A ja? Co mogę teraz zrobić?

A ja? Co mogę teraz zrobić?

Jakie masz skojarzenie, kiedy słyszysz Holandia? Otwartość? Tolerancja? Autentyczność ludzi morza, bo przecież na morzu nie ma ściemy? Ja tak mam, więc kiedy życie przyniosło mi możliwość pomieszkania w Królestwie Niderlandów przez dwa miesiące, niemal zapiałam z zachwytu. Dojrzały system polityczny, jeden z pierwszych krajów, który otworzył rynek pracy dla imigrantów tuż po naszym wejściu do Unii, niedawny oddech ulgi po wyborczej klęsce populisty Geerta Wildersa. Będę tu dłużej niż trwają zwykłe wakacje, cieszę się, że posmakuję jak działa komunikacja w takim europejskim wydaniu.

Przed wyjazdem lekki zamęt, ale staram się ogarnąć temat. Kupuję kurs niderlandzkiego, mam marzenie móc zamienić chociaż parę zdań z mieszkańcami w ich języku. Czytam o historii i kulturze. Załatwiam ubezpieczenie. Jeszcze wizyta w banku, chcę mieć na start trochę EURO, bo bywa podobno, że karty nie zawsze są akceptowane.

Jest pięknie. Pogoda dopisuje. Morze cudne. Wybieram się z czteroletnią córką po zakupy. Jak miło mijać sąsiadów, którzy mówią dzień dobry i odwzajemniają uśmiech.

Moja mała przytula Trackera z Psiego Patrolu. Mięknę, bo cena dużo korzystniejsza niż w Polsce. Wyciągam nowiutki banknot 100 Euro. Taki dostałam w banku. Legalnym, w moim kraju, należącym do Unii Europejskiej. Z twarzy ekspedientki znika uśmiech. Sorry, we do not have so much money to give you back. Karty Visa też niestety nie akceptują. Ok. To zrobię najpierw zakupy w spożywczym. Popularna sieciówka. Ludzie płacą gotówką. Ale ja nie mogę. Sorry, we don't have so much money. Uśmiech. Dobra, zapłacę kartą (tym razem udało się), a rozmienię przy okazji zakupów w drogerii. Niestety, też nie mają tyle w kasie. Najwyraźniej trafiająca tam gotówka w trybie natychmiastowym zostaje teleportowana do banku. Ale nie poddaję się. Znajduję w necie najbliższy bank, kolejki nie ma. Niestety, gotówki w kasie też nie. To jednak dość frustrujące, mówię, mam pieniądze z banku i chcę po prostu zrobić zakupy. Sorry, we do not have money here. Z twarzy młodej kobiety nie schodzi profesjonalny uśmiech. Może wymienią pani na dworcu w exchange office?

Nie muszę mieć wszystkiego podstawionego pod nas. Pojadę na ten dworzec, w końcu nie mam grafiku wypełnionego spotkaniami po brzegi. Ale coś mi tu nie pasuje. I czuję się jakoś nieswojo. Mam radar na ściemę w komunikacji i właśnie mi się załączył. A wraz z nim gadzi mózg, podpowiadający rozmaite oceny: dyskryminują mnie, bo jestem Polką? Mają nas za złodziei? Jak takie myśli nakręcają się dalej, można poczytać na forach, gdzie wypowiadają się Polacy, którzy przenieśli się do Holandii na stałe i chętnie dzielą się swoimi spostrzeżeniami na temat "prawdziwej" jej twarzy i podziałów na "ich" i "nas". Małe zdarzenie, ale jakby czubek góry lodowej.

Zrobiło mi się smutno. Czy naprawdę nie ma innej drogi niż dobrze nam znany komunikacyjny fundamentalizm albo pozbawiona jakiegokolwiek kontaktu i autentyczności poprawność polityczna, tak mocno lansowana teraz w Europie? A także, niestety, w Polsce. Przecież ani jedna, ani druga opcja nie zbliży nas do porozumienia. I w Europie, i w Polsce na naszych oczach nasilają się podziały, panoszy się strach, rośnie frustracja, spod spodu wyziera nie wyrażona złość, tracimy to, co udało się wspólnie zbudować. OCZYSZCZAJĄCA, SZCZERA ROZMOWA , W KTÓREJ WSZYSCY ZOSTANĄ WYSŁUCHANI JEST NAM POTRZEBNA BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK.

Że agresja to żadna droga, wiem to na pewno. Oczywiście, jest skuteczna. Potrafi zmienić bieg historii i trwać całe lata, a nawet dekady. Ale jej ceną też jest strach, gniew i frustracja - tyle, że po innej stronie. Dla sumy nie ma to jednak znaczenia. Emocje będą buzować.

