przeciętnym domu pracujemy na jego rzecz domu dwa razy dłużej niż mężczyzna - co byłoby jeszcze ok, gdyby nie fakt, że nie doceniamy wartości tej pracy (a wartość rynkowa miesięcznej pracy w domu wg przeciętnych cen krajowych to ok. 1500-3000 zł!).
Od kilku lat namawiamy kobiety, aby na serio przyjrzały się swoim przekonaniom na temat pieniędzy, pozostawiły te, które je wspierają i pożegnały te, które im nie służą, a po takich mentalnych porządkach zajęły się swoimi finansami. Uczymy, jak zajmować się kasą na luzie, a dzięki temu nie musieć o niej ciągle myśleć.
Wierzymy, że połączenie pracy z przekonaniami z włączaniem finansów w obszar wpływu i działania może zdziałać cuda - i nie jeden raz takie cuda widziałyśmy na własne oczy.
Dzisiaj chciałyśmy się z Tobą podzielić trzema krokami, które prostują kobiece, kręte ścieżki finansowe, a często zamieniają je na szerokie i bezpieczne autostrady.
Krok pierwszy - zastanawiająco dużo nas nie ma swojego celu finansowego. Ale jak dojść do wymarzonego Eldorado, jeśli nie wiesz, jak ono wygląda? Inaczej przecież przygotowujesz się do morskiej wyprawy na luksusowym jachcie, a inaczej do pieszej wędrówki po górach. Jak masz tam dojść, jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz?!
Jak ustalić swój cel finansowy? My proponujemy odpowiedzieć sobie na trzy ważne pytania:
1. Jakie mam ekonomiczne zobowiązania? - czyli inaczej mówiąc jakie są moje koszty stałe (dla nas to takie, z których nie możesz zrezygnować w ciągu najbliższego roku) oraz koszty zmienne (to, co potrzebuję wydać, ale mogę zarządzić wielkością wydatku - np. budżet na jedzenie).

2. Po co potrzebuję pieniędzy? Co jest dla mnie ważne? Środkiem do zaspokojenia jakich wartości mają być dla mnie pieniądze?

Dla nas na przykład są środkiem do realizacji potrzeby wolność, sprawczości i bezpieczeństwa.
3. Jak dużo pieniędzy potrzebuję, aby to osiągnąć?
Pytanie trzecie pozwala Ci określić swój cel finansowy zarówno w odniesieniu do Twoich bieżących wydatków, jak i głębszych potrzeb, które będą wspierać Twoją motywację. Kontakt z Twoimi żywymi wartościami pozwoli Ci "odczarować" pieniądze i połączyć z tym, co jest dla Ciebie naprawdę ważne (a co możesz osiągnąć również dzięki pieniądzom).

 

Drugi krok to przyjrzenie się Twoim zasobom i obszarom do rozwoju - będzie to znakomity punkt wyjścia do zaplanowania Twojej finansowej podróży. Bardzo pomocna może się okazać prosta matryca MAM - NIE MAM/CHCĘ NIE CHCĘ.

 

Trzeci krok to ustalenie, jaka jest najlepsza dla Ciebie i możliwa do realizacji na ten moment droga do osiągnięcia Twojego celu. Patrząc na rubrykę NIE MAM I NIE CHCĘ łatwo Ci będzie pilnować swoich granic i nie wybierać pomysłów, które pozostają z Tobą w niezgodzie, a co za tym idzie, są skazane na Twój wewnętrzny bojkot i konflikt.
Twoją drogę do pieniędzy możesz pokonywać sama. My jednak wierzymy, że razem jest fajniej. Milej, cieplej, radośniej, po prostu lżej i ciekawiej. Dlatego zamarzyłyśmy o grupie, w której razem pracować będziemy nad drogą do bogactwa. W której każda Uczestniczka ustali swoje własne cele i wytyczy swoją ścieżkę, ale nie będzie z tym sama. W której pozna instrumenty wspierające oszczędzanie i inwestowanie, w której poćwiczy te, które do niej przemawiają. W której będzie działać i będzie jej się chciało, bo pomoże motywacja  i siła grupy. Co powiesz na taki pomysł? Napisz do nas na adres: info@jestembogata.pl, jeśli jesteś zainteresowana szczegółami:-)