Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Odpuszczanie czy poddawanie się – jak to jest u Ciebie w biznesie?

Początek listopada ma dla mnie szczególne znaczenie.

Kiedy zapalam świece na grobach bliskich, z każdym upływającym rokiem biorę ten gest bardziej do siebie. Pamiętam, że jako dziecko traktowałam spotkania na cmentarzu jako zabawę, świetną okazję do spotkania moich dawno nie widzianych kuzynów. Kiedy byłam starsza, te wyprawy weszły w kategorię zadań do wykonania. Ale tak od przekroczenia czterdziestki coś się zmieniło. W głowie nie mam już tej bezczelnej pewności, że przede mną więcej niż mniej. Choć wiem, że była złudna, jakoś w nią wierzyłam. A teraz? Teraz jest we mnie słodko-gorzka wdzięczność, doprawiona szczyptą lęku - dziękuję, że mogę tu być. Proszę, cicho proszę o jeszcze...

Niemal namacalnie czuję, że czas to największe dobro, które mam.

Czasem przychodzi mi do głowy myśl, że to jedyne dobro, które mam tak naprawdę. Że każde inne jest w jakiś sposób mu podrzędne. Że nie warto się szarpać, walczyć, rozmieniać na drobne, wykonywać czynności zastępczych, by nie tracić tego daru. Że warto czasem odpuścić.

I to właśnie odpuszczanie nie daje mi ostatnio spokoju.

Rozmawiamy o nim dużo z Izą. Szukamy pewności, jak rozpoznać prawdziwe odpuszczanie, takie wynikające z umiejętności odróżnienia ziarna od plew od tego, który jest zaniechaniem, zmarnowaniem energii, zasobów, poddaniem się, umniejszeniem własnego potencjału. Mamy taką obserwację, że w domu, w życiu prywatnym przychodzi nam to odróżnić jakoś łatwiej. Znamy siebie, wiemy na co w życiu stawiamy, z większą pewnością odróżniamy co dla nas ważne, a co mniej ważne. Z pewnością pomogły nam w tym lata rozwoju osobistego, gdy podczas tak zwanej pracy nad sobą miałyśmy szansę z empatią usłyszeć swoje potrzeby i tęsknoty, zaufać im i pozwolić sobie na nie.

Ale w biznesie wcale nie przychodziło mi to tak łatwo.
Znam dobrze ten stan, kiedy lista zadań do wykonania jest ambitna i długa jak spaghetti. Bo pracuję na zysk, nie odpuszczam sobie. Działam. Jestem solidna i sumienna, więc potrafię się zawziąć i odhaczać po kolei. Ale znam też poczucie braku równowagi, do jakiego takie działanie prowadzi. Wiem, co to znaczy zapracować się niemal na śmierć, a w każdym razie na pewno do momentu, kiedy ciało mówi: dość, dalej nie poniosę; znam ten moment, kiedy rzucam wszystko w diabły i poddaję się, bo jestem tak zmęczona, że już nawet koszty poniesionych nakładów nie są w stanie mnie motywować dalej. Znam go i nie chcę go już do mnie zapraszać.

No i znowu pojawia się pytanie - co mogłam wcześniej odpuścić? Pół biedy, jeśli jakieś podejmowane działania nie przekładały się na zyski. Wiadomo. Ale co zrobić, jeśli jednak się przekładały? Kiedy już, już myślałaś, że ten wysiłek to nie, bo nic nie dał, ale nagle pojawiał się klient, którego właśnie w ten sposób wypracowałaś? Z której aktywności zrezygnować? Mniej siebie dawać w kontakcie, czy może mniej angażować się PR-owo? Odpuścić social media czy wprost przeciwnie, właśnie tam dawać z siebie wszystko, bo wszelkie dane, które masz pokazują, że tam są Twoi klienci?

Postawić na kurs, który nauczy Cię mega wysokiej konwersji sprzedaży i iść dokładnie tym tropem? Czy odpuścić, bo widzisz, że sporo osób już tak robi i możesz zakładać, że siła rażenia będzie coraz mniejsza? Robić swoje i zaufać, że świat odpowie, czy przypominać o sobie światu, bo zapomni? Kiedy nie idzie tak, jak planowałaś, uznać, że odpuszczasz, bo to nie ta strategia, czy zaufać, skupić się na prawie manifestacji i raczej szukać blokad w sobie?

Kiedyś w biznesie mniej ufałam swojej intuicji, chętniej słuchałam innych.

W samym zeszłym roku liczba kursów, które miały mi pomóc rozjaśnić funkcjonowanie w biznesie albo rozwinąć jakieś moje kompetencje przekroczyła 10! Nie wiem, jak to jest u Ciebie, ale miałam w tym temacie ogromne pomieszanie. I zmęczenie. Do tego stopnia, że w czerwcu, wyjeżdżając do Hagi, zawiesiłam działalność. Z opcją, że naprawdę nie mam żadnej pewności, jaką decyzję podejmę, gdy wrócę.