Że nieagresywna, ale unikająca trudnych tematów i pozbawiona empatii polityczna poprawność też nie działa - widzimy to na własne oczy. To, co niewyrażone wybucha nagle i ze zdwojoną siłą. W Polsce miliony nieodbytych rozmów z osobami, dla których transformacja nie przyniosła codziennego raju, właśnie teraz palą zgagą. Brak szczerej rozmowy o tym, co trudne, zbudował zasieki, które wydają się nie do przebycia. Rozum nie łapie, jak ludzie mogą popierać to, co wydaje się szaleństwem, ale emocje wiedzą swoje. A one zawsze będą górą!

Marshall Rosenberg, twórca filozofii komunikacji, która zmieniła moje życie, nazywa emocje dziećmi potrzeb. Potrzeb, czyli wartości, sił, które są emanacją naszej ludzkiej życiowej energii. Według Rosenberga potrzeby są uniwersalne, czyli takie same dla wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości, rasy, płci, wieku. Wszyscy potrzebujemy na przykład odpoczynku, snu, pożywienia, bezpieczeństwa, miłości, szacunku, radości, wpływu, sensu. To, co nas różni, to sposoby realizacji tych potrzeb, czyli strategie. Kiedy patrzę na sytuację w naszym kraju przychodzi mi do głowy myśl, że zarówno jedna i druga strona tęskni za bezpieczeństwem, szacunkiem, zrozumieniem, wpływem. Tylko ma na te potrzeby całkowicie odmienne pomysły - strategie. Póki te odmienne pomysły nie zostaną na moment odłożone na bok, a kryjące się pod nimi potrzeby nie zostaną usłyszane i nazwane, będą wrzeć i dawać o sobie znać poprzez uczucia. A te poprzez nieracjonalne decyzje i wybory. Dopóki dyskusja będzie się odbywać na poziomie pomysłów, nie wyjdzie poza kłótnie, oceny, próby sił i wybuchy uczuć.  Bo uczucia są barometrem spełnienia (bądź nie) ludzkich potrzeb. Jeśli potrzeby są spełnione, pojawiają się uczucia przyjemne w odczuwaniu, takie jak radość, spokój, zachwyt. Jeśli potrzeby są niespełnione, pojawiają się uczucia mniej przyjemne - smutek, złość, bezradność. A że mało kto umie się z takimi trudnymi uczuciami obchodzić, słowa stają się jak granaty, ranią, kaleczą. I koło się po raz kolejny zamyka, bo i potrzeby pozostają niespełnione, i pojawiają się kolejne - urodzone w wyniku raniącej komunikacji.

Gdy myślę o tym, co dzisiaj dzieje się w polskiej polityce, chcę wierzyć, że jest dla nas jeszcze szansa. Jestem w Holandii, rozglądam się wokół, szukając inspiracji. Jest w holenderskiej polityce zwyczaj, który nazywa się POLDERMODEL. Nie do końca wiadomo, kto wymyślił to określenie, ale czuć jego wpływ, a znaczy mniej więcej "współpraca mimo różnic". Jedna z interpretacji mówi, że polder w języku niderlandzkim oznacza kawałek ziemi poniżej poziomu morza, wydarty wodzie. Poldery są centralnymi elementami holenderskiego systemu zarządzania wodą, który, jeśli każdy z nich nie będzie dobrze zarządzany - z osobna i w całym systemie, zamieni się w bagno. Utrzymanie systemu 30 000 polderów i skomplikowanej sieci kanalizacji jest możliwe tylko dzięki współpracy. Musiała mieć ona miejsce nawet wtedy, gdy różne miasta w tym samym poderze pozostawały ze sobą w konflikcie czy stanie wojny (co często miało miejsce np. w średniowieczu). Inaczej - wiadomo, wszyscy skończą w bagnie. Czy to by dla nas mogła być droga? Zamiast skupiać się na tym, co dzieli, na początek skupić się na tym, co łączy, co jest ważne i co powinno funkcjonować sprawnie, dla dobra wszystkich? Zaczynając od rozbitej opozycji, która dzięki skupieniu się na współpracy mimo różnic, mogłaby stać się równorzędnym partnerem w dialogu ze stroną rządzącą. Równorzędnym, czyli takim, którego bardziej trzeba brać pod uwagę, nawet jeśli się nie chce.