Od mojego powrotu z Hagi minęły dwa miesiące. Zmieniło się sporo - pracuję na część etatu w mojej ukochanej Szkole Trenerów Empatii i znów prowadzę biznes szkoleniowy. Co najważniejsze dla mnie - z większą jasnością, co odpuszczać. Te dwa miesiące odpuszczenia właśnie, okazały się tym, czego potrzebowałam najbardziej. No dobra, a skąd wiedziałam, że odpuszczam, a nie poddaję się?

Zaufałam pytaniom, które moje życie osobiste doprowadziły do dokładnie takiego momentu, w jakim chcę być.

Nie chcę wciskać Ci tutaj kitu, że jest u mnie landrynkowo-różowo, a moje życie wygląda jak na Instagramie. Bo tak nie jest. Zycie jest życiem i przynosi różne momenty - strach o życie posuwających się mocno w latach rodziców, którzy dzwonią, bo gorzej się poczuli, choroby dzieci, zaskakujące w noc z niedzieli na poniedziałek, tarcia w związku, bo każdy z nas ma swoje potrzeby i jeszcze chciałoby się coś razem, tylko te grafiki jakoś stoją na przeszkodzie, kolejną zmarszczkę na czole, słabszy wynik tarczycy... Jednak kiedy uczciwie zadaję sobie codziennie pytania - co czuję i czego potrzebuję, i biorę za moje odpowiedzi odpowiedzialność, jest dobrze.

Czuję się jak statek, który jest wprawdzie łupinką na wzburzonym czasem oceanie, ale i łódkę ratunkowa mam, i o dobry radar zadbałam, i sonaru też mogę użyć jakby co. Ma w porcie zaufanego szkutnika, który pomoże, gdy sama nie daję rady. Sprawdzam stan łódki i na bieżąco naprawiam, gdzie przecieka; mam nawet linę, żeby podpłynąć do tych łódek, które chwilowo zagubiły się gdzieś w morzu i jakby co, dość siły, żeby je wesprzeć.

Skoro zadziałało w życiu, to czemu nie miałoby zadziałać w biznesie?!

Przez dwa miesiące w Hadze zadawałam sobie właśnie te dwa pytania: jak się czuję w kwestii mojego biznesu i czego potrzebuję? Nic więcej. Odpuściłam strategie. Odpuściłam produkty. Odpuściłam zadania. Czując w środku, że odpuszczam, ale nie poddaję się. Choć życie nie dawało żadnej pewności, gdzie te pytania mnie zaprowadzą.

Na ten moment zaprowadziły mnie do miejsca, w którym się wygodnie moszczę. Wiem, ile potrzebuję zarobić i mam jasność, że zarabianie to cel biznesu. (Kilka podpowiedzi, jak to określić, znajdziesz wkrótce na blogu). Wiem, ile potrzebuję czasu na regenerację i kontakt z rodziną. Na bycie przy sobie i pisanie książki. Prowadzą mnie uczucia - jeśli pojawia się frustracja, działam od razu - szukam, czego potrzebuję i sama lub przy wsparciu biznesowych mentorów szukam najlepszych strategii. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy już zyskałam całkowitą jasność co do moich potrzeb w biznesie, rozwiązania zaczęły przychodzić same.

A Ty, jak jest u Ciebie? Ogromnie ciekawią mnie strategie kobiet, które umieją odpuszczać i wiedzą jak to robić. Co jest Twoją nawigacją, która pomaga Ci wiedzieć, że jesteś na właściwej drodze? Że jeśli z czegoś rezygnujesz, to odpuszczasz, a nie marnujesz swój potencjał?

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

O tym jak jeszcze bardziej pokochałam pieniądze:-)

Nie wiem, czy ci już kiedyś mówiłam, że uwielbiam Powiśle. Od czasów, kiedy sprowadziłam się do Warszawy (w tym roku świętować będę dwadzieścia lat!) zmieniło się tu bardzo. Pamiętam, że jednak nawet wtedy Powiśle miało to coś i miałam inwestycyjnego nosa:-)

Gdy szukaliśmy naszych czterech kątów, namawiałam mojego męża na mieszkanie w urokliwym, starym domu blisko Wisły. A on, Warszawiak, patrzał na odrapane kamienice i twierdził, że jest tu wilgotno, niebezpiecznie i że wieki miną, zanim cokolwiek się w tej dzielnicy zmieni. Pomylił się, na szczęście:-)

Dzisiaj Powiśle jest modne, eleganckie, pachnące kawą i wegańskim jedzeniem, młode, bo studentów dużo, drogie i jak to mawia moja córka nastolatka, "posh". Z powodu bycia grzeczną żoną (te dwadzieścia lat temu;-) nie mieszkam tu, niestety, ale lubię ten moment, kiedy na przykład moje włosy bardzo już potrzebują zobaczyć się z moją ukochaną fryzjerką Dorotą i mogę zaplanować sobie powiślańskie pół dnia.

A że właśnie dzisiaj nadszedł TEN DZIEŃ, siedzę nad hipsterską kawą z aeropressu, piszę dla Ciebie post i właśnie skusiłam się na kokosowe ciasteczko... I niczym Proust dzięki swojej magdalence, nagle poczułam się jak w Hadze. Bo Powiśle bardzo mi ją przypomina. Podobny duch. I podobny posmak jakby lżejszego życia. A skoro tak, pomyślałam, to może już czas na podsumowanie tego, czego tam nauczyłam się o pieniądzach?

Długo zbierałam się do tego podsumowania, bo kojarzy mi się ono z nieuniknionym zamknięciem, pożegnaniem haskich dni. Powrotem na dobre tutaj. Bo pewnie dopiero za rok, przy pomyślnych wiatrach,  będę znów pić poranną kawę, patrząc, w jakim nastroju jest dzisiaj morze. Czy pieni się wielkimi bałwanami, czy tylko lekko się marszczy i łagodnie zaprasza do kąpieli. Wieczorami delikatna słoneczna poświata będzie kłaść się na wydmach, niczym na obrazach Mondriana, a ja będę zła, że na zdjęciach tego nie da się uchwycić. I będę z ciekawością obserwować pewnych siebie nienachalnym, nieostentacyjnym bogactwem ludzi i myśleć o tym, czego mogę się od nich nauczyć.

Bo Holandia to dla mnie najlepsza nauczycielka relacji z pieniędzmi, jaką mogłam sobie wymarzyć. Moje serce ma w sobie wdzięczność za wszystkie lekcje, które przyniósł mi mój pobyt w Hadze. I dwiema najbardziej dla mnie żywymi bardzo chcę się nimi z Tobą podzielić:

1. FAJNIE JEST KORZYSTAĆ Z PIENIĘDZY i nie czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta.

Jak to, czuć się lepszym, gdy się z nich nie korzysta?! Brzmi dla Ciebie jak kosmos? Ja też myślałam, że tak myślę:-) A jednak pewnego pięknego niedzielnego poranka, spacerując po haskim parku, spotkałam parę starszych państwa, niespiesznie jadących konno alejką. Byli sprawni, zdrowi, wyglądali na bogatych, szczęśliwych i spełnionych, a ja ze zdumieniem złapałam w mojej głowie lekceważącą myśl: no tak, ale co oni wiedzą o prawdziwym życiu? Braku kasy na leki, biedzie, wojnie...

No tak, pewnie wiedzą niewiele. Na pewno mniej niż moje babcie, dziadkowie, a nawet rodzice. Ale czy to, że los ich nie doświadczył (a tak naprawdę skąd o tym wiem?) i że umieją korzystać z dobrego życia i się nim cieszyć, powoduje, że ja jestem lepsza, a oni gorsi, płytsi? Przecież taki właśnie stan jest tym, o czym marzymy dla naszych dzieci, prawda? I wtedy w Hadze całą sobą poczułam, że "miecie" lepiej niż moi rodzice i przeszłe pokolenia nie jest zdradą. Nie jest złe. Że czas z szacunkiem odpłakać to, czego przez lata nie mieliśmy i nauczyć się żyć z tym, co mamy. I że to wcale nie jest takie łatwe. Ale za to bywa przyjemne:-)

2. Pieniądze są DLA LUDZI.

Holandia to bogaty kraj. Bardzo bogaty. Podatki są tu wysokie, zwłaszcza, gdy zarabia się więcej. Ludzie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale dokładnie wiedzą, na co te ich pieniądze są wydawane. Kraj jest bezpieczny, policję można spotkać niemal na każdym rogu. Przyjazną, wspierającą, nie polującą na mandaty. I jednocześnie bardzo konsekwentną. Jeśli wiadomo, że czegoś nie wolno, to nie wolno. Przekroczysz prędkość? Mandat dotrze do twojej skrzynki w ciągu dwóch dni, nie ma bata.

Edukacja - w systemie nastawionym na odrywanie i wzmacnianie zasobów i osobistych talentów dziecka - do 16 roku życia jest bezpłatna (szkoły Montessori również), a pojęcie ''prywatna służba zdrowia" wywoływało kompletne zdziwienie u Holendrów, z którymi rozmawiałam.

Jeśli zarabia się mało, podatki są niskie, a dofinansowania spore. Dzięki temu, nie zarabiając dużo, można godnie żyć. Z pewnością są osoby, które sądzą inaczej, ale sporo ludzi, a którymi rozmawiałam, właśnie tak twierdziło.

Na kolana rzuciła mnie jednak pewna scena, którą na zawsze zapamiętam. Rozgrywała się na molo w Scheveningen (takim naszym Sopocie:-)). Pewnego leniwego popołudnia, w środku tygodnia pod zadaszonym molo stanęła karetka. Dwóch pielęgniarzy wysunęło z niej przenośne łóżko, na którym leżała drobna, wychudzona staruszka, oddychająca z trudem przez rurki połączone z butlą. Pielęgniarze zawieźli łóżko pod ogromne szyby, wychodzące na morze. Starsza pani otwarła oczy. Świat na moment przystanął. Spacerujący po molo ludzie delikatnie omijali łóżko, a pani żegnała się z morzem, pewnie na zawsze. Jak bardzo życzę nam tu, w Polsce, takiego poziomu bezpieczeństwa finansowego, żeby taka sytuacja mogła się zdarzyć. Tak po prostu po ludzku, normalnie.