Czy każda z nas może taką jakość wnieść w otaczającą nas rzeczywistość? Wierzę, że tak. Ze swej strony wymyśliłam dla siebie kilka strategii:

1. staram się nie dokładać do pieca emocji kolejnych raniących słów - na przykład nie hejtuję w Internecie. I nie jest to wynik wewnętrznej emigracji, tylko świadoma decyzja, że mój hejt to kolejne drewno w tym wrzącym piecu, który w dodatku niczego nie zmieni;

2. staram się mówić o tym, czego potrzebuję i o tym, co mi się nie podoba, trzymając się faktów, nie ocen;

3. staram się patrzeć na to, co mówi i robi druga strona i próbować zrozumieć kryjące się pod spodem potrzeby. Nie jest to dla mnie jednoznaczne ze zgodą, aprobatą dla tego, co się dzieje, po prostu chcę to lepiej rozumieć;

4. jestem w kontakcie z moimi uczuciami i opiekuję się nimi;

5. opłakuję moje niespełnione potrzeby w związku z tym, co się dzieje i szukam własnych sposób za ich realizację. Nie zostawiam moich potrzeb "im" - po żadnej stronie. Bo "oni" są poza obszarem mojego wpływu. Działam, najskuteczniej jak potrafię, w obszarach, gdzie mam wpływ. Jeśli moja strategia na daną potrzebę nie rani innych, a wzbogaca mnie - idę w nią.

6. szukam wspólnoty w moim stadzie. Dołączam do akcji, gdzie ono jest i sprawdzam, czy mogę wesprzeć bardziej systemowo;

7. jeśli mam szansę na bezpośredni kontakt z osobą "po drugiej stronie", staram się w rozmowie pokazywać to, co nas łączy, szukać wartości i sprowadzać rozmowę do tego poziomu;

8. jeszcze bardziej uważnie sprawdzam, na co głosuję moimi pieniędzmi. To dla mnie temat na osobny post:-)

A Ty? Jestem bardzo ciekawa Twoich sposobów reagowania na to, co się dzieje wokół - każda inspiracja od ciebie będzie dla mnie prezentem

468 ad
  • Wiele kobiet, które znam, uczy się obecnie żyć w zgodzie ze swoimi wartościami. I dzięki temu zachodzi wiele głębokich zmian w ich życiu. Słuchają swojego ciała, jeśli podpowiada im, że dane środowisko im nie sprzyja, odchodzą. I szukają dalej. Ot, mały przykład z Panem kanapką – gburowaty sprzedawca spowodował, że przestają u niego kupować. Zaopatrują się w śniadanie w osiedlowym sklepiku w drodze do pracy.

    • Ewa

      Justyno, dziękuje, ze napisałaś. Idea z Panem kanapka bardzo dla mnie ucząca. Małe kroki, a wychowują.

  • Alicja Szu

    Moje sposoby:
    1. Dialog z osobami, które wspierają to, co się obecnie dzieje, zamiast oceniania ich. Dużo oceniałam i wściekałam się, ale sytuacja jest zbyt poważna, żeby zostać w tym bagnie właśnie. Im więcej czytam i myślę (do tej pory trzymałam się z daleka od polityki, bo mnie za bardzo denerwowała) tym bardziej rozumiem, dlaczego obecni rządzący doszli do władzy i mimo niszczenia demokracji wciąż cieszą się tak ogromnym poparciem. Jeśli nie będziemy rozumieć tych, którzy są „po drugiej stronie”, ochrona własnych wartości stanie się bardzo trudna i ryzykowna. A oni mają swoje ważne powody, które PiS doskonale wykorzystuje, by realizować swoje własne cele. Ponieważ w moim środowisku nie spotykam się z ludźmi wspierającymi PiS, komentuję w internecie. Zadaję pytania prowokujące do myślenia, ale nie obrażające. I podkreślam, że niezależnie od opcji politycznej, obrona demokracji leży w naszym wspólnym interesie. Mówię też, jak ja rozumiem to, co obecnie się dzieje. A czytam dużo, bo sama chcę rozumieć i nie ulegać retoryce opozycji. Wybieram jedynie osoby, z którymi, jak oceniam, dialog jest możliwy, bo tracić czasu na niektóre rozmowy mi się nie chce.
    2. Jutro wracam z wakacji i zamierzam brać udział w protestach, jak również przekonywać wszystkich, których znam, że ich głos i obecność na protestach też się liczy. I że dzieje się coś na tyle ważnego, że nie można pozostać obojętnym.
    3. Staram się nie myśleć na razie o emigracji, ale raczej o tym, co można zrobić. Bo dotarło do mnie, że rozglądanie się za nowym miejscem do życia, to jednak znak, że się poddałam. A jak kolejne osoby będą się poddawać, to będziemy za słabi, żeby mieć wpływ na cokolwiek.

    • Ewa

      Bardzo mi to Alicjo bliskie.