Pozdrawiam Cię ciepło z Powiśla! I bardzo jestem ciekawa, jakie są Twoje najważniejsze lekcje o pieniądzach i gdzie ich się nauczyłaś. Dasz znać?

I znów ten girl power:-)

I znów ten girl power:-)

Na Haagse Markt można kupić świeżutkie ryby i małże. I 3 mango za 1 Euro. Melona za 50 centów, a awokado za jeszcze mniej. Jakieś dwa - trzy razy taniej niż na mieście. Ręcznie robiony chleb. Kawę ze stewią (to już dużo drożej niż w zwykłym sklepie). Z jednej strony bywa naprawdę tanio, z drugiej całkiem drogo, za to hand-made i cymesik. Pachnie miętą, makrelą i arabskimi perfumami. Zwoje materiałów wabią kolorami niczym kolorowe motyle, ubrania trzepoczą na wietrze, a kawałek dalej - szmelc, mydło i powidło. Niektórzy sprzedawcy przekrzykują się znad swoich stoisk, inni stoją wpatrzeni w dal, ćmiąc ze spokojem swoje fajki.

Nic dziwnego, że szóstka, tramwaj którym można dotrzeć na targ z dworca, bywa przepełniony. A to rzadkość w Hadze, bo i bilety dość drogie, i ścieżki rowerowe tak genialne, że aż grzech nie korzystać. No, ale z wózeczkiem na zakupy, maluchami u boku, dzieckiem przy piersi i pełnymi siatami, rowerem nie da rady - chyba, że jest się zaprawioną w codziennej jeździe Holenderką, wiozącą jedno dziecko na siodełku z przodu i dwójkę w wózeczku przymocowanym z tyłu. Ale na Haagse widać więcej imigrantek.

Siedzę w zatłoczonej szóstce i nagle zdaję sobie sprawę, że w zasadzie są tu same kobiety. No nie 100%, ale panów zdecydowanie dużo mniej. Kobiety w chustach i bez chust, w długich sukniach i w mini, starsze i bardzo młode, z torbami, wózeczkami, plecakami. Rozmawiające ze sobą w różnych językach. Otoczone dziećmi albo z dziećmi na rękach. Matki, żony, opiekunki. W drodze na targ.

Zmęczone maleństwo zasypia w wózku. Dwie kobiety przechodzą dalej, za wózek, żeby usiąść na wolnych miejscach. Pierwsza nie zauważa, że rąbkiem chusty zahacza o dziecko, druga natychmiast ściąga materiał z buzi malucha i delikatnie przesuwa wózek, żeby zrobić tej starszej więcej miejsca. Mama dziecka uśmiecha się przepraszająco, bo mały pojazd toruje przejście, obie kobiety odwzajemniają jej uśmiech - ze zrozumieniem. Przyjaźnie kiwają głowami i zajmują się swoimi sprawami. Obok popłakuje mały chłopczyk, starsza pani przesuwa się na siedzeniu, żeby zrobić mu trochę miejsca. Mały siada, mocno trzymając mamę za rękę. Obie kobiety uśmiechają się do siebie nad jego główką. Przystanek Haagse Markt. Szybko, bez wielkiego halo, kobiety wynoszą wózki, dzieci, wózeczki. Płynnie, tu krok w bok, tam do przodu, tu przepuszczamy wózek, a tam staruszkę. Niczym wielki, wspólny organizm, miękki i sprawczy jednocześnie.

Patrzę na ten kobiecy taniec i w głowie pojawia mi się pytanie. Czy tak wyglądałby świat, gdybyśmy to my, kobiety nim rządziły? Ale nie na męskich zasadach, jak ma to miejsce teraz, tylko tak po naszemu, kobiecemu? Czemu ta nasza kobieca energia nie może się przebić wyżej, poza sprawczość codzienności? Jest miękka, nieagresywna. Ale czy to znaczy, że jest słaba? Patrząc na nasze codzienne zmagania, nie sądzę. Jest skuteczna jak nie wiem co! W dodatku jest kontakcie, w relacji, z uwagą na drugiego człowieka. Ponad podziałami (chusta czy bez chusty) wie, co jest ważne i czemu warto poświęcić uwagę, żeby to, co ma się zadziać, poszło do przodu.

- Mamo, ty znowu o tym girl power - mruczy moja nastoletnia córka, kiedy pytam, czy czuła tę energię w tramwaju. Tak, ja znowu o tym girl power. Bo coraz bardziej czuję, że ten rodzaj energii i współpracy, który zadział się tak po prostu, życiowo, w tym tramwaju, jest tym, czego nasz świat bardzo teraz potrzebuje. Wahadło produktywności ponad wszystko, presji, nacisku wychyliło się według mnie za daleko. Nawet my, kobiety gramy w tę grę i bywa, że jesteśmy dla siebie surowszymi sędziami niż panowie. Nie, nie marzy mi się Seksmisja 2, mam szacunek dla mężczyzn, tak samo jak do kobiet. Ale tęsknię za kobiecą jakością w zajmowaniu się światem. Niech się miesza z męską sprawczością i czyni ten świat bezpieczniejszym, przyjaźniejszym, współpracującym.

Pamiętam badanie Deloitte sprzed kilku lat, które dotyczyło wpływu płci na sposób działania w biznesie. Na podstawie analizy konkretnych zachować menedżerów, kobiet i mężczyzn, wyodrębniono taktyki wpływu i sposoby ich stosowania w relacjach podległych, nadrzędnych i równorzędnych. Mężczyźni najczęściej wybierali taktyki wymuszania i wymiany. Kobiety preferowały perswazyjne sposoby współpracy. Na krótką metę te pierwsze okazywały się bardzo skuteczne, na dłuższą, powodowały odpływ zdolnych pracowników i problemy z motywacją, zwłaszcza w trudniejszych ekonomicznie czasach. Kobiety budowały kapitał zaufania, a dzięki niemu w dłuższej perspektywie czasowej zarządzane przez nie działy/firmy wychodziły z kryzysów w lepszym stanie, a na co dzień cechowało je większe zaangażowanie pracowników i mniejsza rotacyjność, nawet mężczyzn. Nie chcę oceniać, który styl jest lepszy, bo każdy ma swoje plusy i minusy ( wcale nie! Sercem mi oczywiście bliżej do kobiecego;-)), ale wiem na pewno, że  jeśli tylko jeden obowiązuje, równowaga zostaje zachwiana i jest naprawdę mniej efektywnie. Jakiejś jakości zaczyna brakować i czuć to na każdym poziomie, od realizacji po energię pomysłu.

Kiedy myślę o tym, co mogłabym zrobić, aby ta energii znaczyła więcej na co dzień, na ten moment mam kilka pomysłów:

1. zajmujmy się, dziewczyny, kasą. Gdzie jest kasa, jest władza, na razie ten świat jeszcze tak ma. Nie odpuszczajmy tematu kasy w pracy (ciągle na tych samym stanowiskach zarabiamy średnio w Europie ok 20 procent mniej niż mężczyźni), w domu (nawet w sytuacji, jeśli tylko to druga strona zarabia, rozmawiajmy o pieniądzach, miejmy na nie wpływ), w naszych firmach;

2. szanujmy i doceniajmy siebie, to, co wnosimy w świat i w życie, doceniajmy też te wartości u innych kobiet - i mówimy im o tym głośno;

3. szanujmy inne kobiety. Wiele razy słyszałam, że nikt ci nie przyłoży tak, jak druga baba. Ale każda z nas, naprawdę każda z nas, może być tą, która zdecyduje, że nie będzie już grać w tę grę. Obiecałam sobie wiele lat temu, że nie będę łaskotać własnego ego, używając do tego innych kobiet (choć uwierz mi, niektóre same się o to proszą i dużo energii wkładam w to, żeby nie wejść w tę grę). I wiesz co, karma wraca. Od lat pracuję z kobietami i czasami wydaje mi się, że udaje nam się ruszyć ziemską bryłę z posad świata, chociaż o krok, ale taki krok, który potem zamienia się w śnieżną kulę. Rzadko doświadczam wprost zagrywek, za to mam to, czego potrzebuję - zrozumienie, wsparcie, współdziałanie. Mamy moc, nie przemoc.

Nadal jednak nie mam pomysłu, co zrobić, żeby nas, kobiet, było więcej tam, gdzie zapadają decyzje w ważnych dla ludzi sprawach - w polityce, w społeczeństwie obywatelskim. Jak to zrobić, żeby tam być, ale po swojemu. I nie stać się kamieniem rzuconym na szaniec?

Masz pomysł? Podrzuć, proszę.

A jeśli jesteś kobietą, która już tam jest, powiedz, proszę, jak konkretnie mogę Cię wesprzeć? Ja i inne babki?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

Jakie masz skojarzenie, kiedy słyszysz Holandia? Otwartość? Tolerancja? Autentyczność ludzi morza, bo przecież na morzu nie ma ściemy? Ja tak mam, więc kiedy życie przyniosło mi możliwość pomieszkania w Królestwie Niderlandów przez dwa miesiące, niemal zapiałam z zachwytu. Dojrzały system polityczny, jeden z pierwszych krajów, który otworzył rynek pracy dla imigrantów tuż po naszym wejściu do Unii, niedawny oddech ulgi po wyborczej klęsce populisty Geerta Wildersa. Będę tu dłużej niż trwają zwykłe wakacje, cieszę się, że posmakuję jak działa komunikacja w takim europejskim wydaniu.

Przed wyjazdem lekki zamęt, ale staram się ogarnąć temat. Kupuję kurs niderlandzkiego, mam marzenie móc zamienić chociaż parę zdań z mieszkańcami w ich języku. Czytam o historii i kulturze. Załatwiam ubezpieczenie. Jeszcze wizyta w banku, chcę mieć na start trochę EURO, bo bywa podobno, że karty nie zawsze są akceptowane.

Jest pięknie. Pogoda dopisuje. Morze cudne. Wybieram się z czteroletnią córką po zakupy. Jak miło mijać sąsiadów, którzy mówią dzień dobry i odwzajemniają uśmiech.

Moja mała przytula Trackera z Psiego Patrolu. Mięknę, bo cena dużo korzystniejsza niż w Polsce. Wyciągam nowiutki banknot 100 Euro. Taki dostałam w banku. Legalnym, w moim kraju, należącym do Unii Europejskiej. Z twarzy ekspedientki znika uśmiech. Sorry, we do not have so much money to give you back. Karty Visa też niestety nie akceptują. Ok. To zrobię najpierw zakupy w spożywczym. Popularna sieciówka. Ludzie płacą gotówką. Ale ja nie mogę. Sorry, we don't have so much money. Uśmiech. Dobra, zapłacę kartą (tym razem udało się), a rozmienię przy okazji zakupów w drogerii. Niestety, też nie mają tyle w kasie. Najwyraźniej trafiająca tam gotówka w trybie natychmiastowym zostaje teleportowana do banku. Ale nie poddaję się. Znajduję w necie najbliższy bank, kolejki nie ma. Niestety, gotówki w kasie też nie. To jednak dość frustrujące, mówię, mam pieniądze z banku i chcę po prostu zrobić zakupy. Sorry, we do not have money here. Z twarzy młodej kobiety nie schodzi profesjonalny uśmiech. Może wymienią pani na dworcu w exchange office?

Nie muszę mieć wszystkiego podstawionego pod nas. Pojadę na ten dworzec, w końcu nie mam grafiku wypełnionego spotkaniami po brzegi. Ale coś mi tu nie pasuje. I czuję się jakoś nieswojo. Mam radar na ściemę w komunikacji i właśnie mi się załączył. A wraz z nim gadzi mózg, podpowiadający rozmaite oceny: dyskryminują mnie, bo jestem Polką? Mają nas za złodziei? Jak takie myśli nakręcają się dalej, można poczytać na forach, gdzie wypowiadają się Polacy, którzy przenieśli się do Holandii na stałe i chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat "prawdziwej" jej twarzy i podziałów na "ich" i "nas". Małe zdarzenie, ale jakby czubek góry lodowej.

Zrobiło mi się smutno. Czy naprawdę nie ma innej drogi niż dobrze nam znany komunikacyjny fundamentalizm albo pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu i autentyczności poprawność polityczna, tak mocno lansowana teraz w Europie? A także, niestety, w Polsce. Przecież ani jedna, ani druga opcja nie zbliży nas do porozumienia. I w Europie, i w Polsce na naszych oczach nasilają się podziały, panoszy się strach, rośnie frustracja, spod spodu wyziera nie wyrażona złość, tracimy to, co udało się wspólnie zbudować. OCZYSZCZAJĄCA, SZCZERA ROZMOWA , W KTÓREJ WSZYSCY ZOSTANĄ WYSŁUCHANI JEST NAM POTRZEBNA BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK.

Że agresja to żadna droga, wiem to na pewno. Oczywiście, jest skuteczna. Potrafi zmienić bieg historii i trwać całe lata, a nawet dekady. Ale jej ceną też jest strach, gniew i frustracja - tyle, że po innej stronie. Dla sumy nie ma to jednak znaczenia. Emocje będą buzować.

Że nieagresywna, ale unikająca trudnych tematów i pozbawiona empatii polityczna poprawność też nie działa - widzimy to na własne oczy. To, co niewyrażone wybucha nagle i ze zdwojoną siłą. W Polsce miliony nieodbytych rozmów z osobami, dla których transformacja nie przyniosła codziennego raju, właśnie teraz palą zgagą. Brak szczerej rozmowy o tym, co trudne, zbudował zasieki, które wydają się nie do przebycia. Rozum nie łapie, jak ludzie mogą popierać to, co wydaje się szaleństwem, ale emocje wiedzą swoje. A one zawsze będą górą!

Marshall Rosenberg, twórca filozofii komunikacji, która zmieniła moje życie, nazywa emocje dziećmi potrzeb. Potrzeb, czyli wartości, sił, które są emanacją naszej ludzkiej życiowej energii. Według Rosenberga potrzeby są uniwersalne, czyli takie same dla wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości, rasy, płci, wieku. Wszyscy potrzebujemy na przykład odpoczynku, snu, pożywienia, bezpieczeństwa, miłości, szacunku, radości, wpływu, sensu. To, co nas różni, to sposoby realizacji tych potrzeb, czyli strategie. Kiedy patrzę na sytuację w naszym kraju przychodzi mi do głowy myśl, że zarówno jedna i druga strona tęskni za bezpieczeństwem, szacunkiem, zrozumieniem, wpływem. Tylko ma na te potrzeby całkowicie odmienne pomysły - strategie. Póki te odmienne pomysły nie zostaną na moment odłożone na bok, a kryjące się pod nimi potrzeby nie zostaną usłyszane i nazwane, będą wrzeć i dawać o sobie znać poprzez uczucia. A te poprzez nieracjonalne decyzje i wybory. Dopóki dyskusja będzie się odbywać na poziomie pomysłów, nie wyjdzie poza kłótnie, oceny, próby sił i wybuchy uczuć.  Bo uczucia są barometrem spełnienia (bądź nie) ludzkich potrzeb. Jeśli potrzeby są spełnione, pojawiają się uczucia przyjemne w odczuwaniu, takie jak radość, spokój, zachwyt. Jeśli potrzeby są niespełnione, pojawiają się uczucia mniej przyjemne - smutek, złość, bezradność. A że mało kto umie się z takimi trudnymi uczuciami obchodzić, słowa stają się jak granaty, ranią, kaleczą. I koło się po raz kolejny zamyka, bo i potrzeby pozostają niespełnione, i pojawiają się kolejne - urodzone w wyniku raniącej komunikacji.

Gdy myślę o tym, co dzisiaj dzieje się w polskiej polityce, chcę wierzyć, że jest dla nas jeszcze szansa. Jestem w Holandii, rozglądam się wokół, szukając inspiracji. Jest w holenderskiej polityce zwyczaj, który nazywa się POLDERMODEL. Nie do końca wiadomo, kto wymyślił to określenie, ale czuć jego wpływ, a znaczy mniej więcej "współpraca mimo różnic". Jedna z interpretacji mówi, że polder w języku niderlandzkim oznacza kawałek ziemi poniżej poziomu morza, wydarty wodzie. Poldery są centralnymi elementami holenderskiego systemu zarządzania wodą, który, jeśli każdy z nich nie będzie dobrze zarządzany - z osobna i w całym systemie, zamieni się w bagno. Utrzymanie systemu 30 000 polderów i skomplikowanej sieci kanalizacji jest możliwe tylko dzięki współpracy. Musiała mieć ona miejsce nawet wtedy, gdy różne miasta w tym samym poderze pozostawały ze sobą w konflikcie czy stanie wojny (co często miało miejsce np. w średniowieczu). Inaczej - wiadomo, wszyscy skończą w bagnie. Czy to by dla nas mogła być droga? Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, na początek skupić się na tym, co łączy, co jest ważne i co powinno funkcjonować sprawnie, dla dobra wszystkich? Zaczynając od rozbitej opozycji, która dzięki skupieniu się na współpracy mimo różnic, mogłaby stać się równorzędnym partnerem w dialogu ze stroną rządzącą. Równorzędnym, czyli takim, którego bardziej trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się nie chce.

Czy każda z nas może taką jakość wnieść w otaczającą nas rzeczywistość? Wierzę, że tak. Ze swej strony wymyśliłam dla siebie kilka strategii:

1. staram się nie dokładać do pieca emocji kolejnych raniących słów - na przykład nie hejtuję w Internecie. I nie jest to wynik wewnętrznej emigracji, tylko świadoma decyzja, że mój hejt to kolejne drewno w tym wrzącym piecu, który w dodatku niczego nie zmieni;

2. staram się mówić o tym, czego potrzebuję i o tym, co mi się nie podoba, trzymając się faktów, nie ocen;

3. staram się patrzeć na to, co mówi i robi druga strona i próbować zrozumieć kryjące się pod spodem potrzeby. Nie jest to dla mnie jednoznaczne ze zgodą, aprobatą dla tego, co się dzieje, po prostu chcę to lepiej rozumieć;

4. jestem w kontakcie z moimi uczuciami i opiekuję się nimi;

5. opłakuję moje niespełnione potrzeby w związku z tym, co się dzieje i szukam własnych sposób za ich realizację. Nie zostawiam moich potrzeb "im" - po żadnej stronie. Bo "oni" są poza obszarem mojego wpływu. Działam, najskuteczniej jak potrafię, w obszarach, gdzie mam wpływ. Jeśli moja strategia na daną potrzebę nie rani innych, a wzbogaca mnie - idę w nią.

6. szukam wspólnoty w moim stadzie. Dołączam do akcji, gdzie ono jest i sprawdzam, czy mogę wesprzeć bardziej systemowo;

7. jeśli mam szansę na bezpośredni kontakt z osobą "po drugiej stronie", staram się w rozmowie pokazywać to, co nas łączy, szukać wartości i sprowadzać rozmowę do tego poziomu;

8. jeszcze bardziej uważnie sprawdzam, na co głosuję moimi pieniędzmi. To dla mnie temat na osobny post:-)

A Ty? Jestem bardzo ciekawa Twoich sposobów reagowania na to, co się dzieje wokół - każda inspiracja od ciebie będzie dla mnie prezentem

Vrede znaczy spokój

Vrede znaczy spokój

Siedzę właśnie w nadmorskiej kafejce. Widok ze stolika wart milion dolarów, kawa kosztuje dwa euro. Dumam nad siłą nabywczą Polaków a siłą nabywczą Holendrów, z zarobkami kilkukrotnie wyższymi niż nasze i kawą tańszą niż w naszej stolicy. W powietrzu czuć bryzę i zapach pieniędzy. Jedno niesie ze sobą jakąś ożywczą obietnicę, drugie spokój.

Spokój. Pisze się go tutaj "vrede", co trochę śmieszy mojego wewnętrznego diablika, bo Holendrzy nie mają najlepszego PR-u wśród mieszkających tu Polaków, którzy ostrzegają mnie, że dla nas bywają wredni. Ale "vrede" wymawia się tu "frejde" - a to już kojarzy mi się z frajdą, radością, czymś fajnym. I rzeczywiście, nawet ci, którzy przyjechali i pracują na czarno, zarabiają najniższe stawki, niewiele rozumieją i w kontaktach nie jest im łatwo, mówią, że czują się tu spokojnie. "Poziom zero tu i poziom zero u nas to są zupełnie inne poziomy, proszę pani", opowiada mi spotkany na molo chłopak. "Z korzyścią dla tego tu. Mieszkam z dziewczyną, żyjemy jak ludzie, nawet do knajpy dość często idziemy", zamyśla się na chwilę. "Tylko wie pani, ich to te pieniądze psują. Jeśli tu ktoś pani pomoże, to raczej obcokrajowiec, jak my. Bo oni jak mogą, to nas wykorzystują, a płacić nie lubią, oj bardzo nie lubią. Tacy bogaci, a skąpi strasznie. Dla siebie też. Tu wszystkim rządzi kasa"...

Dwie strony tego samego medalu, pomyślałam. Kiedy nie ma kasy, nie da się o niej nie myśleć. Ale kiedy wydaje się, że od niej wszystko zależy, nieważne, ile się ma - też ciąży i ogranicza. Mayuri Onerheim, dyplomowana finansistka i mentorka duchowa, napisała w swojej książce "Pieniądze - duchowość - świadomość. Jak poznać i zrozumieć swoje osobiste relacje z pieniędzmi": "Nie możemy być naprawdę wolni, jeśli nasz stosunek do pieniędzy nie jest oparty na prawdzie, uczciwości i odpowiedzialności". I właśnie tutaj, w bogatej Holandii, mój ukochany cytat wrócił do mnie z pełną mocą.

A wraz z nim pytania Onerheim, które kilka lat temu zwiększyły moją świadomość na temat moich własnych relacji z pieniędzmi w codziennym życiu i, co mnie zaskoczyło, dały mi niezłego kopa do poznania siebie i ograniczeń, które sama na siebie nałożyłam - w aspekcie dużo szerszym niż same pieniądze.  Ta świadomość przełożyła się u mnie na poczucie wewnętrznej wolności, dzięki której pieniądze nie są już dla mnie miarą sukcesu czy wartości, ani środkiem do zdobycia uznania czy akceptacji, za to stały się dla mnie narzędziem pomagającym mi wyrażać siebie, moje potrzeby i to, co chcę wnosić do świata. I za to je kocham. Chętnie o nich rozmawiam. Troszczę się o nie. Potrafię zawalczyć jak lwica. Potrafię odpuścić. Interesuję się nimi. Oddaję im należne miejsce w moim życiu, a dzięki temu one przestały być stroną w wewnętrznym konflikcie mieć czy być.

Jakie to pytania? Zanim Ci je zadam, opowiem Ci jeszcze jedną holenderską historię. Wyjeżdżając do Hagi nie pomyślałam o tym, żeby książkę Onerheim zabrać ze sobą. I kiedy ten post zaczął mi chodzić w głowie, pomyślałam, że będę musiała go wpisać na listę pomysłów powakacyjnych, bo  cytaty trudno pisać z pamięci:-) Ponieważ jednak podobno nie ma przypadków, los zetknął mnie właśnie tutaj z Kasią właścicielką Wydawnictwa Świadome Życie, która przyniosła ze sobą na nasze spotkanie... książkę Onerheim.

Pamiętasz, "nie możemy być naprawdę wolni, jeśli nasz stosunek do pieniędzy nie jest oparty na prawdzie, uczciwości i odpowiedzialności". Jeśli i w Tobie ta myśl też gra, poświęć trochę czasu w wakacje na znalezienie swoich odpowiedzi na poniższe pytania. Uwielbiam je za to, że uświadomiły mi z całą mocą, że relacje z pieniędzmi to nie tylko rozkminy, ale i działanie.

1. Ile czasu, procentowo, poświęcasz codziennie pośrednio lub bezpośrednio pieniądzom, w takiej czy innej postaci?

2. Czy zdajesz sobie sprawę, w jakim stopniu doświadczenia związane z okresu dzieciństwa wpływają na twoje obecne decyzje finansowe?

3. Czy doświadczasz strachu i poczucia niedostatku w obszarach twojego życia związanych z pieniędzmi?

4. Czy wierzysz, że pieniądze wnoszą w twoje życie coś naprawdę wartościowego?

5. Jaki związek ma miłość z pieniędzmi?

6. Jaka jest twoja ogólna wiedza o finansach i o tym, jak zarządzać pieniędzmi?

Pozdrawiam Cię ciepło!

P.S. Podaję link do księgarni Kasi na wypadek, gdybyś chciała mieć tę książkę w swojej biblioteczce. Kupiłam ją dobrych parę lat temu i nie jestem pewna, czy łatwo będzie ją znaleźć w księgarni stacjonarnej.